Inwazja autorów na Hollywood

Artykuł/Film 17.05.2017
Inwazja autorów na Hollywood

Niby zewsząd słyszy się pojękiwania malkontentów, że kino się skończyło i dziś rządzą tylko głupie widowiska, podczas gdy nie ma miejsca dla dobrych filmów i autorów, a mimo wszystko ja sądzę, że jest kompletnie na odwrót.

Jasne, nie twierdzę, że z autorskim kinem jest tak dobrze jak w latach 50. i 60. w Europie oraz w latach 70. w Ameryce. Lata 70. w ogóle uważam za najlepszą dekadę dla kina (i przy okazji dla muzyki). I rzeczywiście, przez kolejne lata mieliśmy do czynienia z dość jednostajnym upadaniem jakości. Ale raz na jakiś czas widać było pewne momenty przełomowe. Po latach beznadziei i nicości w kinie autorskim w latach 80., u samego schyłku tej dekady pojawił się pokoleniowy zryw, który dał nam takich nowych niezależnych twórców jak Quentin Tarantino, Steven Soderbergh czy Kevin Smith.

W XXI wieku Hollywood nauczone błędami z przeszłości, zaczęło coraz częściej spoglądać w stronę niezależnych twórców i „podkupywać ich” już na samym początku ich drogi do wielkości.

Stąd takie szybkie kariery takich twórców jak M. Night Shyamalan czy Sam Mendes. Pierwszy po światowym fenomenie „Szóstego zmysłu” został obwołany Alfredem Hitchcockiem XXI wieku i dostał zielone światło do tworzenia kolejnych filmów z tajemnicą i zwrotami akcji pod koniec. Drugi, po kasowym i artystycznym sukcesie „American Beauty” z miejsca wszedł do pierwszej ligi reżyserów Hollywood, tworząc filmy z Paulem Newmanem, Tomem Hanksem czy Leonardo DiCaprio, a kończąc na dwóch ostatnich Bondach.

Podobnym przykładem jest też Christopher Nolan.

Jego genialny warsztat oraz kapitalne pomysły narracyjne (z filmów „Śledząc” oraz „Memento”) rozsławiły go w Hollywood i sprawiły, że nie miał problemu by objąć stanowisko reżysera trylogii filmów o Batmanie i by zrobić je po swojemu. I oczywiście analogicznym przypadkiem był Tim Burton ponad dekadę wcześniej, choć jednak Burton był w swoich czasach wyjątkiem. Nolan z kolei okazał się być jednym z pionierów nowej fali w amerykańskim kinie rozrywkowym.

Bodajże pierwszym niezależnym twórcą XXI wieku, który dostał przepustkę od Hollywood do wielkich produkcji, był Peter Jackson.

Peter Jackson na planie Władcy Pierścieni

Pokuszę się o stwierdzenie, że 300 milionów dolarów jakie otrzymał on na produkcję trylogii „Władca Pierścieni”, swego czasu było horrendalnym ryzykiem, które ostatecznie okazało się jednymi z najlepiej wydanych pieniędzy w historii kina rozrywkowego. A pamiętajmy, że Jackson wówczas na koncie miał jedynie komediowe horrory przerażające poziomem masakry i niszowy dramat psychologiczny.

Ogromny sukces komercyjny i artystyczny trylogii sprawił, że Hollywood coraz odważniej sięgał po niezależnych twórców, którzy mogliby nadać o wiele więcej artystycznego sznytu oraz ciekawszego spojrzenia niż typowi rzemieślnicy w stylu Michaela Baya, którzy potrafią jedynie sprawnie operować kamerą i tworzyć fajne ujęcia.

I nie trzeba dziś wcale daleko szukać, by znaleźć przykłady na kontynuację tego podejścia.

Świetną „Godzillę” Warner Bros powierzył w ręce młodego filmowca Garetha Edwardsa, który stworzył z niej nie tylko inteligentne widowisko, ale też nadał mu znamiona filmu artystycznego.

Gareth Edwards na planie filmu Łotr 1. Gwiezdne Wojny - historie

Wcześniej Edwards zasłynął na międzynarodowych festiwalach filmowych niezależnym i niskobudżetowym dramatem z elementami sci-fi „Monsters”. Inteligentnie pokazał, że ograniczenia budżetowe nie muszą blokować twórczości, a wręcz mogą ją stymulować do stworzenia czegoś ciekawego. Warto nadmienić, że niedługo po „Godzilli” Edwards dostał angaż jako reżyser „Łotra 1”.

Znajdujący się w tym samym uniwersum potworów „Kong: Wyspa czaszki” również został przeznaczony w ręce młodego i początkującego filmowca z wizją.

Jordan Vogt-Roberts do niedawna na koncie miał niezależny dramat przygodowy „Królowie lata”. Piękne sfilmowany i ciekawie opowiedziany obraz pokazywał niesamowitą sprawność Robertsa do komponowania pięknych i nieoczywistych kadrów, trzymania świetnego tempa i angażowania widza w historię. Sprawił, że film z mikro-budżetem oglądało się jak produkcję kosztującą o wiele więcej. Dla hollywoodzkich włodarzy to skarb, a nie człowiek.

Jordan Vogt-Roberts z obsadą na planie filmu Kong: Wyspa czaszki / fot. Warner Bros

Przyglądając się całemu MCU to właściwie 90% ichniejszych produkcji powierzona została niezależnym, niszowym, młodym twórcom.

Jeszcze dekadę czy dwie temu, te ogromne widowiska wylądowałyby w rękach doświadczonych rzemieślników, którzy byli gwarantem dostarczenia popcornowego hiciora. A tak, filmowy Behemot za 200 milionów dolarów, czyli „Avengers” powędrował w ręce Jossa Whedona, który wcześniej spełniał się jako twórca seriali telewizyjnych i scenarzysta komiksowy.

