Pisać każdy może…, czyli post-autorzy w czasach post-prawdy

Felieton/E-booki 16.05.2017
Pisać każdy może…, czyli post-autorzy w czasach post-prawdy

Era informacji dała nam wiele dobrego. Dostęp do ogromnych źródeł wiedzy i dóbr kultury oraz „łączność” z ludźmi z całego świata to jednak nie tylko zalety, ale i wady. Cytując znanego „filozofa” popkultury, czyli wujka Bena: „Z wielką mocą wiąże wielka odpowiedzialność”.

Odpowiedzialność, z którą wielu ludzi jest dość mocno na bakier. Przyjęło się bowiem, że internet przyjmie wszystko. Wystarczy, że napiszemy coś na swoim blogu, we wpisie na forum, czy przede wszystkim na swojej tablicy na Facebooku i Twitterze i niemalże od razu staje się to „prawdą”.

W sumie samo pojęcie prawdy jest dość szerokie (niektórzy sądzą nawet, że „prawda” nie istnieje), a czasy, w których żyjemy w pełni to eksploatują.

I łatwo jest dać się temu omamić oraz pochłonąć. Sieć pozwala nam wyjść przed szereg z cienia anonimowości i wypowiedzieć się na forum, a o ile nie piszemy nic obrażającego (za mocno) czyichś przekonań czy uczuć religijnych, to właściwie wszystko jest dozwolone. Niestety…

Są takie chwile, gdy przeglądam przeróżne wpisy oraz teksty i żałuję, że w sieci nie obowiązuje, może nie tyle cenzura, co jakaś forma klauzuli sumienia czy kodeksu moralnego.

I nie trzeba wcale specjalnie szperać w odmętach internetów – wystarczy raz na jakiś czas odwiedzić twitterową tablicę przywódcy wolnego świata, czyli Donalda Trumpa.

Chyba nie ma obecnie bardziej reprezentatywnego dla współczesnych mediów człowieka, który ucieleśniałby wszystko co piękne i najgorsze zarazem w wolnej przestrzeni do wypowiedzi jaką stanowi Internet.

Dziś możemy napisać, że jesteśmy najmądrzejsi, najpiękniejsi i karmić ludzi wokół swoimi teoriami dotyczącymi świata wokół nas. Żyjemy zapatrzeni w siebie korzystając z mechanizmów social mediów, czyli publikując posty, w których odmieniamy „Ja” przez wszystkie przypadki. Facebook i przede wszystkim Instagram to właściwie narzędzia łechtające do granic masochizmu naszą próżność i egoizm.

W tym wszystkim bardzo łatwo dać się porwać i zagubić w przekonaniu o naszej wyjątkowości i wspaniałości, co tylko sprawia, że łatwiej jest nam też publikować mniejsze bądź większe brednie, które w sieci przecież zawsze ktoś gdzieś podchwyci i udostępni dalej.

A później, tego typu treści, niczym wirusy roznoszą się po cybersferze i powodują ogromne szkody. Czasem niestety potrafią być one wymierne i namacalne. Wystarczy przecież, że lawina opinii o tym, że zmiany klimatyczne są bujdą zostanie powtórzona przez odpowiednią liczbę postów oraz stanie się usankcjonowana przez wysoko postawione persony, a nie tylko dla wielu ludzi stanie się prawdą, ale też spowoduje, że w wielu obszarach (tak jak się to dzieje obecnie w Stanach) ucinane są jakiekolwiek działania mające zapobiegać nadciągającym straszliwym skutkom globalnego ocieplenia.

Niedawno, ku mojemu rosnącemu niepokojowi (oraz szczeremu zdziwieniu), pomimo faktu, że żyjemy w XXI wieku, dyskusja o tym, że Ziemia jest płaska wróciła na wokandę. Przyznam, że ze wszystkich rzeczy, które dał nam internet, akurat tej dyskusji spodziewałem się najmniej. Dlatego nie dziwią mnie już fejkowe i prześmiewcze nagłówki Faktoidu czy ASZdziennika oraz „polewkowe” memy, które są popkulturowym tworem będącym odpowiedzią na taką a nie inną geografią sfery medialno-informacyjnej.

Ale poza „dużymi” tematami niemalże codziennie stykamy się z dość nieszkodliwymi wpisami, które jednak również niczym krople drążą kamień powolutku go krusząc od środka. Jako pasjonat kina i popkultury naczytałem się naprawdę mnóstwo postów w przeróżnych miejscach, w których ludzie chcący uchodzić za znawców tematu objawiali mi swoje prawdy. A to, że Martin Scorsese jest tak naprawdę partaczem. A to, że Stanley Kubrick sfilmował lądowanie na Księżycu w jednym z hollywoodzkich studiów. Kończąc na moich ulubionych recenzjach czy nawet luźnych opiniach o filmach/książkach czy muzyce pisanych przez ludzi, którzy albo kompletnie się nie znają i nie mają pojęcia o czym piszą, albo wręcz w ogóle danego dzieła nie oglądali/słuchali/przeczytali. No, ale wiadomo, że wypowiedzieć się trzeba.

