The Handmaid’s Tale to najlepszy nowy serial ostatnich miesięcy. To trzeba oglądać

Recenzje/Seriale 28.04.2017
Nasza ocena:
The Handmaid’s Tale to najlepszy nowy serial ostatnich miesięcy. To trzeba oglądać

Kontrowersyjny. Mroczny. Szokujący. Bezpośredni. The Handmaid’s Tale to najciekawszy serial ostatnich miesięcy, jaki przyszło mi oglądać. Po trzech pierwszych odcinkach wiem jedno – muszę dostać więcej.

Kryzysy gospodarcze, terrorystyczne, demograficzne oraz społeczne sprawiły, że rząd Stanów Zjednoczonych sukcesywnie ograniczał prawa i swobody swoich obywateli. Mieszkańcy USA tracili kolejne przywileje na rzecz zachowania kruchego porządku. Prawo ulegało zaostrzaniu, a z czasem zawieszona została nawet amerykańska konstytucja. Doraźne przepisy i zarządzenia stały się normą.

Stany Zjednoczone w końcu upadły. W jego miejscu powstało ultra konserwatywne państwo.

Trzymające władzę elity doszły do wniosku, że jedynie powrót do konserwatywnych wartości może ocalić ich naród. Niestety, postępujący kataklizm odcisnął piętno na ludzkiej cywilizacji, na zdrowiu oraz jakości życia wszystkich byłych Amerykanów. Obywatele dawnego USA przestali być płodni, a kryzys demograficzny wybuchł ze zdwojoną siłą.

Autorytarna struktura przeistoczyła się w formę patriarchalnej monarchii, w której mężczyźni sprawują dominującą rolę. Towarzyszą im bezpłodne żony, a ostatnie kobiety zdolne do rodzenia dzieci są ubezwłasnowolniane i zmuszane do prokreacji z mężczyznami dzierżącymi władzę. Jedną z takich kobiet jest główna bohaterka (Elisabeth Moss) The Handmaid’s Tale.

Producenci Opowieści podręcznej nie znają czegoś takiego jak tabu.

Już w pierwszym epizodzie główna bohaterka zostaje zmuszona do wypełnienia swojej „powinności”. Chociaż jest przy tym cicha i bierna, w widzu aż wszystko krzyczy. Aż się gotuje. The Handmaid’s Tale to produkcja, w której niesprawiedliwość i niegodziwość wylewa się z ekranu. Osoby o słabszych nerwach mogą mieć problemy z odbiorem tego serialu. Nie ze względu na brutalność i dosadność scen, bo tej nie ma w ogóle, ale wszechobecną tyranię, represję, wyzysk oraz uprzedmiotawianie.

Mimo potwornej wizji patriarchalno-hierarchicznego społeczeństwa, w The Handmaid’s Tale tli się jednak wątła nuta nadziei. Mały płomyk, który nie gaśnie pomimo upodlenia, jakie scenarzyści przygotowali dla swoich bohaterów. To właśnie myśl, że później będzie lepiej, a cała ta popieprzona machina wyzysku upadnie, trzyma widza przed ekranem. No i trzyma mocno, bo nawet nie zauważyłem, kiedy minęły trzy pierwsze odcinki.

Wielką zaletą The Handmaid’s Tale jest Frida – główna bohaterka. Kobieta jest na tyle wrażliwa, aby widz razem z nią przeżywał akcję serialu. Z drugiej strony na tyle twarda, że jej delikatny, subtelny bunt wobec nowego systemu zamienia się w główny motor napędowy produkcji. Do tego Elisabeth Moss świetnie żongluje swoją rolą, grając Fridę przed i po drastycznych zmianach w USA.

Najciekawsze w Opowieści podręcznej jest to, że akcja tego serialu może przydarzyć się w każdym państwie.

To nie jest jakaś skrajnie odległa, obca, futurystyczna wizja. Aby system z The Handmaid’s Tale zadziałał w Polsce, wystarczyłyby trzy, może cztery radykalne ruchy rządzących. Najpierw konstytucja. Potem prawa i przywileje jednostek. Następnie ustrój, a na końcu ubezwłasnowolnienie. Science-fiction? Przypadki sprzed 100 lat pokazują, że nie koniecznie. Skoro w sercu Europy powstało Auschwitz, w sercu USA nie może powstać obóz dla kobiet?

To właśnie ta pozorna autentyczność sytuacji sprawia, że The Handmaid’s Tale jest równocześnie przerażające i wciągające. Oglądając serial, nie da się nie wyobrażać, jak sami postępowalibyśmy na miejscu bohaterów i bohaterek. To ciekawa zabawa z własną moralnością, będąca oryginalnym uzupełnieniem serialu który trzeba zobaczyć.

Pierwsze trzy odcinki The Handmaid’s Tale oglądałem na platformie ShowMax.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (15)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...