Oczy krwawiły, kiedy czytałem nową książkę Beaty Pawlikowskiej – „Blondynka w Japonii”

Recenzje/E-booki 14.05.2017
Oczy krwawiły, kiedy czytałem nową książkę Beaty Pawlikowskiej – „Blondynka w Japonii”

Teraz każdy może napisać książkę, więc Beata Pawlikowska napisała ich już ponad trzydzieści. Głównie o podróżach. Niestety, jej najnowsze dziecko stawia pod znakiem zapytania cały globtroterski dorobek.

Dlaczego? Na przykład dlatego, że Pawlikowską kojarzę głównie jako podróżniczkę po egzotycznej Amazonii, więc zastanawiam się czy nie żal jej lasów deszczowych, które ścięto, aby wydrukować coś, co nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego.

Praca dziennikarza nie zawsze upływa w rytm konferencji, wyjazdów zagranicznych i rozmów z ciekawymi ludźmi.

Czasami trzeba zrobić coś wbrew własnej woli. Tym razem padło na mnie, a pocieszałem się, że mój dyskomfort, jakiego doświadczyłem w czasie lektury najnowszej książki Pawlikowskiej „Blondynka w Japonii”, ostatecznie nie pójdzie na marne i ostrzegę innych śmiałków nęconych przyjaznym spojrzeniem autorki z okładki.

Niby książki nie ocenia się po okładce, ale to jak z pierwszym wrażeniem podczas spotkań. Jeśli kogoś obrazimy niechlujnym strojem czy nieprzyjazną miną, to bywa, że trudno jest odbudować relację. Swoją okładką Pawlikowska obraża zaś intelekt czytelnika.

O jej ocenę poprosiłem mieszkającego od kilku lat w Japonii Michała Mazura.

Mamy gorące źródła z wygrzewającymi się w nich małpkami. Jedna z nich „trzyma” nawet dodaną w programie graficznym tabliczkę. Jej przekaz nie ma specjalnie nic wspólnego z językiem japońskim poza samymi znakami. Jest po chińsku i w wolnym tłumaczeniu głosi: „Prosimy o utrzymanie toalety w czystości”, co zapewne wyskoczyło grafikowi w Google Grafika podczas tworzenia tej okładki. Są też kwitnące wiśnie, góra Fuji, bilet na pociąg i mała świątynia – pisze Michał Mazur.

Czy taka wpadka powinna się zdarzyć komuś, kto tytułuje się językowym guru, na równi z doktorem Mateuszem Grzesiakiem (tak! Polska nauka nagrodziła tytułem doktora człowieka, który specjalizuje się leczeniu polipów)?

Blondynka na językach

Beata Pawlikowska odkryła jeden trick, który pozwala uczyć się nowych języków w mgnieniu oka. Ta jej „nowa metoda” sprawia, że zapewne nienawidzą jej wszyscy inni nauczyciele. Pani Beata w swojej dobroci nie przeprowadza szkoleń na zamkniętych, drogich konferencjach, ale udostępnia swoje porady w internecie. Reklamuje je słowami:

Zero gramatyki, zero wykuwania słówek, zero odmian czasowników, które trzeba na pamięć wbić sobie do głowy. Metoda powstała w oparciu o moje doświadczenia w nauce języków obcych. Bo pewnego dnia zorientowałam się, że języka obcego można się nauczyć instynktownie – pisze autorka.

Coś mi to przypomina. Pamiętam jeden z odcinków świetnego show Cejrowskiego „Boso przez świat”, w którym prowadzący mówił, że jeśli w nowym miejscu nie zna języka, to używa polskiego, a interlokutorzy mają się z jego emocji domyśleć, co podmiot liryczny miał na myśli.

Może to jest to uczenie instynktowne? Dyfuzja idei i pomysłów w małżeństwie w końcu nie powinna mieć granic.

Chyba jednak jestem niedowiarkiem albo jestem po prostu mniej postępowy niż Pawlikowska. Rzućmy więc autorce wyzwanie – „lekarzu, ulecz sam siebie”. Jak autorka radzi sobie z językiem japońskim (poniżej cytat z książki)?

– Ohayo Gozaimasen!

To chyba oczywiste, prawda? Wchodzę, witam się i życzę wszystkim „dzień dobry”.

I nikt mi nie odpowiada!!!!! Nikt!!!!

Karamba!!! Znana polska podróżniczka potraktowana w Japonii jak powietrze!!! Tymczasem trudno odpowiadać komuś na słowa „dzień nie-dobry”…

„Dzień dobry” po japońsku to „ohayou gozaimasu”.  Końcówka „-masen” oznacza z kolei przeczenie.

Być, może, zaciekawiły, was też, znaki, interpunkcyjne, postawione w książce, w, dziwnych, miejscach? Jeśli tak, to dobrze. Jeśli nie, to znaczy, że nie znacie się na sztuce i jesteście ignorantami prozy podróżniczej.

