Ranking filmów MCU – oceniamy produkcje Marvela

Top/Film 04.05.2017
Ranking filmów MCU – oceniamy produkcje Marvela

Z okazji premiery drugiej części „Strażników Galaktyki” podsumowuję dotychczasowe produkcje Marvel Cinematic Universe, od najsłabszej do najlepszej.

Incredible Hulk

Zdecydowanie najsłabsze ogniwo MCU. Niesamowity Hulk powstał w czasie, gdy filmowe uniwersum Marvela dopiero się kształtowało, co widać gołym okiem. Angaż Louisa Letteriera, który wcześniej reżyserował m. in. Transportera, sprawił, że film ten miał solidne sceny akcji (finałowy pojedynek Hulka z Abomination to jeden z najlepszych momentów całego filmu), ale wszystko to kosztem postaci. Do tego, Edward Norton kompletnie nie pasował do roli Bruce’a Bannera (choć jest znakomitym aktorem), co zresztą niejako potwierdziła zmiana obsadowa na Mike’a Ruffalo w Avengers.

Iron Man 2

Iron Man 2 zapowiadał się znakomicie na trailerach. Wszyscy oczekiwali, że zgodnie z regułą sequeli, będzie to większe i lepsze widowisko niż jedynka. Tak się niestety nie stało. Fabuła okazała się zbyt mętna, Mickey Rourke jako Whiplash nie do końca wykorzystany w pełni. W dwójce czuć mocno, że twórcy usilnie starali się zrobić coś lepszego niż jedynka, a jednak na siłę mało co dobrze wychodzi. Tym niemniej, jako komiksowe widowisko akcji, Iron Man 2 sprawuje się całkiem nieźle, Robert Downey Jr. Jest tak samo znakomity jak w poprzedniej odsłonie plus film ten dał nam po raz pierwszy Czarną Wdowę na dużym ekranie.

Thor: Mroczny Świat

Jeśli chodzi o postaci MCU Thor jest moim zdaniem najmniej interesującą ze wszystkich. Jego mitologiczna, teatralna konwencja niezbyt pasuje mi do całego MCU. Oczywiście, przy sprawnym reżyserze i scenarzyście można go jakoś wybronić, tak jak to miało miejsce w Avengers chociażby. Dużo też sobie obiecuję po „Thor: Ragnarok”, który kompletnie zmienił stylistykę. Tymczasem sequel pierwszego „Thora”, czyli Mroczny świat przekonał mnie tylko częściowo. Sprawił się dobrze jako widowisko akcji z domieszką fantasy (chociaż nie zapadł specjalnie w pamięć), natomiast jego fabuła i bohaterzy są mi kompletnie obojętni. Podczas seansu nie obyło się bez dłużyzn, paru głupot, które nawet przyjmując komiksową konwencję trochę mnie uwierały. Także jest to film w porządku, ale nic poza tym.

Ant-Man

Ant-Man kontynuował proces dojrzewania MCU, które w pewnym momencie zaczęło wychodzić poza same ramy adaptacji komiksów i szukać szerszej koncepcji w innych gatunkach filmowych. Ant-Man sięgnął po tzw. Heist movies, czyli filmy o napadach na bank. Sprawnie zmieszano to z elementami komediowo-sensacyjnymi z dobrymi kreacjami aktorskimi i tym sposobem dostaliśmy udane i całkiem przyjemne kino rozrywkowe.

Thor

Z początku dość mocno zdziwiłem się, że po sukcesie „Iron Mana” jednym z kolejnych filmów, na który stawia wytwórnia będzie „Thor”, czyli niezbyt wcześniej znany superbohater-bóg. Nie wróżyłem temu filmowi sukcesu, ale o dziwo okazało się, że sprzedał się on nadzwyczaj dobrze i zyskał sobie sympatię widzów na całym świecie. Spora w tym zasługa ciekawego konceptu na Thora, który świetnie łączył teatralność i pompatyczno-kiczowaty rozmach z kinem drogi opartym na odmiennych charakterach głównych bohaterów. Obserwowanie boga Asgardu, który próbuje odnaleźć się pośród zwykłych ludzi na Ziemi okazało się skarbnicą przezabawnych scenek rodzajowych.

Avengers: Czas Ultrona

„Czas Ultrona” padł ofiarą sukcesu poprzedniej części „Avengers”. W okolicach premiery reżyser Joss Whedon udzielał wywiadów wyraźnie wypalony i sfrustrowany całą tą machinerią, w którą dał się wpędzić. I czuć to zmęczenie oglądając sequel „Avengers”. To nie jest zły film, aczkolwiek tym razem nie udało się tak płynnie i finezyjnie pokazać wszystkich zależności między członkami Avengers. Ultron jako główny przeciwnik to też niezbyt trafiony wybór, choć rozumiem fakt, że w dużej mierze fabuła „Czasu Ultrona” stanowiła wykalkulowany łącznik pomiędzy pierwszą a drugą fazą MCU. Choć z drugiej strony w tym przypadku nie wyszło to na dobre samemu filmowi, który przez to stał się bardziej narzędziem w rękach architektów MCU niż pełnoprawnym dziełem.

Doktor Strange

Chociaż mam już dość kolejnych origin story, a na dobrą sprawę „Doktor Strange” powiela większość znanych widzom schematów z kina rozrywkowego, to jednak nadzwyczaj dobrze oglądało mi się film Scotta Derricksona. Spora w tym zasługa znakomitego Benedicta Cumberbatcha oraz fantastycznej warstwy wizualnej. Nie ma w tym filmie nic przełomowego, ale stanowi on świadectwo siły formuły oraz pozycji jaką wypracował sobie Marvel w sferze filmowej.

