Powiedzmy to sobie wprost – 3 sezon Twin Peaks nie powinien był powstać

Felieton/Seriale 22.05.2017
Powiedzmy to sobie wprost – 3 sezon Twin Peaks nie powinien był powstać

Nie bójmy się tego powiedzieć – jeśli całe nowe Twin Peaks ma wyglądać tak jak pierwsze cztery odcinki, to byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby ta kontynuacja nigdy nie powstała.

Z góry przepraszam tych, których uczucia urażę pisząc ten felieton. Zaznaczę też, że jestem wielkim fanem oryginalnego Twin Peaks. To powiedziawszy… tym bardziej nie mogę przeboleć tego, co David Lynch zrobił z kontynuacją, na którą tysiące ludzi czekało z niecierpliwością.

3 sezon Twin Peaks to artystyczny „rzyg” reżysera. Magia oryginału została zepchnięta na daleki plan.

Oryginalne Twin Peaks obfitowało we wszelkiej maści „dziwności”. Potrafiło znudzić dłużyznami, zniecierpliwić kompletnie niepotrzebnymi, długimi kadrami, zażenować zbytecznymi sytuacjami, ale każda z owych „dziwności” miała – przynajmniej z początku – wyraźny cel i tylko potęgowała niezwykły klimat serialu. A co więcej, nawet te nieudane zabiegi popychały do przodu opowieść, która znajdowała się w centrum dzieła.

Wyjątkiem jest ostatni odcinek drugiego sezonu, który w pełni zrozumiały był chyba wyłącznie dla autora. Za długi, przekombinowany, na siłę oniryczny, pozostawiający widza oszołomionego i bez odpowiedzi na zadane pytania.

Recenzja otwarcia 3 sezonu Twin Peaks

Niestety – właśnie takie są pierwsze cztery odcinki 3 sezonu Twin Peaks.

Powiem to wprost: nowe Twin Peaks jest śmiertelnie nudne. Pierwsze cztery odcinki to nic więcej, niż artystyczna masturbacja Davida Lyncha nad własnymi wizjami. Twórcy mają w nosie widzów; liczy się tylko to, by zrealizować wyobrażenia scenarzystów i reżysera.

Efekt? Czterogodzinny festiwal kiczu.

Nowe Twin Peaks nadal zachowało swój oryginalny klimat. I to jedyny pozytyw, jaki jestem w stanie wymyślić (choć też mocno go naciągam, bo magiczny klimat został zepchnięty na daleki plan).

Pod każdym innym względem ten serial zwyczajnie leży. Jest wprost naszpikowany kiczem i tandetą. Rozumiem, że to celowy zabieg, ale na miłość boską… to, co w 1990 roku wzbudzało co najwyżej uśmieszek politowania, dziś po prostu irytuje.

Przez wszystkie odcinki, które udostępniło dziś HBO, czułem, jak twórcy serialu marnują mój czas. Spędzałem długie minuty oglądając sceny, które można było zamknąć w kilkunastu sekundach bez najmniejszej straty dla całokształtu. Liczba niepotrzebnych kadrów w tym serialu jest zatrważająca, a „efekty specjalne” (szczególnie scena z drzewem i ramieniem w Czerwonym Pokoju) wywołują zgrzytanie zębami. Scenę wciągania Coopera do dziwnej maszyny i „wysyłkę w kosmos” tajemniczej kobiety pozostawię bez komentarza.

David Lynch – co było wiadomo już po kilku jego ostatnich filmach – kompletnie stracił zdolność znajdowania złotego środka między realizacją swoich wizji, a popychaniem fabuły do przodu.

Serial Twin Peaks wrócił po 25 latach

Oryginalne Twin Peaks od razu rzucało widza w wir wydarzeń. Jakkolwiek powoli by się one nie rozwijały, ścieżka fabularna zawsze pozostawała najważniejsza. Tymczasem nowe Twin Peaks przez bite cztery odcinki nie przybliżyło nas nawet o kroczek do zrozumienia, o co chodzi reżyserowi.

Widzimy tu kilka rozpoczętych wątków, ale żaden z nich nie został przez pierwsze cztery odcinki poprowadzony w jakąkolwiek sensowną stronę. W tym tempie może za 10 odcinków agent Dale Cooper dojdzie do siebie po powrocie z Czarnej Chaty, a w 18 poznamy prawdę o jego Doppelgangerze, panu C.

Nie wątpię, że w końcu dowiemy się, o co chodziło we wstępie do nowego Twin Peaks (oby), ale forma podania tego wstępu jest po prostu niestrawna.

Co jeszcze nie zagrało w nowym Twin Peaks?

O dziwo, kolejnym elementem, który kompletnie nie zagrał w nowym Twin Peaks, jest gra aktorska. W oryginale była ona przesadzona, dziwaczna, postaci były wyraźnie dzielone na te „bystre inaczej” i inteligentne, ale… to było w porządku. Kolejny zabieg, który podkreślał klimat opowieści.

W nowym Twin Peaks aktorzy, szczególnie ci znani z oryginału, zrobili wszystko, by oddać ducha pierwszej serii. Efekt niestety jest drętwy i wymuszony. Spośród całego przekroju postaci w czterech pierwszych odcinkach znalazłem tylko dwie, które wypadły wiarygodnie w całej tej dziwności – fenomenalny David Duchovny jako Denise i Michael Cera jako Wallie, syn Andy’ego i Lucy (jego monolog niesamowicie przypomina rozważania Dale’a Coopera o Tybecie z pierwszego sezonu).

Reszta to parada drewna, a wspomniani wyżej Andy i Lucy starają się po prostu za bardzo, tworząc karykaturalną wersję pierwotnej karykatury, którą była ta para w oryginale.

Oby reszta nie wyglądała tak jak pierwsze cztery odcinki.

Pomimo tego, że śmiertelnie mnie wynudził ten wstęp, liczę jeszcze na mocną opowieść. W tle pojawiło się kilka zagadek, których rozwiązania nie mogę się doczekać. Osobiście nurtuje mnie los majora Briggsa, który prawdopodobnie nie jest martwy, jak wszyscy sądzili, gdyż spotkał się z nim Doppelganger Coopera (kto wie, w którym wymiarze?).

Kobieta z pieńkiem - kadr z serialu Twin Peaks

Cieszą też rozliczne nawiązania do symboli, które uczyniły oryginalne Twin Peaks kultowym, a już pierwszy kontakt Dale’a Coopera z kawą skutecznie kręci łezkę w oku.

Jeżeli jednak 18 nowych odcinków będzie takich, jak pierwsze 4, to sequel Twin Peaks zostanie zapamiętany jako kolejne, fatalne wznowienie, które nigdy nie powinno było powstać.

A niestety, po czterech godzinach w nowym Twin Peaks nie potrafię się zdobyć na inne podsumowanie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (116)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...