Lubię przecinki. Daję im artystyczną wolność, nieskrępowaną schematem. Przecinek mówi czasem więcej niż słowo, zatrzymuje myśl, oddziela znaczenia, a czasem nadaje im nowy sens. Także wtedy kiedy znika.

I dlatego przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność – pisze Pawlikowska.

Najsłynniejsza polska blondynka do dyletanctwa dorabia więc ideologię. Pani Beato, jeśli jakimś cudem mnie Pani czyta: tak samo jak mikrofon na konferencji nie jest dla mówcy, a dla słuchaczy, tak samo przecinki nie są dla Pani, a dla czytelników.

O wiele łatwiej byłoby się przyznać, że na korektę nie wystarczyło albo czasu, albo pieniędzy. Jestem bowiem przekonany, że gdyby ktoś, kto całego życia nie przesiedział zamknięty w czterech ścianach, miał okazję przeczytać „dzieło Pawlikowskiej” przed wydaniem, to ja nie musiałbym tego robić. Książka o kraju wschodzącego Słońca nigdy by bowiem nie ujrzała jego promieni.

Nad „Blondynką w Japonii” można się długo znęcać, ale sama autorka robi to w sposób bardzo satysfakcjonujący. Najciekawsze kąski z tej beczki dziegciu powybierał Michał Mazur, który skomentował książkę autorski na Facebooku. Ja pozwoliłem sobie te fragmenty skomentować.

O pociągach:

Co ja tu robię w tym zagubionym pociągu, który od zawsze do zawsze zmierza tylko donikąd?… (…) Pociąg stoi. I choć może się wydawać to niemożliwe, on stoi coraz bardziej! (…) Wiem, ze w czasach szogunów nie było jeszcze pociągów. Ale ten pociąg na pewno był. (…) To są te pociągi, na które mówi się czasem `pociskowiec`, czyli `bullet train` i rzeczywiście lokomotywa ma kształt czopka. (…) Ja tymczasem siedziałam w zwykłym pociągu, który płynął przez świat jak samolot.

Jeśli częstochowskie rymy, to rymy banalne, to jak określić takie metafory?

Pociąg stanął.

I zgasł.

Totalnie. Tak jakby umarł z przepracowania.

I zapadła cisza.

Zadanie 1. Na podstawie załączonego fragmentu opisz relację podmiotu lirycznego uwięzionego w wielkim, metalowym czopku z otoczeniem.

Konbanwa, czyli dzień dobry

A wieczorem tylko chciało mi się śmiać. Gdy usłyszałam to słowo po raz pierwszy myślałam, ze nigdy go nie zapamiętam, bo brzmiało jak afrykańskie hasło czarowników odprawiających modły dla stada zebr. – Kąbanła. Oczy stanęły mi w slup i zaczęłam się głośno śmiać.

Po przeczytaniu tego fragmentu musiałem przejść się po pokoju z zażenowania. A ponoć przysłowiowe blondynki nie istnieją.

O mężczyznach

Mężczyzna pracujący, to niewolnik. (…) Są niedożywieni i zniszczeni. (…) Pija za dużo alkoholu i jedzą śmieciowe jedzenie. Dlatego są chudzi i słabi. I częściej niż w innych krajach odbierają sobie życie (…). Nie są w stanie wytrzymać stresu, który przekłada się na słabość duszy i umysłu.

Uczcijmy minutą ciszy japońskich mężczyzn, a potem przypomnijmy dorobek naukowy Pani Beaty.

Pawlikowska sama przyznaje: „kiedyś wierzyłam naukowcom, teraz sama sprawdzam fakty”. Za wszystkie nasze problemy odpowiadać ma według naszego omni-autorytetu „jedzenie chemii” i „branie tabletek”, które powodują, że organizm nie może „naprawić swojego DNA”. Nad książką Pawlikowskiej „W dżungli zdrowia” wystarczająco znęcał się już Hubert, więc odsyłam was do jego tekstu.

O spojrzeniu

A pamiętaj, ze japońskie oczy są skośne, wiec ich badawcze spojrzenie jest ostre i wchodzi głębiej. (…) Kelnerka z pewnym ociąganiem wyjmuje ze mnie sztylety swoich czarnych oczu.

Książka Pawlikowskiej też wchodzi głęboko. Co raz się zobaczyło, nie da się odzobaczyć.

O jednostce

Japonia jest jak ogromna plansza, na której stoją miliony malutkich ludzików. (…) To jest Japonia. Jesteś pionkiem na planszy. (…) Jesteś nikim. Stajesz się kimś tylko wtedy, kiedy twój umysł i ciało oddasz w zarządzanie mózgowi większemu od ciebie.

To było tak głębokie jak kałuże po deszczu w Las Vegas. „To jest Japonia” – czego się spodziewałeś?

