Najlepsze solowe filmy o superbohaterach [TOP 7]

Top/Film 12.07.2017
Najlepsze solowe filmy o superbohaterach [TOP 7]

W dobie filmowych uniwersów oraz coraz większych drużyn superbohaterów chyba powoli zapominamy o tym, że tak naprawdę największy potencjał od zawsze tkwił w solowych filmach o tych wyjątkowych postaciach. To od nich wszystko się zaczęło.

Mroczny Rycerz z 2008 roku

To oczywiście banał, ale trudno w takim zestawieniu jakkolwiek pominąć prawdziwe filmowe arcydzieło i to nie tylko w gatunku adaptacji komiksów. O „Mrocznym Rycerzu” powiedziano i napisano już chyba wszystko. W tym filmie zagrało naraz mnóstwo czynników, które uczyniły z niego wybitne dzieło. Genialna reżyseria Christophera Nolana. Rozmach godny wielkiego widowiska, ale jednocześnie nie przysłaniający fabuły oraz fascynujących meandrów psychologicznych postaci. Christian Bale to, póki co, najlepszy Batman (choć naprawdę lubię Bena Afflecka w najnowszej inkarnacji Bruce’a Wayne’a). No i Joker… Niezapomniana kreacja Heatha Ledgera, która wyniosła ten film o jeszcze jeden poziom wyżej.

Spider Man 2 z 2004 roku

„Spider Man 2” Sama Raimiego to, jak na razie, najlepszy film o Człowieku Pająku jaki kiedykolwiek powstał. Do tego jest też jednym z najlepszych filmów o superbohaterach wszech czasów. A także jednym z najlepszych filmów rozrywkowych, jakie widziałem. Dużo tych „naj”, ale są one w pełni zasłużone. Trylogia Raimi’ego jest dość nierówna, ale jej centralna część to absolutny majstersztyk hollywoodzkiego widowiska.

Poza fantastycznymi scenami akcji oraz pojedynków ponad dachami i ulicami Nowego Jorku, „Spider Man 2” to też wciągająca, choć prosta, opowieść o wchodzeniu w dorosłość. Film opowiada też  o radzeniu sobie z odpowiedzialnością, ale też ciągle wybrzmiewa w nim motyw żałoby po stracie wujka Bena. Wszelkie proporcje pomiędzy fabułą a akcją są tu idealnie utrzymane. Do tego Alferd Molina jako Doktor Octopus to obsadowy strzał w dziesiątkę. Obok J.K. Simmonsa jako J.J. Jamesona to jedna z nielicznych postaci, która w filmie wyglądała jakby była żywcem wyjęta z komiksu.

A na deser: sekwencja pierwszej potyczki Spider Mana z Octopusem na dachu pociągu. Do dziś niewiele tego typu scen z innych filmów jest w stanie dorównać jej pod kątem widowiskowości, jakości wykonania i choreografii oraz dramaturgii.

Logan z 2017 roku

Spodziewałem się, że „Logan” będzie godnym pożegnaniem Wolverine’a z dużym ekranem. Nie sądziłem jednak, że wyjdzie z tego aż tak dobry i dojrzały film. „Logan” to brudny dramat psychologiczny, kino drogi i neo-western w jednym (chwilami też wchodzi w rejony horroru). To opowieść o tragizmie losów Logana/Wolverine’a, jego samotności, rozczarowaniu, złości oraz pragnieniu znalezienia rodziny.

Wyszedł z tego bardzo mocny, sugestywny i pełen przemocy (chwilami wręcz nadmiernej – jedyny minus tej produkcji) obraz będący szczerym rozliczeniem się z życiem. Przyznam, że pomimo iż adaptacje komiksów ewoluują z roku na rok, to byłem nie lada zaskoczony ciężarem i dojrzałością filmu opartego na popularnej serii o superbohaterach mutantach.

Superman z 1978 roku

Pierwszy „Superman”, który liczy już sobie prawie 40 lat, to film wyjątkowy i niezwykle ważny dla całego gatunku komiksowych adaptacji. Był pierwszym filmem z superbohaterem, który potraktowany był absolutnie na poważnie. Miał wielki (jak na tamte czasy ) budżet, scenariusz napisany m.in. przez samego Mario Puzo, czyli autora „Ojca Chrzestnego” (!) i najlepszą z możliwych wówczas ekip filmowych, dowodzoną przez Richarda Donnera i z Marlonem Brando w roli drugoplanowej (jako Jor-El, ojciec Kal-Ela).

