Ciemniejsza strona Greya to arcydzieło – recenzja Spider’s Web

Recenzje/Film 12.02.2017
Nasza ocena:
Ciemniejsza strona Greya to arcydzieło – recenzja Spider’s Web

Po raz kolejny twórcy filmów o Christianie Greyu udowadniają, że są mistrzami. Stworzyć tak wielopoziomowe dzieło, podczas oglądania którego jedna część widowni będzie wzdychać, a druga ryczeć ze śmiechu, to naprawdę sztuka. Masterpiece.

Długo broniłam się przed obejrzeniem pierwszej części cyklu. Przyznam, że zrobiłam to jakiś tydzień przed premierą Ciemniejszej strony Greya. Moje dotychczasowe doświadczenia z twórczością E.L. James nie napawały nadzieją, że wytrwam przed ekranem całe dwie godziny. Pamiętam, jak lata temu próbowałam słuchać audiobooka czytanego przez Joannę Koroniewską. Wtedy fanką Pięćdziesięciu twarzy Greya nie zostałam. Czułam pewne zażenowanie, słuchając tego bestsellera, który mimo upływu ponad roku od wydania książki, wciąż był gorącym towarem w bibliotekach.

Do obejrzenia Pięćdziesięciu twarzy Greya zachęciła mnie nadchodząca premiera drugiej części. Trailery promujące kontynuację historii młodego, przystojnego Christiana Greya i niewinnej Anastasii Steele zrobiły swoje.

Do seansu podchodziłam z obawami, ale – jak się okazało – film cudownie mnie zaskoczył. Wiedziałam już, że na drugą część wybiorę się do kina.

Po obejrzeniu Ciemniejszej strony Greya mogę powiedzieć tylko jedno – twórcy ponownie nie zawodzą. Po raz drugi stworzyli dzieło, które ma szansę zachwycić zróżnicowaną publikę. Co w tym cyklu filmowym jest najpiękniejsze, to fakt, że potrafi bawić na tak wielu poziomach. Zdaję sobie sprawę, że gros jest widzów, którzy całą historię o miłości, uzależnieniu i seksie odbiorą zupełnie na serio. Nie będzie ich śmieszyła marsowa mina Greya, który bądź co bądź zachowuje się jak stalker. Prześladowca. Co prawda, seksowny prześladowca, ale jednak człowiek niezupełnie zdrowy psychicznie.

To w gruncie rzeczy całkiem ciekawe i ciut przerażające, że tak wiele kobiet zafascynowanych jest jego postawą i chciałoby się znaleźć na miejscu Anastasii. Młodej kobiety, która wije się niczym ryba na lądzie i nie do końca wie, czy chce z powrotem wskoczyć do morza, czy jednak wybiera przypalające ją słońce.

Widzowie, którzy całą historię wezmą na serio, zaśmieją się z kilku mniej lub bardziej udanych żartów. Bo rzeczywiście, zarówno Pięćdziesiąt twarzy Greya jak i Ciemniejsza strona Greya mają parę humorystycznych scen. Bohaterowie całkiem swobodnie dowcipkują z sadomasochistycznych uciech głównego bohatera oraz oprzyrządowania, które znajduje się w czerwonym, tajemniczym pokoju. Druga część jest chyba bardziej śmiała jeśli chodzi o sceny komediowe jak i erotyczne. Nie zostaje przekroczona żadna granica, wciąż jest po hollywoodzku poprawnie, ale jakby bardziej pikantnie.

Cała zabawa z Greyem i prawdziwa uciecha z seansu zaczyna się jednak wtedy, gdy do całości podchodzicie z przymrużeniem oka i zdajecie sobie sprawę, że ta historia tak naprawdę jest przekomiczna i nie podobna dać jej się porwać. Gdyby do Pięćdziesięciu twarzy Greya i Ciemniejszej strony Greya dodać parę gagów, te filmy z powodzeniem mogłyby rywalizować z komediami Mela Brooksa i tymi, w których udział brał Leslie Nielsen.

Dialogi są głupkowate, relacje pomiędzy bohaterami przerysowane i wręcz nieprawdopodobne, tak jak i zachowania większości z nich. Twórcy wykalkulowali to wszystko wyśmienicie. To geniusze. Mimo że oba filmy są absurdalne, nie podchodzę do nich z niechęcią, a traktuję jak naprawdę przyzwoite komedie. Na obu częściach ubawiłam się setnie.

