Ależ news! Ove Løgmansbø, debiutant z Wysp Owczych, to… Remigiusz Mróz – nam mówi, jak tego dokonał

Wywiad/E-booki 06.03.2017
Ależ news! Ove Løgmansbø, debiutant z Wysp Owczych, to… Remigiusz Mróz – nam mówi, jak tego dokonał

Co za wiadomość! Ove Løgmansbø, tajemniczy debiutant z Wysp Owczych okazał się w istocie… Remigiuszem Mrozem!

Przyznaję, jestem w szoku. Gdy zobaczyłem, że Ove Løgmansbø, czyli nazwisko, które atakowało mnie z różnych stron od dobrych kilku miesięcy, a któremu uparcie odmawiałem posłuchu, to tak naprawdę mój ulubiony, polski pisarz, kompletnie zmieniłem optykę.

Wydawać by się mogło, że Remigiusz doszedł już do absolutnego limitu, jeżeli chodzi o tempo pisania powieści. Jeżeli w ostatniej dekadzie był w Polsce równie płodny pisarz, jednocześnie trzymający tak równy poziom, to sobie nie przypominam.

Tymczasem Remigiusz Mróz znalazł jeszcze czas, by stworzyć swoje fikcyjne alter-ego i napisać pod jego nazwiskiem trzy (jak dotąd) powieści, z których najnowsza, „Prom”, ukaże się już 15 marca.

Mój hurraoptymizm niestety dość szybko przerodził się w narastającą wątpliwość. Otóż pod pewnymi względami postać Ovego Løgmansbø jawiła mi się jako… dość tania zagrywka marketingowa.

Do tego dziwnym trafem prawdziwa tożsamość autora wycieka tuż przed premierą kolejnej książki – niestety, zacząłem myśleć, że Remigiusz, jak wielu przed nim, uległ zakusom rynku wydawniczego i zniżył się metod, które kompletnie nie pasują do jego wizerunku i osobowości.

Wiedziony rozterką postanowiłem zapytać autora o całą tę sytuację. I – na całe szczęście – moje obawy okazały się bezpodstawne.

Skąd zatem wziął się Ove Løgmansbø i jak doszło do ujawnienia jego prawdziwej tożsamości? Jak Remigiusz Mróz radzi sobie z własną popularnością i kiedy możemy spodziewać się zagranicznych wersji jego książek? Niech odpowie główny zainteresowany.

Łukasz Kotkowski, Spider’s Web: Kiedy w Twojej głowie zrodził się pomysł na pisanie pod pseudonimem?

Remigiusz Mróz: W marcu dwa tysiące czternastego roku – czyli wtedy, kiedy zasiadłem do pisania Ekspozycji. Wyszedłem z założenia, że wydam tę książkę pod pseudonimem, sprawdzę się, stworzę sobie alter-ego na lata i będę mógł dwutorowo wykonywać tę pisarską robotę. Tekst został nawet przyjęty przez wydawcę, ale kiedy stało się jasne, że to ja, postanowiliśmy wydać pierwszy tom z Forstem jednak pod moim nazwiskiem. Pomysł jednak przetrwał gdzieś z tyłu głowy – a im więcej książek wydałem, tym bardziej chciałem sprawdzić się znowu jako debiutant. Wymyśliłem, że stworzę postać zakotwiczoną na tyle daleko od naszego kraju, że nie będzie groziło mi zdemaskowanie. Wyspy Owcze wydawały się idealne – wulkaniczny archipelag na Morzu Norweskim, gdzieś między Islandią a Wielką Brytanią. Nie wziąłem jednak pod uwagę tego, że w tak niewielkim kraju każdy zna każdego, a Polonia działa bardzo prężnie. Po wydaniu Enklawy nastąpiła pewna konsternacja. Nikt nie słyszał o żadnym polsko-farerskim pisarzu, nikt nie znał Ovego Løgmansbø, a w dodatku autor w swoich książkach pisał na przykład o pukaniu do drzwi – zwyczaju, który na Farojach właściwie nie występuje…

Czy wydawca wiedział od początku, że pisze do niego Remigiusz Mróz, czy może nawet ich trzymałeś w niewiedzy?