O kobietach

Najbardziej interesująca, seksowna jest nastolatka albo kobieta przebrana za kilkuletnią dziewczynkę. Wszędzie to widziałam! (…) Gdziekolwiek się obróciłam, widziałam kobiety w roli niemych niewolnic albo kwiatuszków do ozdoby, które w słodki, przemiły i grzeczny sposób wyrażały swoje kwestie.

Minuta ciszy dla japońskich kobiet.

To, że Tokio jest stolicą hardcore’owego porno, domów publicznych i ekstrawaganckich modyfikacji ciała wiemy już z „Szalonego Tokio” Agnieszki Szulim. Podobnym tropem postanowiła pójść też Pawlikowska.

Zgodnie z jej gustami japońskie porno jest pozbawione hamulców i pełne brutalności. Oglądać je mają wszyscy – od dzieci, poprzez młodzież, aż po dorosłych – przez co nakłady maja iść w miliony. Autorka nie podaje jednak żadnych źródeł, rankingów czy raportów na poparcie swoich słów. Być może udało jej się porozmawiać z jakimś insiderem, ale – także o tym – nie mamy ani krzty informacji.

Dokładność riserczu Pawlikowskiej poddaje w wątpliwość fragment, w którym pisze ona, że w japońskich sklepach nie sposób znaleźć owoców innych niż banany. Jest to o tyle prawda, jeśli pod uwagę weźmiemy tylko jeden typ sklepów – Kombini.

Jak na pisarkę, która wydaje książkę o Japonii, robienie zakupów w jednej i ten samej sieci sklepów przez cały pobyt nie wygląda zbyt profesjonalnie. W końcu podróżnicy powinni przedstawiać wielopłaszczyznowy obraz, chyba że nie są w stanie, bo w danym miejscu byli zbyt krótko. Ale wtedy powinni się też powstrzymać od wydania książki, która ma być obrazem całego kraju.

Pawlikowska nie przyznaje się, ile czasu spędziła w Japonii. Głębokość analizy zawartej w książce sugeruje, że albo ani jednego dnia, albo niewiele więcej. Dlatego jeśli księgarnia przez przypadek włączy niniejszą pozycję do swojej oferty, to radzę, aby umieściła ją w dziale science-fiction. Więcej wspólnego z rzeczywistością mają bowiem artykuły AszDziennika.

Blondynka w Japonii to nie jest reportaż

Treści Pawlikowskiej to wyssane z palca komunały, półprawdy i zero-prawdy, które bardziej pasują na jeden z miliarda blogów podróżniczych, których nikt poza znajomymi podróżnika nie czyta, a nie do poważnego wydawnictwa. Autorka sama raczej nie zdaje sobie sprawy z powierzchowności analiz i ich naiwności. Ma bowiem filozoficzny styl wymądrzania się na każdy możliwy temat, najczęściej taki, na który nie ma zielonego pojęcia.

Pawlikowska ocenia wszystko, co spotyka na swojej drodze, a niczego nie stara się zrozumieć – na podstawie ograniczonych obserwacji formułuje ogólne wnioski, które w osobach znających Japonię wywołują śmiech.

Tak właśnie dzieje się, kiedy przyjeżdżasz do nowego kraju z bagażem uprzedzeń i oczekiwań, a potem wszystko dopasowujesz do swojej wizji. Podróże rozwijają, ale tylko tych z otwartymi głowami. Tym bardziej zaskoczony jestem podejściem Pawlikowskiej – znanej z radia i telewizji podróżniczki, która swoje już widziała i przejechała.

Skoro w Japonii na każdym kroku popełnia gafy i dziwi się rzekomym prostackim zachowaniem, to jak odebralibyśmy jej podróż do Amazonii, gdybyśmy to miejsce znali z innych punktów widzenia? Czy podobnie jak w Japonii i ludy tubylcze Ameryki Południowej Pawlikowska ogląda jak zwierzęta w ZOO – przez zaszłą mgłą szybkę?

Książki podróżnicze powinny w czytelniku rozbudzać ciekawość i chęć poznania nieznanego, ale „Blondynka w Japonii” jest mdłym strumieniem świadomości pełnym stereotypów i etnocentryzmu, czyli oceniania innych kultur przez pryzmat własnej kultury, traktowanej jako najlepszą.

„Blondynka w Japonii” pod znakiem zapytania stawia całą twórczość Pawlikowskiej.

Teksty, które musisz przeczytać:

Piszesz za krótkie wypracowania? „Blondynka na Bali” nauczy, jak lać wodę

Fajnie jest czasem zostawić za sobą uporządkowaną i szarą codzienność, chwycić za plecak, wskoczyć w traperskie buty i dać porwać przygodzie. Beata Pawlikowska jest szczęściarą, bo zawsze może sobie na takie szaleństwo pozwolić. I rusza w świat, by po powrocie „do bazy” spisać swoje wrażenia – czasem w felietonie, a czasem w książce, która formą … Continued

E-booki 19.04.2013

Dołącz do dyskusji (44)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...