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie

Pierwszy „Kapitan Ameryka” okazał się nadzwyczaj miłą niespodzianką. Twórcy filmu, pod wodzą     udanie oddali hołd komiksowej legendzie, bez popadania w przesadny patos, a jednocześnie stworzyli pełną ciepła i humoru opowieść w duchu Kina Nowej Przygody.  Chris Evans jako Steve Rodgers okazał się strzałem w dziesiątkę, choć przyznam, że z początku kręciłem lekko nosem, jako że aktor ten parę lat wcześniej grał inną postać z komiksowego uniwersum Marvela, czyli Johnny’ego Storma w Fantastycznej Czwórce. No, ale pojawiło się MCU i wszyscy stwierdzili, że wszystko co było wcześniej się nie liczy.

Iron Man

Od tego filmu wszystko się zaczęło. Pierwszy „Iron Man”, choć z początku nic na to nie wskazywało, zmienił oblicze współczesnego kina popularnego oraz całego modelu biznesowego w Hollywood. Ale pomijając już nawet jego wagę historyczną w kanonie MCU, jest to po prostu kapitalna adaptacja komiksu (jedna z najlepszych w ogóle) – wierna oryginałowi, ze świetną fabuła (znakomicie prowadzona dramaturgia) i fenomenalnym Robertem Downeyem Jr., który po prostu urodził się by wcielić się w Tony’ego Starka.

Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Drugi „Kapitan Ameryka” to sequel idealny. Większy, lepszy, ciekawszy. Tym razem z Kina Nowej Przygody twórcy przenieśli się w sferę thrillera politycznego. O dziwo, włodarze Marvela zrobili rzecz niebywałą – z postaci Kapitana Ameryki, która wydawała się tak samo nudna i anachroniczna, stworzyli naprawdę interesujący portret psychologiczny człowieka, który próbuje znaleźć się w obcych mu czasach i rzeczywistości; którego ideały z pierwszej połowy minionego wieku nie do końca pasują do surowości początku XXI wieku.

Avengers

Trochę lat już mam i jakiś czas temu wyrosłem z wyczekiwania z wypiekami na twarzy na premierę filmów. Jednak „Avengers” zmienili wszystko. Już sam trailer sprawił, że miałem dreszcze w tych częściach ciała, w których dawno już dreszczy nie miałem. A moje podejście to zaledwie przecinek w większej całości. Film Jossa Whedona zmienił cały biznes filmowo-rozrywkowy, będąc przy okazji pierwszym w historii filmem, w którym na jednym ekranie znalazło się wielu superherosów przedstawionych we wcześniejszych samodzielnych filmach. Cały model marketingowo-biznesowy, którego kulminacją byli „Avengers”, zaprocentował i spełnił wszystkie swoje obietnice względem widzów. Whedon idealnie połączył widowiskowość ze studium (niemalże teatralnym) charakterów, każdemu z nich dając swoje 5 minut. To piekielnie trudne zadanie, z którego reżyser wyszedł celująco, tworząc jeden z najlepszych filmów rozrywkowych jakie widziałem.

Strażnicy Galaktyki

Po tym filmie mój szacunek do Marvela wzrósł jeszcze bardziej. Z nieznanej szerzej serii komiksowej zdołali wykreować wspaniałe widowisko, które zawojowało cały świat i w mig dołączyło do panteonu popkultury. James Gunn, dla którego była to pierwsza wysokobudżetowa superprodukcja, poradził sobie śpiewająco. Film miał w sobie luz, kapitalne postaci, zawadiacki i przygodowy sznyt, świetny humor i fantastyczny soundtrack. „Strażnicy Galaktyki” to „Gwiezdne Wojny” na jakie zawsze czekałem.

Iron Man 3

Wiele złego słyszałem o trzecim „Iron Manie”, ale ja nadal uważam, że to najlepsza część trylogii. Ciekawie rozwija wątki Tony’ego Starka w świecie po wydarzeniach z „Avengers”, schodząc też trochę na inne tory fabularne. O ile pierwszy rozdział to typowe marvelowskie widowisko, tak kolejny to już bardziej studium charakterów w sosie obyczajowo-sensacyjnym, czyli to, w czym reżyserujący Shane Black jest mistrzem. Nie znałem wcześniej komiksowej mitologii Iron Mana, także dla mnie to co zrobiono z Mandarynem to ciekawa zabawa ze schematem typowego czarnego charakteru znanym z komiksowych widowisk.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów

Civil War to nie tylko wizualny majstersztyk i szczytowa forma kinowego widowiska. To także perfekcyjnie przemyślana i zrealizowana kulminacja wszystkich dotychczasowych filmów MCU. Pod tym względem sprawuje się o wiele lepiej niż „Czas Ultrona”. Sam motyw skłócenie bohaterów wewnątrz grupy oraz poruszenia tematyki skutków działań superbohaterów był wystarczająco dobrze poprowadzony by zatrzymać uwagę widza. A jak dołączymy do tego wbijające w fotel sceny akcji ze znakomitą choreografią (uwielbiam scenę pościgu za Czarną Panterą) oraz wprowadzenie nowych postaci (wspomniany wcześniej Black Panther oraz Spider Man), to ja właściwie nie mam więcej pytań.

Teksty, które musisz przeczytać:

Największe filmowe sukcesy lata 2017

Było już o filmowych wtopach wakacji 2017, teraz przyszedł czas, by przyjrzeć się bardziej pozytywnym przykładom. Oto filmy, które pozytywnie zaskoczyły widownię i producentów, stając się nieoczekiwanymi przebojami.

Artykuł/Film 20.08.2017

Dołącz do dyskusji (8)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...