Iron Fist rozczarował na całej linii. Myślałem, że najgorsze już za mną – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Seriale 20.03.2017
Iron Fist rozczarował na całej linii. Myślałem, że najgorsze już za mną – recenzja Spider’s Web

Obejrzałem już cały pierwszy sezon Iron Fist, czyli nowego serialu Marvel Studios o nowojorskim superbohaterze udostępnionego na platformie Netflix. Potwierdziły się moje najgorsze obawy.

W recenzji mogą pojawić się spoilery z pierwszego sezonu Iron Fist, ale nie powinny nikomu popsuć seansu.

Iron Fist to najnowszy serial o zamaskowanym herosie prosto z kart komiksów wydawnictwa Marvel. Od minionego piątku można go zobaczyć, podobnie jak udostępnione w ostatnich latach inne produkcje z tej samej serii – Daredevil, Jessica Jones i Luke Cage – w całości w serwisie Netflix.

Recenzja Iron Fist - Marvel i Netflix

Po seansie całej serii nie mam jednak dobrych wiadomości.

Przedpremierowo recenzowałem już pierwsze sześć odcinków Iron Fist i nie byłem zachwycony – zresztą nie tylko ja. W weekend po premierze obejrzałem kolejne siedem i muszę z bólem stwierdzić, że było tylko gorzej. Finn Jones próbował swojej produkcji bronić, ale nie był w tym zbyt przekonujący i już rozumiem dlaczego.

Iron Fist nie sprawdził się zarówno jako samodzielna produkcja, jak i pomost łączący cztery seriale z zapowiadaną od lat miniserią The Defenders. Powiedzenie, że główny bohater może być tylko tak dobry, jak stający naprzeciwko niego złoczyńca, jest w przypadku Iron Fist prawdziwe jak mało kiedy.

W produkcji zabrakło jakiejkolwiek linii przewodniej i nie było ani jednego głównego i wyrazistego antagonisty.

Każdy z dotychczasowych seriali Marvela stawiał przed swoim bohaterem wyzwanie. W przypadku Iron Fist takiego motywu zabrakło. Moje zastrzeżenia co do Iron Fist wysnute po pierwszych sześciu epizodach można rozszerzyć na pełny, 13-odcinkowy sezon. Historia nie jest spójna i nie nabiera głębszego sensu.

Recenzja Iron Fist - Marvel i Netflix

Znamienne jest, że nawet tytułowy bohater nie umie wytłumaczyć, dlaczego tak naprawdę opuścił Kunlun i wrócił do Nowego Jorku. Jego towarzysze i przyjaciele – a tym samym widzowie – niezbyt dobrze rozumieją, gdy tłumaczy im czym dokładnie jest Iron Fist. Wygląda wręcz na to, że on sam do końca tego nie wie.

Wychowany przez mnichów młody mężczyzna ma dobre serce, ale jest przy tym tak przerażająco naiwny i nieżyciowy, że aż zgrzytają zęby.

Danny Rand nie tylko nie rozumie, jak działa współczesny świat, ale ma ogromny problem w relacjach międzyludzkich. Daje się wodzić za nos kolejnym jednostkom i organizacjom, które to skrzętnie wykorzystują – czy to dawny przyjaciel ojca, czy to przedstawiciele Ręki, czy to mnisi z Kunlun.

Rozumiem, że ktoś, kto całe życie uczył się tylko kung-fu, może nie umieć odnaleźć się w roli miliardera z Nowego Jorku po 15 latach spędzonych z dala od cywilizacji, ale… po prostu trudno ulepić z tego bohatera, na którym widzowi by zależało. Trudno mi kibicować Danny’emu, skoro nie wiem, gdzie on w ogóle zmierza.

Recenzja Iron Fist - Marvel i Netflix

Mówiąc dosadnie – tytułowa żyjąca broń to nie jest ostra włócznia, tylko tępy młotek.

Dopuszczam myśl, że taki zabieg mógł być celowy, ale nawet jeśli tak było, to po prostu taka postać nie zagrała na ekranie. Nie pomagają też groteskowe i przerysowane postaci poboczne, których zachowanie jest co i rusz irracjonalne. Dotyczy to sojuszników głównego bohatera, jak i jego kolejnych przeciwników.

To wszystko byłoby do wybaczenia, jeśli tylko Iron Fist miałby chociaż jeden dobry przewodni element. Tego jednak brakuje – nie jest to ani wciągająca intryga, ani nietuzinkowa kreacja bohaterów, ani nawet choreografia i widowiskowość pojedynków – co jest wręcz żenujące jak na serial o mistrzu sztuk walki.

Oglądając Iron Fist ma się wrażenie, że ktoś pomieszał dwie różne wersje scenariusza.

Wielokrotnie miałem wrażenie, że kolejne sceny nie zazębiają się ze sobą tak, jak powinny. Postaci zmieniały swoje nastawienie o 180 stopni kilkukrotnie bez wyraźnego powodu. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że scenariusz Iron Fist przeszedł gruntowne zmiany na bardzo późnym etapie produkcji i to dlatego dostaliśmy takiego Franka Steina.

Recenzja Iron Fist - Marvel i Netflix

To się po prostu nie trzyma kupy! Widać to zwłaszcza w finałowym epizodzie w rzucanych od czapy oskarżeniach podczas ostatniej walki. Deus ex machina obecna jest na każdym kroku i to ona, a nie kolejne akcje podejmowane przez bohaterów, odpowiada za rozwój akcji. Dialog, który miał być zwieńczeniem sezonu, wypadł sztucznie i miałko.

