Netflix aniołem apokalipsy wieszczącym koniec kina? Nie sądzę

Felieton/Film 19.04.2017
Netflix aniołem apokalipsy wieszczącym koniec kina? Nie sądzę

Wczorajszy tekst mojego imiennika i naczelnego Spider’s Web o sukcesach Netfliksa, które mają być przyczynkiem ku odejścu kina do lamusa historii, z jednej strony mnie zaintrygował. Z drugiej zaś strony, jako pasjonata zakochanego beznadziejnie w X muzie, lekko zmartwił. Postanowiłem przyjrzeć się bliżej temu zagadnieniu, stając w obronie kina, na którym co nieco się znam.

Schyłek kina głoszono już wiele razy.

Na samym początku jego istnienia większość ludzi w ogóle nie widziała w nim wielkiej przyszłości, ponad ciekawostkę technologiczną z początku XX wieku. W latach 50., gdy telewizja zaczęła swoje największe masowe podboje po raz pierwszy w historii spodziewano się, że to będzie gwóźdź do trumny dla kinematografii. Na przełomie lat 70. i 80., gdy rozwijało się kino domowe na czele z kasetami wideo i wypożyczalniami sądzono, że tym razem kino nie przetrwa. Na początku XXI wieku, wraz z pojawieniem się coraz to lepszej jakości obrazu nośnikach DVD i potem Blu-ray oraz wraz z pojawieniem się YouTube’a, mówiono to samo.

Po stronie Przemka są z pewnością wymierne fakty. Zarówno Netfliksowi jak i innym serwisom przybywa subskrybentów. Co za tym idzie, zwiększają się też cyferki w tabelce z napisem „przychody”.

Dynamicznie zmieniają się też masowe nawyki korzystania z dóbr popkultury, oglądania treści wideo, uczestniczenia w dyskusji, komentowania itp. Powstała w końcu zupełnie nowa kultura i społeczność. Zrodzona i skupiona w dużej mierze wokół Netfliksa. Sam czynnie z tego Netfliksa korzystam. Choć dla mnie stanowi on hybrydę klasycznej wypożyczalni wideo (w kontekście oglądania starszych filmów) z dostawcą oryginalnych nowych treści w postaci seriali, ostatnio także dokumentów (polecam świetny film o wulkanach Wernera Herzoga, o którym pisałem swego czasu na tutejszych łamach).

Sęk w tym, że ja nie bardzo widzę, jak taki Netflix miałby zabrać widzów kiniarzom i przyczynić się do zmierzchu kina.

Oglądanie filmów na sali kinowej, na dużym ekranie, z odpowiednią atmosferą, dźwiękiem i w otoczeniu (obcych bądź znajomych) ludzi, to unikalne doświadczenie. Na tyle unikalne w obrębie kultury masowej, że jakkolwiek wygodny, streaming nie wydaje mi się wielką konkurencją. Głównie dlatego, że stanowi kompletnie inną sferę doświadczania popkultury.

Dla mnie chodzenie do kina ma wymiar czasem wręcz sakralny. Salę kinową traktuję jak świątynię, a seans jak mszę. Tak, wiem, nie jestem do końca normalny. Nie zakładam oczywiście, że jest sporo ludzi z takim podejściem jak moje. Sądzę jednak, że nadal nie brakuje osób, które, przynajmniej raz na jakiś czas, chcą pójść do kina. I dać się dosłownie przenieść do innego świata, choćby to tylko miałoby być jakieś wielkie i głośne widowisko.

Kino to też zupełne inny widz.

Repertuar bazuje przecież na góra kilkunastu tytułach dostępnych w danym miesiącu. I nie nastawia się tylko i wyłącznie na powracającego widza. To biznes skupiony w dużej mierze na przyciągnięciu widzów w weekendy i dni wolne. Raz jest to widz rozkochany w widowiskach, a raz fani niszowego kina. I na tych, i na tych można zarabiać. Oczywiście są to inne pieniądze, ale przykład takiego „La La Land” (wiem, nie jest to niszowe kino artystyczne) pokazuje, że wcale nie trzeba robić wielkich widowisk by zarobić na siebie fortunę.