W drugiej części Anastasia i Christian próbują przepracować to, co ich poróżniło w części pierwszej. A więc Christian postanawia się zmienić, próbuje zapomnieć o tym, co daje mu największą rozkosz. Bohaterów zaczynają jednak doganiać tajemnice z przeszłości. Anastasia próbuje poukładać nie tylko swoje życie miłosne i erotyczne, ale także zawodowe. Znajduje nową pracę, ale niestety, napotyka w niej problemy z szefem. Ten nie jest bowiem tak miłą osobą, jak się wydaje…

Weźmy pierwszą z brzegu scenę, która świetnie zobrazuje komizm Ciemniejszej strony Greya. Anastasia wybiera się na wernisaż wystawy fotograficznej swojego przyjaciela, José, który się w niej podkochuje. Okazuje się, że na wystawie jest sporo portretów głównej bohaterki, która nie miała o tym pojęcia. Minutę po tym dowiadujemy się, że ktoś kupił wszystkie jej zdjęcia. Do sali niczym Tajemniczy Don Pedro wkracza Grey, który porywa Anastasię na kolację (wcześniej kobieta właściwie przystała na propozycję spędzenia wieczoru z przyjacielem). Ona zgadza się tylko dlatego, że jest głodna. Nie wie jeszcze, że Grey nie pozwoli jej wybrać posiłku, ale bez pytania zamówi dwa steki. Anastasia jak prawdziwa niezależna kobieta, która twardo stapa po ziemi sprzeciwi mu się, dodając, że chciałaby jednak sałatkę z komosą. José, który już w pierwszej scenie został całkowicie zignorowany, będzie pojawiać się bardzo często i właściwie stanie się niemalże członkiem rodziny Greyów.

Przeanalizujmy: Anastasia, która nie chciała mieć już nic wspólnego z Christianem ponownie jest przez niego prześladowana. On, nie wiadomo skąd, zawsze wie, gdzie kobieta jest. Główna bohaterka nie ma problemu z tym, że mężczyzna ją śledzi i ponownie próbuje kontrolować jej życie. Zamiast go odesłać do diabła, próbuje bawić się w psychologa. Nie ma też żadnego problemu z tym, że jej przyjaciel wykorzystuje bez jej wiedzy jej wizerunek, dla własnych korzyści materialnych. Co więcej, chwilę wcześniej jesteśmy świadkami ich wymiany zdań, która jasno wskazuje na to, że José wie, że Anastasia nie zgodziłaby się na prezentację takich zdjęć…

Takich absurdów jest oczywiście o wiele więcej i są one doprawdy znakomite. Ciemniejsza strona Greya bawi lepiej niż niejeden hollywoodzki film komediowy.

Jakby się nad tym tak dogłębniej zastanowić, to już sama postać Greya jest totalnie wyssana z palca i nieprawdopodobna. Dwudziestosiedmiolatek z mroczną przeszłością, który został zaadoptowany w wieku czterech lat przez bogaczy, bo jego matka-ćpunka zmarła, w wieku nastu lat staje się seks-zabawką przyjaciółki swojej opiekunki. W międzyczasie kończy szkołę, studia, rozkręca biznes o takiej wartości, że może bez mrugnięcia okiem w sobotę zamiast kartonu mleka i jajek kupić sobie linię lotniczą. Do tego wszystkiego jest oczywiście diabelnie przystojny. Cholera, nie dziwię się, że kobiety oglądając filmy o Greyu, popadają we frustrację. Jakbym się nie rozglądała to takich dwudziestosiedmiolatków wokół siebie nie widzę. No ale może dlatego, że nie jestem Anastasią Steele.

Nie wszystko w tym filmie jest zupełnie oderwane od rzeczywistości, chociaż większość tak, jest, jak najbardziej. Sceny seksu są bardzo estetyczne i w drugiej części napięcie między bohaterami jest bardziej widoczne. Ścieżka dźwiękowa jest naprawdę udana, zwłaszcza podoba mi się, choć nie jestem fanką coverów, nowa wersja utworu The Scientist Coldplay.

Ciemniejsza strona Greya to arcydzieło. To produkcja, która musi odnieść kasowy sukces. Dawno nie oglądałam takiego filmu, który potrafiłby zainteresować tak różną publikę i dostarczyć jej w gruncie rzeczy różnych uciech. Filmy o Greyu sprawdzą się zarówno jako soft porno dla, przepraszam za wyrażenie, kur domowych, mogą być piękną bajką o wyśnionej miłości, ale i komediową rozrywką z dużym potencjałem na dobrą, powtarzam dobrą, parodię. Chociaż nie jestem pewna, czy te produkcje zostały nakręcone na serio. Można bowiem czasem odnieść wrażenie, że aby były dobrą parodią, nie potrzeba już żadnych nowych scen i wstawek.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (16)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...