W dużej mierze dzieje się tak dlatego, że w serialu mamy zarysowane kilka wątków, ale żaden nie stał się przewodnim.

Zanim któryś aspekt historii zdążył sobą zainteresować, to odkładano go na półkę. Twórcy pokazują nam walkę o przejęcie władzy w Rand Enterprises i starcie z Ręką, a potem prezentują zupełnie nowe postaci, z których każda jest powodem by opowiedzieć kolejną historię związaną z Dannym.

Mamy nie tylko Madame Gao, ale też tajemniczego i wręcz groteskowego Bakuto. To wojownik w pewien sposób powiązany z Coleen Wing. Pod sam koniec do gry wchodzi też nie mniej od Bakuto stereotypowy Davos, który jest personifikacją dylematów Danny’ego, a nie bohaterem z krwi i kości.

Iron Fist Marvel Netflix recenzja

Jedynym jasnym punktem Iron Fist jest, co mnie zaskoczyło, Ward Meachum.

Nie jest to bynajmniej materiał na mojego ulubionego bohatera spośród licznych filmów i seriali tworzących razem Marvel Cinematic Universe, ale kolejne odcinki Iron Fist oglądałem przede wszystkim dla scen z tą konkretną postacią. Ward okazał się znacznie ciekawszą postacią niż jego siostra, czyli spłycona i wręcz skrzywdzona przez scenarzystów Joy.

Warda można nawet nazwać surogatem Danny’ego w Iron Fist, bo w przeciwieństwie do tytułowego bohatera rozwija się, targają nim emocje, a nawet jeśli podejmuje kiepskie decyzje, to są one umotywowane fabularnie. Młody Meachum jest niejednoznaczny, a widzowi dużo łatwiej się z nim identyfikować niż z Dannym, Coleen i pojawiającą się w każdym serialu Claire.

Co bynajmniej nie ratuje całej produkcji.

Iron Fist wygląda jak zbudowane ze sprawdzonych schematów dzieło rzemieślników, a nie artystów. Wykorzystano bardzo oklepane motywy i masę klisz. Nie jest łatwo zrobić serial o wychowanym przez mnichów odludku, który w XXI wieku biega po Nowym Jorku szukając sposobu na regenerację swojego chi, ale można było rozegrać znacznie lepiej.

Iron Fist Marvel Netflix recenzja Finn Jones

Twórcy postanowili bez potrzeby opowiedzieć tę historię zupełnie na serio. Wolałbym, gdyby Danny Rand bliższy swojemu komiksowemu pierwowzorowi, który stale żartuje i nie traktuje niczego serio. Zamiast tego mamy zagubione dziecko we mgle, które nie wie czego chce i scenarzystów, którzy tak samo nie wiedzą, co tak naprawdę chcą nam przekazać.

Trochę żałuję, że w Iron Fist zabrakło odniesień do pozostałych superbohaterów i kinowego uniwersum Marvela.

Skoro serial i tak wyszedł słabo jako samodzielna historia, to wabikiem dla widzów mogłyby być gościnne występy pozostałych herosów. Marvel i Netflix chcieli jednak w zgodzie z duchem całej serii zaserwować nam zamkniętą historię. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że ta historia… nie wciąga.

Po seansie zacząłem obawiać się o The Defenders, czyli miniserię Marvela, w której pojawią się czterej główni bohaterowie z wydanych dotychczas seriali. Daredevil, Jessica Jones i Luke Cage dały nadzieję na całkiem niezłe widowisko. Iron Fist zasiał we mnie ziarno niepokoju.

Iron Fist Marvel Netflix recenzja Finn Jones

Mam jednak cały czas nadzieję, że to tylko jednorazowe potknięcie.

Jest szansa na to, że Danny Rand zabłyśnie dopiero w towarzystwie innych herosów i w przyszłości stanie się dla nich ciekawą przeciwwagą. Po tym co widziałem to jednak myślenie życzeniowe. Marvel i Netflix mieli jednak u mnie kredyt zaufania, który srogo nadwyrężyli.

Mimo to nie oceniam Iron Fist jednoznacznie źle. To mimo wszystkich wad dobry serial rozrywkowy do obejrzenia w leniwe popołudnie. Jego negatywna ocena wiąże się w dużej mierze z dość wysokimi oczekiwaniami po tym, jak pierwszy sezon serialu Daredevil zawiesił poprzeczkę dość wysoko.

Z perspektywy czasu strasznie zabawnie wyglądają też oskarżenia rzucane w kierunku Iron Fist przez fanatycznych obrońców mniejszości jeszcze przed premierą.

Twórcy i odtwórca głównej roli zebrali cięgi od internautów za to, że nie zdecydowali się na zmianę koloru skóry głównego bohatera. Założono, że w nowym serialu Marvela przedstawiciel białej rasy swoją znajomością sztuk walki i wschodniej kultury będzie pokazywać Azjatom, gdzie ich miejsce.

W praktyce się okazało, że wcale nie mamy tutaj bohatera pokazującą wyższość zachodniej cywilizacji. To opowieść o dzieciaku w skórze mężczyzny, którego spotykają co i rusz nieprzyjemności – przede wszystkim dlatego, że postanowił porzucić nauki swoich mistrzów i zrobić coś egoistycznego.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...