Król Artur: Legenda miecza to uczta dla oka, ale w filmie Guya Ritchiego zabrakło angażującej fabuły

Recenzje/Film 18.06.2017
Król Artur: Legenda miecza to uczta dla oka, ale w filmie Guya Ritchiego zabrakło angażującej fabuły

Opowieść o dzielnym królu i jego Excaliburze opowiadana była w kinie dziesiątki razy. Guy Ritchie nie przekonał mnie, że kolejna adaptacja tej historii była potrzebna. Film Król Artur: Legenda miecza miał swoje momenty, ale zabrakło w nim jakiejś iskry, dzięki której obraz pozostałby w pamięci dłużej, niż kilka godzin po seansie.

Król Artur: Legenda miecza to kolejna adaptacja jednego z najpopularniejszych europejskich mitów. Historia władcy Brytów, który żył i rządził na przełomie V i VI wieku naszej ery, fascynowała ludzkość od wieków. Tym razem na tapet tę postać wziął Guy Ritchie znany z Przekrętu i filmów o Sherlocku Holmesie z Robertem Downeyem Juniorem.

Król Artur: Legenda miecza

Król Artur: Legenda miecza ma w sobie wiele magii i niepasującego do realiów humoru.

Film Ritchiego opowiada o historii młodego mężczyzny, na długo przed utworzeniem przez niego Okrągłego Stołu. Król Artur: Legenda miecza nie skupia się na tych późniejszych, głośnych dokonaniach celtyckiego władcy, w tym na poszukiwaniu Świętego Graala. Zamiast tego koncentruje się na wydarzeniach, które doprowadziły do jego koronacji.

Ritchie, w adaptacji, swobodnie podchodzi do licznych tekstów źródłowych opisujących tę legendę. Stawia na luźną formę, która tylko momentami staje się groteskowo patetyczna. W filmie można rozpoznać wiele elementów, które są charakterystyczne dla mitu – Miecz w Kamieniu i czarnoksiężnik Merlin pociągający za sznurki – ale wiele wątków zmieniono lub pominięto.

Po pierwszym kwadransie, w kinie, doceniłem spryt osób, które odpowiedzialne były za zwiastun filmu Król Artur: Legenda miecza.

Widziałem już wiele filmów fantasy, w których ta ostateczna walka dobra ze złem pokazana była już na pierwszym zwiastunie, by zaciekawić potencjalnych widzów. Król Artur: Legenda miecza nie popełnia tego błędu i zaskoczył tym, że scena batalistyczna pokazująca atak ogromnych słoni na zamek, nie była epilogiem, a prologiem dla opowiadanej historii.

Dzięki temu, chociaż fabuła w gruncie rzeczy jest przewidywalna, udało się reżyserowi pozytywnie zaskoczyć – przynajmniej na samym początku. Później zaskoczeń też było sporo, ale już niestety negatywnych. Po fabule nie ma co zresztą spodziewać się szalonych zwrotów akcji. To, co prawda, luźna adaptacja, ale nie całkowita reinterpretacja historii.

To co Guy Ritchie dodał do tej legendy od siebie, to nietypowa dla filmu fantasy forma opowieści.

Przez większość czasu reżyser zwinnie żongluje gatunkami i motywami. Król Artur, znany z mitów jako szlachetny władca o złotym sercu, w filmie Ritchiego zaczyna swoją dorosłość jako porywczy zawadiaka. Nie jest bezduszny, ale też nie przewodzi buntownikom, a jedynie pilnuje swojego nowego domu – ze względu na machinacje stryja dorastał nie w pałacu, a w zamtuzie.

Król Artur: Legenda miecza można określić mianem origin story. Ritchie wiedział, że powinien widzom nakreślić swojego bohatera, ale na szczęście nie marnował czasu widza. Po krótkim wstępie, zamiast scenek rodzajowych z udziałem dorastającego Artura, pojawił się zlepek szybkich ujęć pokazujących coraz starszego bohatera, które zmontowano niczym teledysk.

Król Artur: Legenda miecza

Dzięki temu niemal od razu możemy śledzić losy dorosłego Artura, który nie wie jeszcze nic na temat swoich korzeni.

Król Artur: Legenda miecza to nie jest kolejna, typowa bajka z gatunku fantasy. Po wstępie przypominającym Władcę Pierścieni przeskakujemy niemal od razu do sceny, w której Artur w towarzystwie swoich kompanów tłumaczy kapitanowi straży, dlaczego… ogolił pewnego wikinga. Rozmowę przerywają zabawne retrospekcje, a dialogi nijak nie przystają do realiów.

Przyszli Rycerze Okrągłego Stołu (w większości) nie są świętoszkowatymi naiwniakami, tylko wychowanymi na ulicach Londinium cwaniaczkami. Z takich kręgów wywodzi się Artur, który zbiegiem okoliczności trafia do Camelot. Tam po raz pierwszy jako dorosły człowiek dotyka swojego ikonicznego miecza i wyrusza – pod przymusem – w podróż w poszukiwaniu przeznaczenia.

Król Artur: Legenda miecza wykłada się niestety w drugim akcie.

Zarówno prolog jak i pierwszy akt filmu, przedstawiający codzienne życie Artura w Londinium, były całkiem udane. Niestety później efekty i montaż wzięły górę nad scenariuszem i rozwojem postaci. Przemiana Artura z awanturnika w króla nastąpiła za szybko i nie została dostatecznie umotywowana fabularnie. Te braki starano przykryć się efektami specjalnymi i dynamiką.

Król Artur: Legenda miecza

Groteskowo wyglądała zwłaszcza końcówka filmu. Na papierze było tam wszystko na swoim miejscu – kolejna wielka bitwa, mnóstwo efektownych scen walk, losy świata na szali. Niestety słabe dialogi, przerysowany Jude Law jako czarny charakter, bohaterowie bez głębi i końcowa walka, przypominająca estetyką i choreografią pojedynek z bossem w grze wideo sprzed dekady, wypadły blado.

Król Artur: Legenda miecza to efekciarskie widowisko, w którym zabrakło treści.

Guy Ritchie próbował wykorzystać znane triki, by uatrakcyjnić swoją opowieść. Jego adaptacja arturiańskiej legendy faktycznie jest nietypowa, ale nie budzi też żadnych głębszych emocji. Nie jest to obraz, o który pojawi się w mojej głowie, gdy ktoś wspomni postać Króla Artura. Seans to była tylko niezobowiązująca rozrywka – nic więcej.

Scenariusz uprościł zbyt wiele kwestii, a chociaż film trwa ponad dwie godziny, to bohaterom nie dane było się rozwinąć. Nielinearna narracja to ciekawy zabieg, ale było jej odrobinę za dużo. Zbyt dużo tutaj deux ex machina, a za mało związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy kolejnymi etapami historii.

Fani Guya Ritchiego z pewnością będą zadowoleni z jego nowego filmu. Pojawiają się tu znane z jego innych obrazów motywy, za które pokochano jego poprzednie dzieła. Szkoda tylko, że za nietypową formą i ucztą dla fanów komputerowych efektów specjalnych, nie poszła również angażująca i zapadająca w pamięć opowieść.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...