Istotnym aspektem jest też rozwijający się dopiero rynek kinowy poza światem Zachodu. Myślę tu głównie o Chinach, które już w tym roku mają stać się największą kinową potęgą na świecie pod względem generowanych przychodów z kas.

Nie sądzę, by Chińczycy, ledwo jeszcze nasyceni kulturą kinową, chcieli się tak szybko przesiąść na Netfliksa. Zresztą z roku na rok filmy kinowe, głównie w Chinach, notują coraz większe wpływy. Nawet jeśli kiniarze sprzedają w danym kraju mniej biletów niż kiedyś, to jednak pieniądze zarabiają coraz większe.

Jakoś nie widzę za bardzo przyszłości, w której takie produkcje jak „Star Wars” czy „Szybcy i wściekli” mają swoje premiery w domowym zaciszu.

Wielkie superprodukcje powstają głównie w przeznaczeniu do oglądania na wielkim ekranie kinowym. Bo choćby nie wiem jak wielki telewizor pomieścił nasz salon, to nadal nie będzie w stanie się on równać z ekranem kinowym (o IMAX-ie nawet nie wspominam) czy systemem nagłośnieniowym. A umówmy się, ani nowy „Spider Man”, ani nadchodzący VIII epizod „Gwiezdnych wojen” nie powstaje z myślą o domowych odbiornikach (iPady i inne smartfony celowo pomijam). Coraz odważniej wykorzystuje się kamery IMAX. Już nie tylko do nakręcenia pojedynczych scen, ale do całokształtu produkcji filmów (obecnie czekają nas premiery przede wszystkim „Transformers: Ostatni Rycerz” oraz „Dunkierki” – dwa kompletnie różne dzieła filmowe oparte w dużej mierze na kamerach IMAX-a).

Michael Bay dierży w rękach kamerę IMAX-a na planie "Transformers: Ostatni Rycerz"

A z całym szacunkiem dla telewizorów i nawet projektorów, ale kamery te nie są używane z myślą o nośnikach domowych. Pełnię efektu oraz immersji z tym co oglądamy zapewni nam tylko seans w kinie. Przy okazji same sale IMAX-a również notują wzrosty widzów.

Jak ja widzę przyszłość?

Pojawienie się Netfliksa z pewnością namiesza(ło) trochę na rynku. Zmieni(ło) niektóre zasady gry. Ale to tyle. Nadchodzący układ sił będzie wyglądał tak, że serwisy streamingowe staną się cyfrowym El Dorado oryginalnych i archiwalnych treści (seriale, mini-serie, filmy telewizyjne, filmy niezależne, dokumenty itp), a kina będą niczym lunaparki serwujące widzom wielkie i pełne rozmachu widowiska. Już w tej chwili „telewizja” prezentuje o wiele ciekawsze i ambitniejsze produkcje. Natomiast nie bardzo widzę sens pompowania grubych milionów w superprodukcje w szalonymi wizualnymi fajerwerkami rodem z „Transformers” czy „Szybkich i wściekłych” w przeznaczeniu na nawet 100 calowy telewizor (ciekawe jaki procent populacji posiada takowy).

Zresztą, dla takich serwisów jak Netflix tworzenie produkcji, które muszą być skondensowane do ok. 2 godzin, podczas gdy mogą sobie oni pozwolić na tworzenie epickich epopei trwających łącznie ok. 10 godzin, w stylu „The Crown”, jest niepotrzebnym ograniczeniem. Poza tym, fakt, że taki Amazon, rozwijając swoje kanały w streamingu, inwestuje też w filmy kinowe (czego przykładem jest oscarowy „Manchester by the sea”) chyba o czymś świadczy. W każdym razie moim zdaniem pogłoski o śmierci kina, która czyha za rogiem, są nadmiernie przesadzone.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (9)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...