Jak to jest wyjść z garażu i nagrywać płytę u gwiazd? Sprawdziliśmy to wspólnie z Ninja Syndrom

Relacja/Muzyka 19.07.2017
Jak to jest wyjść z garażu i nagrywać płytę u gwiazd? Sprawdziliśmy to wspólnie z Ninja Syndrom

No dobrze, może niezupełnie z garażu, bo Ninja Syndrom to już rozpoznawalny zespół z niemałym doświadczeniem w nagrywaniu i koncertowaniu. Jednak zatrudnienie do nagrania albumu ludzi, którzy współpracowali z najlepszymi z najlepszych było niemałą przygodą. 

Skończyły się czasy geograficznego wykluczenia. Zespoły i wykonawcy dzięki takim usługom jak YouTube czy Spotify, są w stanie dotrzeć do dziesiątków milionów odbiorców niezależnie od tego, czy pochodzą z Kanady, Australii, Korei czy Polski. Jedynym zasadniczym problemem pozostają różnice w zarobkach – bez wątpienia zespołowi z Niemiec łatwiej kupić sprzęt i opłacić studio niż zespołowi z Albanii.

Wiele grup, tak jak bohaterzy tego materiału, zdaje sobie z tego sprawę i odważnie idzie w świat. Zespół Ninja Syndrom zdecydował się postawić na światową… jakość. I zamiast polegać na wiedzy swojej i znajomych, postanowił nagrać nową płytę w nie byle jakim towarzystwie.

Nowy album powstawał bowiem w Uppsali, pod okiem (i uchem) Daniela Bergstranda. To światowej sławy producent rockowy, pracował już z Behemothem i Meshuggah. Później materiał powędrował do USA, gdzie miksował go Taylor Larson, człowiek współpracujący z najlepszymi artystami i wydający płyty w słynnej Sumerian Records (Periphery, I See Stars). Z kolei za mastering nowej płyty odpowiadał Ted Jensen, który pracował, między innymi, z Coldplay czy Metalliką.

Ninja Syndrom

„Cześć, to my, Ninja Syndrom. Widzisz, bo chcielibyśmy nagrać u ciebie płytę…”

Jak opowiada Paweł Rej, gitarzysta Ninja Syndrom, kontakt z Bergtrandem udało się nawiązać bez większych problemów, wystarczyła wymiana maili.

– Zespół Meshuggah jest prekursorem djentu, wręcz ikoną tego rodzaju brzmienia, a Daniel pracował studyjnie z chłopakami od dawna, więc nasz wybór nie był trudny. Danielowi spodobała się nasza muza, zgodził się nas zaprosić i tak kilka miesięcy później wylądowaliśmy w Uppsala. Był też pomysł, by Daniel przyleciał do Gdańska, do – chyba najlepszego obecnie w Polsce – studia Custom34, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się na nagrania w jego studiu, by w pełni wejść klimat „skandynawskiego” brzmienia. Zdecydowanie nie była to najtańsza opcja, ale warto było – wspomina.

Nie obyło się jednak bez tremy i reisefieber. Jak przyznają członkowie zespołu, choć praktycznie każdy z nich ma już niemałe doświadczenie muzyczne, to tym razem przyszło im pracować z osobą odpowiedzialną za brzmienie ich ulubionych płyt. I którą darzyli bardzo dużym szacunkiem.

– Nawet jeśli pojawiały się dyskusje o charakterze brzmienia, czy konstrukcji utworu, w znacznej większości przypadków ufaliśmy Danielowi. Myślę, że gdybyśmy postawili stanowczy sprzeciw, nie byłoby problemu i Daniel dałby nam wolną rękę, ale nie o to w tym wszystkim chodziło. Gdybyśmy byli mądrzejsi od niego, nie jechalibyśmy prawie dwóch tysięcy kilometrów… – zaznacza Paweł.

Ninja Syndrom

– Drugą stroną medalu jest to, że nawet jeżeli Daniel miał sugestie i pomysły na zmiany w kompozycjach, to ostateczny efekt tych działań faktycznie był ciekawszy, czy „lepszy”. Faktem jest jednak, że nie miał tych uwag zbyt dużo – dodaje Filip Gołda, gitarzysta i główny kompozytor zespołu.

Do Uppsali przyjechali przygotowani.

Zespół do tej pory pisał piosenki w swoim studiu.

– W naszym przypadku opieramy się na Axe-FX, gitarowych procesorach cyfrowych Fractala, pracujemy na Macach, a nasz DAW to Logic Pro. Mamy spójnie skonfigurowane projektowe studia w Kielcach i Warszawie, miedzy którymi latają pliki. Tak powstało demo utworów, które nagrywaliśmy w Szwecji – relacjonuje Paweł.

Własne studio daje komfort czasu. Jeżeli brakuje weny i inspiracji lub, tak po prostu, czasu, można wrócić do komponowania innego dnia. Tym razem jednak czas w zewnętrznym studiu był opłacony. By uniknąć presji, znaczna część kompozycji powstała w Polsce, by w Uppsali je już tylko szlifować pod okiem producenta.