„Strażnicy Galaktyki” wylądowali w rękach nieznanego w szerszym gronie (podobnie jak owa seria komiksowa) Jamesa Gunna, który przed premierą filmu na koncie miał horror „Robale” oraz pastisz filmów superbohaterskich „Super”, którego prawie nikt nie oglądał. I nagle okazało się, że w jego rękach wielki budżet i machina produkcyjna wcale nie okazały się problemem nie do okiełznania, wręcz przeciwnie, Strażnicy okazali się jego jak dotąd najlepszym filmem.

Zbliżający się coraz większymi krokami „Thor Ragnarok” na pokładzie reżysera również gości niezależnego wizjonera.

Jest nim Taika Waititi, który kilka lat temu zasłynął znakomitym mockumentary o wampirach „Co robimy w ukryciu”. Film z początku stał się rewelacją światowych festiwali, po czym zdobył sobie też uznanie wśród zwykłej widowni kinowej. Zwiastuny nowego „Thora” pokazują, że będzie to z pewnością najciekawsza od strony wizualnej część serii, a wszystko wskazuje na to, że Waititi wprowadził do filmu sporo luzu i humoru.

Taika Waititi na planie filmu Thor: Ragnarok / fot. Marvel Studios

Ale oprócz tego coraz więcej niezależnych filmowców przebija się w branży nawet bez pomocy wielkich marek i budżetów, tworząc filmy za śmieszne pieniądze, które własnymi siłami zarabiają fortuny.

Bo trudno inaczej nazwać przypadki, w których nieznany szerzej na świecie Tom Hooper tworzy udaną biografię króla Jerzego VI za 15 milionów dolarów, a box office’owy wynik zamyka w kwocie opiewającej na grubo ponad 400 milionów.

W 2012 roku debiutujący Josh Trank potrzebował 12 milionów dolarów, by stworzyć swoją osobistą wersję filmu o superbohaterach (aczkolwiek nie wyszło mu na dobre zabieranie się na wysokobudżetowe zlecenia dla wielkiego studia, czego smutnym dowodem jest jego „Fantastyczna Czwórka”). W każdym razie jego debiutancka „Kronika” zyskała sympatię krytyków i zarobiła na świecie 10 razy więcej niż wyniósł budżet.

Osobną kategorią są horrory, które już od ponad dekady straszą widzów, przy czym ich koszty produkcji są śmiesznie małe w porównaniu z innymi gatunkami.

Stosunek mikro-budżetów do przychodów jakie generują czyni z nich jeden z najbardziej dochodowych gatunków filmowych. Nowej fali w tej kategorii przewodzi James Wan, który rozpoczął ten rozdział „Piłą” z 2004 roku, kosztującą ok. 1 miliona dolarów, a której zysk z samej kinowej dystrybucji wyniósł 100 razy (!) więcej.

Z kolei najświeższą „zdobyczą” w tym gatunku jest Fede Alvarez, który zadebiutował świetnym remakiem „Martwego Zła”. Film kosztował 17 milionów dolarów, a zarobił w kinach prawie 100 milionów. Jeszcze lepiej poradził sobie jego najnowszy film, „Nie oddychaj”. Ten znakomity thriller kosztował niecałe 10 mln, a zarobił ponad 150 baniek.

Pamiętajmy, że żyjemy w czasach kiedy wytwórnie często nieodpowiedzialnie szastają pieniędzmi i ewidentnie nie zawsze potrafią je dobrze wydać.

Jako przykład wystarczy podać choćby „Krainę Jutra” czy „Jupiter Intronizację” – dwa filmy z absurdalnie wielkimi budżetami, których nie widać i z fabułą, która kompletnie nikogo nie interesowała. Co dość szybko przerodziło się w olbrzymie klapy finansowe (jedne z największych w historii kina).

Oczywiście nie ma szans, by tak skromne produkcje trafiały na szczyt największych kasowych przebojów roku i konkurowały z filmami Marvela czy Star Wars. Tym niemniej stanowią one ciekawą i opłacalną dla producentów alternatywę.

Już w pierwszym kwartale obecnego roku pojawiły się dwie świetne produkcje oparte na znakomitym pomyśle i zrobione za niewielkie pieniądze. Pierwszym był „Split”, czyli długo wyczekiwany powrót do formy M. Nighta Shyamalana. Kosztował 9 milionów dolarów (w sumie nie wiedziałem, że James McAvoy pracuje za tak małe kwoty i to biorąc pod uwagę, że w filmie wciela się on w kilkanaście postaci), a zarobił ponad 270! Procent zysku jest przeogromny. I niedawna informacja o tym, że jego sequel będzie miał większy budżet bardziej mnie niepokoi niż pociesza. Większe pieniądze, to więcej zależności.

Drugi to równie dobry „Uciekaj” Jordana Peele, który od kwietnia gości na ekranach polskich kin. Kosztował zaledwie 4,5 miliona dolarów, a w samej tylko Ameryce zarobił ponad 170 milionów.

Ludzie zmęczeni już nadmiarem bombastycznych widowisk coraz bardziej łakną świeżego spojrzenia i oryginalnej wizji i przede wszystkim to kieruje ich w stronę takich filmów. Udowadnia nam to ponadczasową prawdę – choćbyśmy nie wiadomo ile pieniędzy wydali na dany film, to i tak tym, co jest najbardziej atrakcyjne dla widza jest pomysł i fabuła. A tego, jak wiemy, wielkie budżety nam nie zagwarantują.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...