Absolutnie nie! Wysyłałem tekst pod pseudonimem, stworzyłem fikcyjną biografię, założyłem odpowiednią skrzynkę pocztową i dorzuciłem kilka farerskich zwrotów. Szczególnie życiorys nastręczył pewnych problemów, bo musiał być maksymalnie wiarygodny, ale koniec końców nie różniło się to od kreowania bohaterów w książkach.

Pierwsza książka Ove została wydana niemal dokładnie rok temu, druga pod koniec października 2016. Jak Farer poradził sobie na polskim rynku?

Wydaje mi się, że lepiej niż inni debiutujący „kryminaliści” skandynawscy, jakkolwiek ich danych sprzedażowych nie znam, więc mogę tylko mniemać. Najbardziej satysfakcjonujące były jednak opinie recenzentów i czytelników – szczególnie te, w których podkreślano zupełnie inne walory powieści niż w książkach, które wydawałem wówczas pod swoim nazwiskiem. Znaczyło to, że przynajmniej parę rzeczy udało mi się zrobić dobrze.

Myślisz, że wydawcy inaczej podchodzą do zagranicznych twórców tłumaczonych na polski, niż do rodzimych pisarzy?

Bez porównania. Ove Løgmansbø wysłał kilka ofert do największych wydawców w Polsce o 23:30, a tuż po północy miał już pierwsze pozytywne odpowiedzi. Następnego dnia zaczęły spływać konkretne oferty, a potem rozpoczęła się wręcz licytacja między niektórymi. Po kilku dniach wydawcy byli po lekturze i jeszcze zdwoili swoje wysiłki – sytuacja raczej niespotykana w przypadku debiutującego Polaka. Ja jednak wyszedłem z założenia, że wybiorę tego, kto zareagował jako pierwszy i wykazał najwięcej determinacji. I było mi ogromnie miło, kiedy okazało się, że to Wydawnictwo Dolnośląskie, które wydaje w Polsce m. in. Jo Nesbø.

Co skłoniło cię ostatecznie do ujawnienia, że Ove Løgmansbø to tak naprawdę Remigiusz Mróz?

Śledztwo na Wyspach Owczych. Było prowadzone na szeroką skalę, bo w Vestmannie nikt nigdy nie słyszał o rzekomo mieszkającym tam Ove Løgmansbø. Miejscowość ta liczy sobie niewiele ponad tysiąc dwustu mieszkańców, więc zadanie właściwie nie było trudne. Rzeczą zainteresowały się lokalne media, wieść szybko się rozniosła, aż w końcu trafiła na celownik dziennikarzy TVN-u. Szybko doszli prawdy, skontaktowali się z wydawcą, pojawił się pomysł nagrania materiału na Wyspach, a ja po krótkim namyśle się zgodziłem – wyszedłem z założenia, że skoro prawda i tak ujrzy światło dzienne, równie dobrze mogę przedstawić ją sam. Obawiałem się tylko, że wszystko wyjdzie na jaw wcześniej, ale na szczęście wszyscy, którzy poznali prawdę, zachowywali milczenie.

Muszę zadać to niewygodne pytanie – czy ujawnienie tożsamości akurat teraz, 10 dni przed premierą Promu, nie jest aby celową zagrywką? Nie wiem, czy twoją, czy wydawcy, ale wydaje mi się to zbyt oczywiste na zbieg okoliczności.

Nie, premiera była przewidziana już od dawna, bo powieść skończyłem pisać w sierpniu tamtego roku. Z marketingowego punktu widzenia chyba lepiej byłoby, gdyby trzy tomy były już dostępne i można było nabyć je od ręki, ale ostatecznie stało się, jak się stało.