Gdyby Kartezjusz żył w dzisiejszych czasach to pewnie sformułowałby maksymę „Wrzucam posty, więc jestem”.

Jako dziennikarz filmowy, który swego czasu trochę otarł się o branżę dziennikarzy (ostatnio już trochę rzadziej bryluję w tym towarzystwie) słyszałem o różnych przypadkach, jednym z bardziej wdzięcznych jest choćby przysypianie na pokazach prasowych, a potem pisanie recenzji danego filmu w oparciu o press booki i opinie korytarzowe. Słyszałem nawet o koledze po fachu, który wynajęty został przez jeden ze znanych serwisów internetowych do pisania relacji z festiwalu w Cannes i robił to… siedząc w Warszawie. Można i tak.

Sądzę, że w sieci nie brakuje ludzi, którzy hobbystycznie bądź nawet zawodowo (za pieniądze) piszą recenzje filmów czy książek, z którymi w ogóle nie mieli do czynienia.

Czasem da się to łatwo wyłapać, gdy w danym tekście dominuje nadmiar ogólników, bardziej zbliżających go do zwykłego opisu fabuły. A takie rzeczy zdarzają się i najlepszym, z tymże gdy dotyczy to prawdziwego autora sprawnie posługującego się piórem, to potrafi on jeszcze w miarę dobrze co nieco zakamuflować.

Gdy jednak czytamy tekst amatora, to wychodzi coś takiego jak w recenzji książki „Grimm City. Bestie” Jakuba Ćwieka, którą można przeczytać  TUTAJ i do której odwołał się zresztą sam pisarz na swoim prywatnym koncie na Facebooku. Autorka tekstu lubi czytać i chce pisać – chwała jej za to! Tylko szkoda, że zabrała się za to nie tylko mając niezbyt wyrobiony warsztat, ale też nie znając za bardzo twórczości Ćwieka oraz poprzedniej części „Grimm City” (recenzowana książka jest kolejną z serii). Nawet nie wzbroniła się zanadto przed tym by… zrecenzować okładkę owej książki.

Powstaje pytanie, jak sam autor powinien zareagować na taką recenzję. I o ile to pytanie nie jest tak ważkie, kiedy dana opinia się autorowi podoba, o tyle jednak nieco trudniej o ocenę, w przypadku tekstu, który albo godzi w autora danej publikacji, albo po prostu jest uważany przez niego za niewystarczająco dobry. Z jednej strony fakt, że internet dał nam możliwość wypowiedzi na równi z innymi, jest dobry. To pozwala się skonfrontować z ulubionym pisarzem czy porozmawiać z reżyserem o jego nowym filmie. Zbliża autora i odbiorcę, zaciera pewna granicę.

Z drugiej strony zdarza się, że ta możliwość pokazuje, iż recenzentem może dziś być każdy. Autorem w pełnym tego słowa już niekoniecznie, choć sama sieć zaciera tę różnicę.

A wszystko to jest po trochu skutkiem rozmycia się granicy pomiędzy dziennikarstwem czy beletrystyką, a zwykłym postowaniem bądź umieszczaniem w sieci swoich opinii na przeróżne tematy. Amatorzy swoimi wpisami na blogach pozycjonują się w googlu obok zawodowych dziennikarzy i autorów. Dla typowego internauty nie ma przecież znaczenia autor – liczy się dobry nagłówek, temat, tytuł i to decyduje o kliknięciu.

Ten cyfrowy egalitaryzm jest z jednej strony piękny, a z drugiej trochę niebezpieczny – kiedyś jednak, by móc publikować swoje teksty trzeba było mieć jakiś warsztat, doświadczenie, czasem znajomości, co akurat było minusem.

Dziś z kolei jesteśmy skazani na przebywanie w wirtualnej dżungli i często musimy być uważni względem tego co i kogo czytamy, co też sprawia, że my, jako czytelnicy musimy wykonać dodatkową „pracę”.

W jakimś sensie wszyscy jesteśmy recenzentami. Każdy z nas (a przynajmniej większość) ma swoją opinię ja jakiś temat. Choćby to by miała być tylko opinia o filmie jaki wczoraj widzieliśmy w kinie bądź na Netfliksie. Każdy z nas może się też tą opinią ze światem podzielić. Pytanie tylko czy musi…

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...