– Założyliśmy, że potrzebujemy dwóch tygodni i trafiliśmy w dziesiątkę. Oczywiście, liczyliśmy również podróż i cały setup w studiu przed startem nagrań. Każdego dnia mieliśmy ze sobą komputer z sesjami nagraniowymi demówek, mogliśmy odsłuchać, przesunąć czy zmienić nawet najmniejszy element aranżacji – opowiada Filip.

Ninja Syndrom

Zderzenie z autorytetem.

Jak się okazuje, muzyk z muzykiem się dogada bez problemu, jeżeli wzajemnie się rozumie i operuje w podobnej estetyce. Czytaj, jeżeli ma podobny gust. Jak wspomina Paweł Rej, spotkanie zaczęło się od wspólnego obiadu, podczas którego zespół i producent rozmawiali na temat brzmienia instrumentów i albumów innych wykonawców, gdzie każdy z obecnych odnajdywał niesamowite brzmienie bębnów, gitar czy dobre proporcje pomiędzy poszczególnymi instrumentami.

– Po kilku sugestiach, zabiegach i trikach mieliśmy właściwie gotowe brzmienia instrumentów. Bardzo zresztą podobało się Danielowi nasze własne brzmienie gitar. Dużą uwagę przykuwał do partii wokalnych. Analizował każdy dźwięk, sylabę, słowo czy zdanie, dając chłopakom wiele cennych rad i pchając ich pomysły w zupełnie nowym kierunku, który zaowocował nową jakością – opowiada Filip.

Danielowi do tego stopnia spodobały się pomysły Ninja Syndrom, że zespół praktycznie nie korzystał z instrumentów zapewnianych przez studio. Po kilku eksperymentach z werblami postanowiono, że nie ma sensu wymieniać instrumentów, na których utwory były komponowane i choć sprzęt był do dyspozycji zespołu, ostatecznie materiał nagrano na tym przywiezionym z Polski.

– Korzystaliśmy oczywiście z peryferiów studyjnych, insertów, ale to naturalne, że trzeba użyć kompresora, i że fajnie czasem podbarwić gitarę jakimś lampowym drajwem. Raczej niewiele nas w tej materii zaskoczyło, może poza tym, ze gitary nagrywaliśmy używając właśnie cyfrowych Fractali, a nie lampowych wzmaków – szwedzka szkoła brzmienia jest generalnie bardzo organiczna, naturalna, analogowa, więc byliśmy raczej nastawieni na nagrywanie na lampach – relacjonuje Paweł.

– Od pierwszego zarejestrowanego dźwięku Daniel faktycznie był pod wrażeniem naszych ustawień – zaskakujące pewnie nawet dla niego. Ale! Pamiętam jedną gitarę ze studia – customowy, siedmiostrunowy Ibanez z systemem True Temperament i mostkiem Evertune. Ten instrument był totalnie nierozstrajalny. Próbowaliśmy! – dodaje ze śmiechem Filip.

Przygoda, profesjonalnie nagrany materiał. Ale i nauka.

Ninja Syndrom znakomicie dogadywali się z producentem, który był zaskoczony dobrymi pomysłami zespołu na brzmienie utworów.

– Jadąc do Uppsala liczyliśmy właśnie na to, że usłyszymy sporo cennych rad i wskazówek. Spełniło się to… połowicznie – twierdzi Filip.

Instrumenty zostały bowiem nagrane momentalnie, bo – jak twierdzi Daniel – wymyślone przez Ninja Syndrom brzmienie w zasadzie nie wymagało większych korekt. Zabawa zaczęła się przy wokalach.

– Daniel miał na chłopaków całą masę pomysłów. Karaz to doświadczony raper, więc swoje partie nagrał naprawdę szybko. Daniel nie miał szczególnych uwag – po pierwsze zapewne dlatego, że miał do czynienia ze „starym wygą”, a po drugie rap raczej nie jest jego konikiem. Radek natomiast zyskał całe mnóstwo fajnych, cennych porad – dla mnie wyniosło to jego wokal na totalnie inny poziom – opowiada Filip.

Daniel nie jest też fanem polepszania wokali zabiegami typu filtry auto-tune. Partie wokalne były dublowane tak długo, aż w końcu wszyscy byli zadowoleni.

Jak nagrać płytę ze znanym producentem? „Szukajcie możliwości, nie wymówek!”.

– Nie sądzę, że istnieje jedna, słuszna droga postępowania. Ninja Syndrom od początku działania przeszło ogrom zmian – na chyba wszelkich możliwych płaszczyznach. Jedną z niewielu rzeczy, które pozostają dokładnie takie, jak na samym początku, jest frajda z grania. Z grania w domu, z grania prób, koncertów, z nagrywania. To chyba serio jest najbardziej istotne. Ponadto, jeżeli Wam naprawdę zależy, nigdy nie bierzcie do siebie takich uwag, jak „ty chyba żyjesz w kosmosie”, „stary, nie da się”. Szukajcie możliwości, nie wymówek! – zachęca Filip.

W rzeczy samej. Zostawiam was więc z jednym z ostatnich, nagranych jeszcze w Polsce singli Ninja Syndrom. Z dużą niecierpliwością oczekując nowego materiału.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...