„Jutro będziemy szczęśliwi” wciska nam kit – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Film 19.05.2017
„Jutro będziemy szczęśliwi” wciska nam kit – recenzja Spider’s Web

Francuski remake meksykańskiej komedii „Instrukcji nie załączono” to do bólu poprawna polityczne i naiwna opowiastka, którą ogląda się jak reklamę patchworkowej rodziny w rozsypce.

„Jutro będziemy szczęśliwi” to reprezentatywny przykład miałkości współczesnych francuskich komedii (które są chyba nawet na gorszym poziomie niż polskie). Naiwny i dość dziecinny humor na poziomie (za przeproszeniem) podstawówki, który w dodatku zakłada powtarzanie konkretnych „zabawnych” scenek, sytuacji czy zwrotów po kilka razy, tak by „głupia publika” mogła w pełni załapać dowcip, to standard. O tyle mi smutno, jak na to patrzę, że przecież francuska komedia ma piękną tradycję, sięgającą lat 50. i 60., ubiegłego wieku. No, ale nie ma co płakać tylko trzeba skupić się na tym co tamtejsi twórcy nam serwują.

Głównym bohaterem „Jutro będziemy szczęśliwi” jest Samuel. Lekkoduch i imprezowicz, który niczym się nie przejmuje, ostro baluje, a noce spędza na przygodnym seksie z czasem więcej niż jedną partnerką na raz.

Ale karma dość szybko dała o sobie znać. Objawiła mu się w postaci jednej z jego „miłostek” sprzed roku, która pojawia się u progu jego łódki z dzieckiem na rękach. Oczywiście dziecko okazuje się być jego.  Sęk w tym, że matka tego dziecka nie czuje się na siłach (mówiąc delikatnie) by podjąć się wychowania i zwyczajnie zostawia mu bobasa, a sama odjeżdża w siną dal.

Samuel jednak nie poddaje się i jedzie za nią do Londynu (to fascynujące, że ludzie na Zachodzie żyją tak, że mogą z miejsca wsiąść w samolot i polecieć „z buta” do innego kraju). Nie znajduje jednak matki dziecka, poznaje za to pochodzącego z Francji Bernie’ego (typowy, znany z licznych komedii przykład „miłego geja”), który pracuje w branży telewizyjnej i załatwia mu pracę kaskadera, co sprawia, że mężczyzna postanawia zostać w kraju i podjąć się wychowania dziecka.

To, co oglądamy dalej, to już festyn pocztówkowych obrazków rodem z reklamy idealnej rodziny.

Wychowywana przez Samuela córka ma życie jak z bajki. Oczywiście nie ma żadnych problemów, tata ciągle jest pełen życia i ciekawych pomysłów na zabawy, całe ich mieszkanie wygląda jak plac zabaw (łącznie z miejscem do gry w kosza i zjeżdżalnią z kulkami) – jeszcze ktoś bardziej naiwny będzie w stanie uwierzyć, że tak naprawdę może wyglądać czyjeś życie, a wychowanie (samotne) dziecka to właściwie kaszka z mleczkiem i sama przyjemność.

Potem jeszcze sytuacja się komplikuje bo matka dziecka wraca (po 8 latach) i chce zabrać córkę ze sobą do Nowego Jorku.

I jeszcze to bym jakoś (może) przeżył, gdyby nie fakt, że sam scenariusz „Jutro będziemy szczęśliwi” jest mocno kulawy i poskładany ze wszystkich znanych i wyświechtanych prefabrykatów. Największy problem generują sami bohaterowie filmu. Właściwie żadna postać nie ma ani grama realistycznego rysopisu. Oczywiście najbardziej reprezentatywny jest Samuel. Jego cudowna przemiana z nieodpowiedzialnego i niezbyt lotnego Piotrusia Pana w dobrego i dojrzałego ojca, który wprawiłby w niezłe kompleksy najlepszych tatusiów, jest tak nieumiejętnie i naiwnie poprowadzona, że wydaje się jakby ewidentnie ktoś to pisał na jednym kolanie, kątem oka oglądając jakąś francuską wersję „Pamiętników z wakacji”.

W dodatku Samuel nie jest może zbyt lotny, ale przede wszystkim cechuje się gołębim sercem i poczciwością. To idealna mieszanka, by wzbudzić sympatię publiczności w kinach. To jak jego postać jest kompletnie wyjęta z rzeczywistości i niemalże mechanicznie utkana tak by zaszantażować emocjonalnie widza, potrafi doprowadzić do zgrzytania zębami. Oczywiście przy okazji jest też siedliskiem paru płytkich stereotypów – jeden z nich objawia się chociażby poprzez fakt, że mieszkając 8 lat w Wielkiej Brytanii nie był w stanie nauczyć się mówić po angielsku.

W sumie gorzej jest z postacią biologicznej matki dziecka, przedstawionej jako spłyconą wersję zagubionej kobiety, która nagle zmienia zdanie i jednak stwierdza, że po 8 latach jest już gotowa na bycie rodzicem.

I oczywiście ma już u boku kolejnego faceta (też ciemnoskórego). Słowem, pokazana została jako niezdecydowana, chwiejna i słaba „latawica”, do której kaprysów trzeba się dostosować. Każdy, kto w miarę rozsądnie podchodzi do feminizmu (tego prawdziwego) i stara się poważnie traktować kobiety, dość mocno może się zdziwić tym, co zobaczy w „Jutro będziemy szczęśliwi”.

Grający Samuela Omar Sy ma na szczęście tyle charyzmy i uroku, że przynajmniej on wykonuje profesjonalną robotę w tym całym towarzystwie.

To dobry aktor, który jak ryba w wodzie czuje się przed kamerą i radzi sobie zarówno w motywach komediowych jak i melodramatycznych.

Do tego całość wygląda względnie ładnie na obrazku (niezłe zdjęcia, przyjemna kolorystyka), tak więc do pewnego stopnia „Jutro będziemy szczęśliwi” prezentuje czysto eskapistyczną rozrywkę, na którą zapewne wielu widzów się połasi.  Szkoda tylko, że poza wtórnością jest już dość anachroniczne – takie patenty w Hollywood stosowano już w latach 50.

Oczywiście nie wgryzając się zanadto w mięsko fabularne i drugie dna, po wyłączeniu mózgu można całkiem przyjemnie spędzić czas, oglądając „Jutro będziemy szczęśliwi”. Płytki bo płytki, ale nieźle zrobiony i niosący w większości jednak pozytywne przesłanie film ma szansę spodobać się fanom współczesnego francuskiego kina i przede wszystkim Omara Sy. Dla mnie niestety seans okazał się nieudaną, naiwną bajką wątpiącą za mocno w inteligencje swojego widza. Ale może wy będziecie się lepiej bawić.

Dołącz do dyskusji (5)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...