Najgorsze adaptacje komiksów [TOP 7]

Top/Film 02.05.2017
Najgorsze adaptacje komiksów [TOP 7]

Żyjemy w całkiem dobrych czasach, które obrodziły w sporą liczbę znakomitych adaptacji komiksów. Jednak aby dotrzeć do tego punktu, kino musiało przebyć naprawdę długą i wyboistą drogę. Poniżej zebrałem najgorsze znane mi adaptacje komiksów. Żeby nie ułatwiać sobie zadania celowo pominąłem takie perełki jak „Batman i Robin”, „Żyleta” czy „Superman IV”, bo są to typy dość oczywiste.

Catwoman z 2004 roku

Francuski reżyser Pitof twierdził ponoć, że tworząc „Catwoman” starał się kompletnie nie inspirować komiksami z tą postacią. Jest to chyba jedna z najgłupszych rzeczy jakie można zrobić tworząc adaptację komiksu. Zresztą efekt końcowy tylko to potwierdził. „Catwoman” naprawdę ciężko się ogląda. Scenariusz jest potwornie zły i stanowi nieumiejętną kalkę wszelkich znanych schematów kina rozrywkowego. Opisując reżyserię przychodzi mi na myśl jedno słowo – partactwo. Obsada zapowiadała się całkiem intrygująco, jednak słaby reżyser kompletnie nie wiedział jak ją poprowadzić, a sami aktorzy nie za bardzo czuli konwencję.

No i do tego Halle Berry jako Catwoman. To piękna kobieta, jednak szkoda jej talentu na tak marny film, w którym paraduje ona we wdzianku rodem z niszowego filmu sado-maso. Do tego, czy naprawdę akurat tę postać musiała zagrać czarnoskóra aktorka? Zabrzmi to może mocno rasistowsko, ale czarna kobieta ubrana w czarny, skórzany strój nie do końca dobrze mi się komponuje.

Kaczor Howard z 1986 roku

Jedna z najbardziej kultowych wtop w historii kina. George Lucas, tuż po zakończeniu oryginalnej trylogii Star Wars chciał skupić się na produkcji bardziej niezależnych filmów. Pierwszym z nich była adaptacja niszowego i surrealistycznego komiksu Marvela, „Kaczor Howard”. Mocno satyryczna i cyniczna postać głównego bohatera, który nieprzypadkowo stanowił krzywe zwierciadło Kaczora Donalda, był ciekawym pomysłem na fabułę, jednak pogrzebało go fatalne wykonanie.

Pozbawiony talentu reżyser, kiepskie kreacje aktorskie, słabe, nawet jak na lata 80., efekty animatroniczne, a przede wszystkim brak wyczucia stylu i konwencji. Sprawiało to, że „Kaczora Howarda” oglądało się jak filmowe dziwadło, które samo nie do końca wiedziało czy chce być filmem familijnym czy obrazem kierowanym do starszego widza.

Spirit: Duch miasta z 2008 roku

„Spirit” to smutno-zabawny dowód na to, jak przerośnięte ego Franka Millera, skądinąd znakomitego artysty komiksowego, może zaprowadzić kogoś w ślepy zaułek. Zachęcony sukcesem „Sin City”, który reżyserował z pomocą Roberta Rodrigueza, tym razem Miller uznał, że poradzi sobie sam i rzeźbiąc w podobnej poetyce postanowił przenieść na duży ekran postać znaną z komiksów Willa Eisnera. Całość wygląda jak niezamierzona parodia „Sin City”. Przestylizowana, fatalnie wyreżyserowana, z durnymi dialogami i bez większego pomysłu na całość. Kino klasy C, z którego nawet ciężko się pośmiać ze znajomymi.

