Surrealistyczne sny i proste historie – David Lynch i jego filmy

Top/Film 21.05.2017
Surrealistyczne sny i proste historie – David Lynch i jego filmy

Zanim zasiądziemy do oglądania długo oczekiwanego trzeciego sezonu „Miasteczka Twin Peaks” proponuję przypomnieć sobie wcześniejsze dokonania jego twórcy, Davida Lyncha. Poniżej znajdziecie, do wyboru, całą jego kinową filmografię, poszeregowaną, oczywiście subiektywnie, od najgorszego do najlepszego filmu.

Inland Empire z 2006 roku

Jeśli wierzyć reżyserowi, „Inland Empire” był jego ostatnim filmem kinowym. I patrząc na to, jak mu ten film wyszedł, w sumie może to i dobrze. Kręcony po części w Polsce, za pomocą kamery cyfrowej Sony, „Inland Empire” był dość bolesnym dowodem na to, że David Lynch zaczął dość poważnie tracić wyczucie. Tym razem jego surrealistyczne wizje (choć bliżej im do chaotycznych halucynacji) robiły wrażenie wymuszonych, sztucznych, pozbawionych finezji i naturalności znanej z jego poprzednich dzieł. W pewnym momencie zacząłem mieć wręcz wrażenie, że film staje się autoparodią całej twórczości Lyncha. Może to wynik tego, że powstał na kamerze cyfrowej, ale nawet jeśli uznamy to za eksperyment, to był on kompletnie nieudany.

Mnie „Inland Empire” zwyczajnie wymęczył, filmowa zagadka była dla mnie obojętna, a całość nadaje się bardziej jako instalacja wideo do galerii sztuki współczesnej niż pełnoprawny film.

Diuna z 1984 roku

Po oscarowym i artystycznym sukcesie „Człowieka słonia”, na początku lat 80., David Lynch stał się dość mocno poważaną i pożądaną postacią w Hollywood. Jego przepustką do wielkiej kariery miało być widowisko sci-fi, oparte na legendarnej powieści Franka Herberta, czyli „Diuna”. To było pierwsze (i po dziś dzień jedyne) tak wielkie przedsięwzięcie filmowe, które trafiło do rąk Lyncha. Niestety reżyser nie uniósł jego ciężaru.

Historia filmowej „Diuny” sięga tak w ogóle połowy lat 70., kiedy to Alejandro Jodorowsky planował stworzyć epickie i przełomowe dzieło, które, gdyby powstało, zrewolucjonizowało by kino popularne o wiele bardziej niż „Gwiezdne wojny”. Film jednak nie ujrzał światła dziennego, a jego „zgliszcza” wylądowały właśnie u Lyncha. Wyszedł z tego potworek, który jest istnym bałaganem, fatalnie sfilmowanym, nieporadnie wyreżyserowanym i ze scenariuszem, który wydaje się być kompletnie nie trzymającym się kupy i sensu chaosem. I już pomijam fakt, że kondensacja całej sagi Herberta do ok. 140 minutowego filmu jest kompletnie absurdalna.

Dzikość serca z 1990 roku

To jeden z nielicznych względnie „normalnych” filmów Lyncha i budzących u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony „Dzikość serca” to współczesna baśń dla dorosłych, pełna przemocy, seksu i perwersji. Z drugiej jednak mocno przerysowana i kiczowata do tego stopnia, że jednak mam z nim problem. Z pewnością nie sposób odmówić mu wielkiego wpływu jaki miał na całą dekadę kina lat 90. „Dzikość serca” odcisnęła swoje piętno na filmowym DNA na tyle, że widoczne jest ono w choćby w dziełach Tarantino czy „Urodzonych mordercach”. No i możemy tu oglądać jedną z nielicznych wybitnych kreacji aktorskich Nicolasa Cage’a. To na tyle rzadki widok, że tylko dla samego tego faktu jednak warto dać temu filmowi szansę.

Twin Peaks: Ogniu krocz za mną z 1992 roku

„Ogniu krocz za mną” to dość ciekawy twór. Pomyślany wstępnie jako prequel „Twin Peaks”, opowiadający o wydarzeniach prowadzących do śmierci Laury Palmer, dość szybko przerodził się także w alternatywną wersję historii z serialu oraz jego nieformalną kontynuację. Nie jest to jednak proste w odbiorze dzieło. To znaczy, mało który film Lyncha jest prosty w obiorze, natomiast „Ogniu krocz za mną” ewidentnie pozbawiony jest finezji. Namnożenie tajemnic (zamiast ich rozwiązywania), zagmatwanie, chaos, z jednej strony odsłanianie pewnych motywów za mocno, a z drugiej zakrywanie innych, potrafiło chwilami dość mocno frustrować fana serialu. Cenię ten film, jednak pozostawił sporo niedosytu.