Wydajesz rocznie więcej książek, niż statystyczny Polak czyta przez całe swoje życie. Myślę też, że nawet najwierniejsi fani mają swój „limit przyswajalności” Mroza. Nie boisz się, że w końcu przesadzisz? Już teraz nieco strach otworzyć lodówkę…

To hasło jest świetne. Nie dość, że zgrabnie brzmi, to jeszcze uwydatnia, jak wiele prawdy jest we wszelkich statystykach. Jest niemal tak trafne, jak konkluzja, że gdyby znalazł się jeden nieśmiertelny człowiek na świecie, statystycznie rzecz biorąc przeciętna długość życia na Ziemi wynosiłaby… nieskończoność. Podobnie ma się chyba sprawa z rzekomo zatrważającym poziomem czytelnictwa w Polsce. Ale wracając do meritum – lodówkę można otwierać bez obaw, gorzej z zamrażarką…

Jak myślisz, jak długo jeszcze uda ci się utrzymać takie tempo? Nie mówię tu nawet o samym pisaniu książek, ale ogólnym „zapotrzebowaniu” na Twoją osobę. Przy tak wielu nowych dziełach, nadchodzących ekranizacjach, etc. z pewnością jesteś rozrywany, nie tylko przez media.

Przyszedł taki moment, że poczułem się dość klaustrofobicznie. Wydawało mi się, że cała przestrzeń wokół się skurczyła i doszło do Wahnięcia. A czym ono właściwie było? Tym, o czym czytałem w wywiadach z większością pisarzy, którzy odnieśli mniejszy lub większy sukces. Wahnięcie sprawiało, że ciężar pracy przenosił się z obowiązków pisarskich na promocyjne czy organizacyjne. Niejeden autor podkreślał, że przez to brakuje czasu na pisanie, życie osobiste, a sfera prywatna właściwie kurczy się jak pisklę na… mrozie. Wydawało mi się, że mnie to ominie, skoro o Wahnięciu sporo się naczytałem i byłem na nie gotowy. Ale właściwie chyba trudno tak naprawdę być na nie przygotowanym – adaptacja do nowego stanu rzeczy musi zająć trochę czasu. Grunt, żeby trzymać się tego, co się sobie zamierzyło – dlatego codziennie siadam i piszę, nie latając na egzotyczne reality shows, nie występując w teleturniejach i nie strasząc facjatą zbyt często w telewizji, mimo że z promocyjnego punktu widzenia pewnie byłoby to opłacalne.

Nieco zmieniając temat na koniec – kiedy wydawcy twoich książek planują podboje zagranicznych rynków?

Cóż za świetne pytanie, biorąc pod uwagę, że zbliżają się Międzynarodowe Targi Książki w Londynie…

W twoim życiu zawodowym dzieje się tak wiele, że trudno nadążyć, a fani z pewnością chcieliby wiedzieć jak najwięcej. Stephen King rozwiązał ten problem wydając własny newsletter „Castle Rock”. Możemy się spodziewać podobnego biuletynu z twojej strony?

Rzeczywiście, przydałby się… jeśli wpadniesz na jakąś chwytliwą nazwę, daj znać. Swoją drogą King mógłby go reaktywować, biorąc pod uwagę, że szykuje nam się spójne uniwersum nie tylko w jego książkach, ale też w ekranizacjach. Ciekawa inicjatywa. Bardzo ciekawa…

Premiera „Promu” (jak i pisanej pod prawdziwym nazwiskiem „Inwigilacji”) już 15 marca.

Osobiście nie mogę się doczekać i już zabieram się za pierwsze dwie książki pióra „Ovego Løgmansbø”, by lepiej wczuć się w klimat zupełnie nowego świata, do którego zabiera nas – teraz to wiemy – Remigiusz Mróz.

Zdjęcie główne: Olga Majrowska. Pozostałe fotografie: remigiuszmroz.pl

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (23)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...