Spawn z 1997 roku

Och, jak ja czekałem na ten film! Od kiedy tylko po raz pierwszy przeczytałem komiksy ze Spawnem, od razu wsiąkłem w ten niezwykle mroczny świat, a tytułowy bohater z miejsca dołączył do mojego prywatnego panteonu najlepszych komiksowych postaci. Niestety, filmowa wersja „Spawna” z 1998 roku reprezentuje wszystkie bolączki średnio budżetowych produkcji hollywoodzkich bazujących na komiksach z tamtego okresu. Fatalny, nikomu nieznany reżyser klasy B, marne aktorstwo, scenariusz niby bazujący na historii z komiksów, ale napisany na kolanie. Za efekty specjalne oraz animację oraz częściową animację kostiumu Spawna odpowiadało niby ILM, ale chyba i oni nie wierzyli w ten projekt, bo kompletnie spaprali robotę. Nie pamiętam kiedy ponownie wyszedłem z kina aż tak rozczarowany.

Punisher z 1989 roku

„Punisher” z 1989 roku ciekawie pokazuje jakie było podejście ówczesnego Marvela i hollywoodzkich wytwórni do adaptacji komiksów. Z opowieści obrazkowych „pożyczano” sobie postaci oraz zarys fabularny i niespecjalnie przejmując się resztą, budowano na znanych markach typowe kino akcji klasy B, takie od razu z przeznaczeniem na rynek kaset wideo. I tak oto zrodził się pierwszy filmowy Punisher, z jednym z najbardziej drewnianych aktorów jaki pojawił się na celuloidzie, czyli z Dolphem Lundgrenem.

Ale to jeszcze bym jakoś przeżył gdyby nie fakt, że film ten praktycznie nie ma za wiele wspólnego z komiksowym pierwowzorem, poza imieniem i pseudonimem głównego bohatera oraz historii mordu na jego rodzinie. Kurcze, w tym filmie Punisher nie nosi nawet swojej koszulki z czaszką! Tak więc Punisher z 1989 roku to generyczny film akcji, do tego fatalnie zrobiony. Omijać szerokim łukiem.

Fantastyczna Czwórka z 2015 roku

Nie sądziłem, że w 2015 roku powstanie gorsza odsłona Fantastycznej Czwórki niż ta, którą można było oglądać dekadę wcześniej. Po prawdzie, na filmie z 2005 roku bawiłem się całkiem nieźle, ale to dość średnia rozrywka klasy B. Natomiast przy ambitnym (niestety tylko w założeniach) filmie Josha Tranka, tamten seans jawi się niemal jak arcydzieło. W nowej „Fantastycznej Czwórce” poległo praktycznie wszystko. Od dziwnego scenariusza, po jedną z najgorzej dobranych obsad aktorskich jakie pamiętam. Wyglądało to tak, jakby reżyser wybrał sobie specjalnie aktorów, którzy jak najmniej pasują do oryginałów z zeszytów komiksowych. Z całym szacunkiem, ale Miles Teller kompletnie nie pasował mi na genialnego naukowca; Kate Mara nie jest typową śliczną silną i empatyczną blondynką, z którą zawsze kojarzyła mi się Sue Richards. No, a Johnny Storm nie był czarny.

Znowu wychodzi ze mnie mały rasista, ale trochę drażni mnie fakt, kiedy w adaptacjach komiksów zatrudnia się aktorów kompletnie odmiennych, także fizycznie, od ich pierwowzorów. A nie znam powodu, dla którego Michael B. Jordan, poza tym, że kumpluje się z reżyserem, musiał dostać angaż jako Human Torch.

Sin City: Damulka warta grzechu z 2014 roku

Ten film ogląda się jak krzywe odbicie pierwszego Sin City. Nie udało się nic, od scenariusza i mętnej fabuły po kiepskie kreacje aktorskie. Do tego warstwa wizualna, niby powtarza to, co oglądaliśmy w części pierwszej, ale tym razem jest wykorzystana bez pomysłu i autorskiej wizji. To co czyniło „jedynkę” wyjątkową, w „dwójce” zostało zastąpione głupi festiwalem bezsensownej przemocy i seksizmu.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (9)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...