Prosta historia z 1999 roku

„Prosta historia”, jak sam tytuł wskazuje, jest dla odmiany filmem wręcz banalnym od strony fabularnej. Opowiada historię człowieka, który u schyłku swojego życia, postanawia wyruszyć małym traktorem przez całą Amerykę, by odwiedzić swojego chorego brata. Film ten sam David Lynch określił jako swój „najbardziej eksperymentalny projekt” i w jego przypadku jest to właściwie określenie, albowiem tym razem mamy do czynienia z klasycznym kinem drogi, do tego pełnym ciepła i czysto ludzkich emocji. Nie ma tu surrealistycznych wtrętów, nie ma kwiecistej symboliki i wizualnych metafor, nie uświadczymy też poszatkowanej chronologii. Co więcej, „Prosta historia” została nakręcona w kolejności chronologicznej, co jest rzadkością jeśli chodzi o produkcję filmów.

Nie sposób też nie wspomnieć o genialnym Richardzie Farnsworthcie, wcielającym się w postać Alvina Straighta. Zagrał u Lyncha rolę swojego życia, jednocześnie walcząc z rakiem prostaty. W 2000 roku otrzymał nawet nominację do Oscara za tę rolę, niestety parę miesięcy później popełnił samobójstwo, nie radząc sobie z rozrastającym się po całym ciele nowotworem.

Blue Velvet z 1986 roku

To bodaj najbardziej zmysłowy, baśniowy i w czystej formie artystyczny film Lyncha. Artystyczny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Reżyser wspaniale gra symbolizmem, tworzy przepiękne, senne kadry, oplecione wspaniałą muzyką. Całość ogląda się jak wizualną projekcję podświadomości twórcy, a po seansie ma się wrażenie, rozbudzenia po dziwnym i fascynującym śnie. A przy tym wszystkim, „Blue Velvet” jest też znakomicie wyreżyserowanym i napisanym thrillerem neo-noir z wciągającym wątkiem śledztwa. Już za sam pomysł na zawiązanie akcji, poprzez znalezienie przez głównego bohatera odciętego ucha, które staje się powodem do rozwikłania większej zagadki, należą się Lynchowi pokłony i poklepanie po ramieniu przez samego mistrza Hitchcocka.

Człowiek słoń z 1980 roku

To chyba najpiękniejszy i najbardziej przystępny dla widza (obok prostej historii) film Lyncha. Wspaniała opowieść o inności i naszym postrzeganiu piękna oraz tym jak jest ono widziane przez społeczeństwo. To też film o człowieczeństwie i tolerancji, co szczególnie w dzisiejszych czasach należy ludziom przypominać. Nie sposób też nie wspomnieć o jednej z najwybitniejszych kreacji w historii kina, czyli Johnie Hurcie, który wcielił się w tytułowego, zdeformowanego chorobą człowieka słonia.

Mulholland Drive z 2001 roku

„Mulholland Drive” jest bez wątpienia najbardziej zmysłowym filmem Lyncha i obok „Blue Velvet” najbardziej poetyckim formalnie. To też, niestety, jego ostatnie wybitne dzieło. Wspaniale łączące fantazje z koszmarami, genialne gry światła i cienia i trochę zagmatwaną, pozbawioną standardowej chronologii fabułę. A wszystko to ujęte w ramy wciągającego i tajemniczego thrillera neo-noir. To właśnie „Mulholland Drive” okazał się przepustką do Hollywood dla wówczas nieznanej jeszcze Naomi Watts.

Głowa do wycierania z 1977 roku

„Głowa do wycierania” to bez wątpienia jeden z najbardziej porażających i imponujących debiutów w historii kina. Film będący szczytową formą surrealizmu z miejsca przedstawił branży i kinomanom twórcę wyjątkowego, obok którego nie da się przejść obojętnie. „Głowa do wycierania” obrzydza, straszy, hipnotyzuje, wciąga; odwołuje się do naszej podświadomości, koszmarów sennych. Jest przy tym kapitalnie wyreżyserowana (świetne pomysły na kadrowanie i grę światłem), zatopiona w turpizmie, ale jednocześnie niepokojąco piękna od strony formalnej. Jeden z najbardziej chorych i wspaniałych zarazem filmów jakie widziałem.

Zagubiona autostrada z 1997 roku

Moim zdaniem najlepszy film Davida Lyncha. Wiem, że zebrał dość skrajne opinie, jednak dla mnie zawiera on w sobie całą kwintesencję twórczości i stylu z jakim kojarzony jest reżyser. Jasne, w wielu miejscach, film ten jest „przegięty”, niejasny, zanurzony w surrealistycznym oniryzmie i unikalny od strony wizualnej. Już samo zawiązanie akcji, kiedy to główny bohater otrzymuje kasetę wideo zawierającą sfilmowane wnętrze jego domu, jest genialne w swoim zamyśle. Rodzi niepokój, napięcie, od razu budzi zaciekawienie u widza – tak powinien zaczynać się każdy mistrzowski thriller. Później natomiast film skręca dość gwałtownie w obszary absurdu, niedopowiedzeń, bujnych metafor i projekcji sennych (a wręcz koszmarów).

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu widzów „Zagubiona autostrada” to filmowy bełkot pozbawiony sensu, jednak mnie jego konstrukcja, warstwa wizualna oraz strumień świadomości w nim zwarty pochłonął bez reszty. Mało który film dostarczył mi tyle zabawy. Nie jest to wprawdzie łatwa i przyjemna rozrywka, ale jednak mój zmysł kinomana miał niemały ubaw próbując rozwikłać te wszystkie zagadki i tropy, których na dobrą sprawę nie da się (logicznie) rozwiązać.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...