Netflix zaskakuje. Castlevania to brutalna produkcja dla widzów o mocnych żołądkach

Recenzje/Seriale 07.07.2017
Nasza ocena:
Netflix zaskakuje. Castlevania to brutalna produkcja dla widzów o mocnych żołądkach

Gdy zabijasz ukochaną żonę hrabiego Drakuli, musisz się liczyć z konsekwencjami. Wampirzy lord otwiera wrota piekieł i skazuje mieszkańców Wołoszczyzny na terror ze strony demonicznych pomiotów. Widz ląduje w środku polowania na ludzi i błyskawicznie chłonie zaledwie cztery epizody animacji Castlevania.

Netflix postarał się, aby animacja Castlevania robiła jak najgorsze wrażenie. Pierwsze zwiastuny nie zachęcały do produkcji na licencji serii gier wideo. Dopiero gdy ogląda się ten tytuł samemu, wsiąka się w klimat, który jest gęsty jak smoła. Pomimo lekko mangowej otoczki, Castlevania jest produkcją bardzo dosadną, krwistą i brutalną.

Byłem wręcz zdziwiony, jak bardzo Castlevania epatuje przemocą.

Mieszkańcy Wołoszczyzny są rozrywani na oczach widza. Również kobiety, dzieci, a nawet niemowlęta. Świat przedstawiony w epizodycznej produkcji jest miejscem niezwykle niesprawiedliwym. Niewinni cierpią na stosach, podczas gdy kościelni patriarchowie wykorzystują swoją pozycję, manipulując naiwną tłuszczą. Mówimy o bardzo mrocznym uniwersum, które już na wstępie rozpoczyna się egzekucją jednej z najbardziej pozytywnych postaci wszystkich odcinków.

Na całe szczęście przemoc i niegodziwość nie jest tutaj celem samym w sobie. Castlevania nie należy do podgatunku gore, chociaż posiada jego elementy. Brutalność to narzędzie do budowy odpowiedniego klimatu, trudno osiągalnego za pomocą animowanych kadrów. Producenci od razu chcą dać do zrozumienia, że nie oglądasz naiwnej, głupiej bajeczki. Wychodzi im to doskonale. Wystarczy kilka pierwszych minut, aby w głowie widza zaczęło kiełkować „o cholera, to jest o wiele mroczniejsze i poważniejsze niż przypuszczałem”.

Netfliksowi warto oddać, że świetnie wykorzystał uniwersum gier wideo.

W czterech epizodach jest wszystko, co najważniejsze. Mamy przedstawiciela rodu Belmontów, od wieków specjalizujących się w polowaniach na demoniczne istoty. Jest sam Hrabia Drakula, na szczęście nie sprowadzony do prostej, jednowymiarowej sylwetki antagonisty. Pojawia się także Alucard, czyli ulubieniec fanów gry. Na to wszystko zostaje nałożony kapitalny gorset upartego, zaściankowego Kościoła, którego działania bywają równie potworne, co działania piekielnych pomiotów.

Cenię sobie to, że Castlevania nie jest naiwna. Dialogi nie są banalne. Kilka rzeczy pozostaje niedopowiedzianych, a widz sam musi sobie poukładać pewne wątki. Tym bardziej boli, że inicjatywa na podstawie gry wideo składa się z zaledwie czterech epizodów. Nim Castlevania na dobre się rozkręca, pierwszy sezon ulega zakończeniu. I to w takim momencie, że już nie mogę się doczekać, kiedy na platformie VoD pojawią się następne części. Bo muszą się pojawić. To zbyt oryginalny, mocny i odważny projekt, aby podzielił los innych anulowanych tytułów Netfliksa.

Gdybym miał do czegoś porównać Castlevanię, byłoby to połączenie brutalnego anime Attack on Titan z klimatycznym, wykorzystującym wątki religijne filmem Constantine. Dobrze skonstruowane sceny, takie jak niezwykle osobliwa rozmowa demona z biskupem, to perełki, które stawiają ten tytuł wysoko, wysoko ponad średnią filmów i seriali na licencjach gier wideo. Chce się więcej.

Ode mnie osiem ząbków czosnku na dziesięć.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...