Gdyby nie ten film, kto wie jak dziś wyglądałyby adaptacje komiksów, wcześniej znane jedynie z kampowych produkcji telewizyjnych. Filmowy Superman został wykreowany tak, by przypominać komiksowy pierwowzór. Christopher Reeve, odtwórca tytułowej roli, szybko stał się archetypem superherosa. Był punktem odniesienia nie tylko dla fanów, ale i aktorów wcielających się w innych komiksowych superbohaterów.

Oczywiście chwilami „Superman” Donnera trąci myszką, ale mimo to nadal dobrze się go ogląda, a nie o każdym blockbusterze z lat 70. można powiedzieć to samo.

Hellboy II: Złota armia z 2008 roku

Uwielbiam Hellboya, a jeszcze bardziej ubóstwiam filmy i wyobraźnię Guillermo del Toro. Obok „Labiryntu Fauna” to właśnie adaptacja „Hellboya” pozwoliła del Toro w pełni rozwinąć skrzydła jego inwencji wizualnej. Świat, który wykreował, bazując na komiksach Mike’a Mignoli, jest fascynujący, mistyczny, trochę przerażający, dziwny, pełen fantazji, przemocy i humoru, dość czarnego. Nie brakuje tu całej galerii barwnych postaci, stworów i maszynerii, którą tylko del Toro mógł powołać do życia.

Właściwie to obie części „Hellboya” stawiam na równi i przy okazji okropnie żałuję, że nie powstanie trzecia część. Choć mam też spore nadzieje związane rebootem. Zadziwia mnie jednak, że Hollywood woli zaczynać od początku niż kontynuować dzieło sztuki wizualnej jakim jest „Hellboy” Guillermo del Toro.

Przy okazji Ron Pearlman w roli Hellboya to absolutny strzał w dziesiątkę, choć David Harbour obsadzony w reboocie również zapowiada się dobrze.

Wonder Woman z 2017 roku

„Logan” zaskoczył mnie swoją dojrzałością i swoim ciężarem, a z kolei „Wonder Woman” zaskoczyła… sercem. To wspaniały film, mówiący o sile miłości i wiary w ludzkość, ubrany w szaty zachwycającego wizualnie widowiska. Jest w „Wonder Woman” spora doza naiwności, ale nie jest ona banalna. Co więcej, twórcy filmu uczynili z tej naiwności jedną z głównych cnót tego obrazu. Duża tego zasługa w kapitalnej kreacji Gal Gadot. Tchnęła ona w postać Wonder Woman szczerość, emocje, niemalże dziecięcy zachwyt nad nowo poznawanym światem.

Reżyser Patty Jenkins wykonała mistrzowską robotę, tworząc naprawdę imponującą opowieść i do tego dbając o jej kapitalną warstwę wizualną. Fantastyczna choreografia scen walk Wonder Woman czy też Amazonek to jedno, ale najbardziej z całego filmu zapada w pamięć centralna sekwencja rozgrywająca się na Ziemii Niczyjej, która z miejsca zapisała się już w historii komiksowych adaptacji.

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz z 2014 roku

Pomysł Marvela na Kapitana Amerykę, który jest jeszcze bardziej archaiczną postacią niż Superman, okazał się genialny w swojej prostocie. Po pierwszym filmie, który rozgrywał się w czasach II wojny światowej, akcja następnego (podobnie jak poprzedzających go „Avengers”) rozgrywa się już współcześnie i pokazuje jak Steve Rogers radzi sobie z życiem na początku XXI wieku, czyli w czasach zupełnie mu obcych. Od samej tylko strony psychologicznej jest to całkiem ciekawe podejście, oczywiście jak na adaptację komiksu.

Poza tym „Zimowy żołnierz”, nawet dla kogoś kto nie zna poprzednich odsłon filmów MCU i nie widział produkcji „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie”, może być całkiem udanym seansem filmowego thrillera politycznego z wbijającymi w fotel scenami akcji.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...