Bardziej mroczny gigant. „Siedem minut po północy”, recenzja sPlay

Film 27.12.2016
Bardziej mroczny gigant. „Siedem minut po północy”, recenzja sPlay

Najnowszy film J. A. Bayony, twórcy „Sierocińca”, to adaptacja popularnej powieści Patricka Nessa. Fani książkowego pierwowzoru nie powinni się zawieść. Podobnie jak cała reszta.

Choć czytając opis fabuły filmu Bayony, można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z historią rodem z kina familijnego zmieszaną z wątkami fantasy, to jednak „Siedem minut po północy” wnosi do gatunku sporą dozę dojrzałości i smutku, przypominając widzom, że życie to też wiele ciężkich chwil, na które musimy być przygotowani. Nie jest to przyjemna i lekka lekcja, ale ważna i potrzebna, dlatego też uważam, że nowy film Bayony powinien zobaczyć każdy, bez względu na wiek, choć im młodszy tym lepiej. Oczywiście, nic nas tak nie przygotuje do życia jak ono samo, z pewnością nie uczyni tego film, natomiast, czasem kino potrafi nas delikatnie ostrzec, przypomnieć o ważnych kwestiach, uczulić na pewne sprawy.

„Siedem minut po północy” swą opowieść o dojrzewaniu, radzeniu sobie ze stratą, pogodzeniu się z losem i chorobą bliskiej osoby ubrało w bajkową przypowieść o chłopcu imieniem Conor, którego wyobraźnia budzi do życia giganta zaklętego w drzewie nieopodal jego domu. Ów gigant snuje przed chłopcem trzy historie, które mają stanowić lekcję życia dla Conora. O ile oczywiście będzie potrafił je odnieść do rzeczywistości.

Bardzo się cieszę, że dystrybutor nie pokusił się o wersję dubbingową filmu, bo gdyby tak było, przegapilibyśmy niesamowity głos Liama Nessona w roli Giganta.

A ten potrafi wzbudzić dreszcz na karku i wbić w fotel. Do tego komputerowa animacja Giganta jest znakomita i samą swoją posturą i mimiką robi on wielkie wrażenie na widzu. Jego wygląd z kolei łączy w sobie mądrość, dostojność i spokój, jednocześnie budząc respekt i strach, bo chwilami jawi się jak postać z koszmaru.

Bardzo ciekawie prezentują się też animowane wstawki ilustrujące opowieści Giganta. W powołaniu ich do życia użyto technik rodem z malarstwa akwarelowego. Prezentują się one przepięknie. Wprowadzają też bardzo senny, magiczny klimat.

A wszystko to zakorzenione jest głęboko w psychologii, w marzeniach, snach i wyobraźni Conora. To drugie dno, które co rusz przebija się podczas oglądania filmu, jest całkiem inteligentnie zaszyte w konstrukcji całej opowieści.

Nie sposób też nie wspomnieć o aktorach. Przede wszystkim, Lewis MacDougall, wcielający się w Conora, zachwyca dojrzałością i naturalnością. A w przypadku aktorów-dzieci nie jest to częsty przypadek. A radzi sobie na tyle dobrze, że daje się zapamiętać pomimo tego, że na drugim planie partnerują mu nie lada tuzy aktorstwa, czyli Felicity Jones oraz Sigourney Weaver, z którą Lewis ma kilka naprawdę świetnych scen dramatycznych.

„Siedem minut po północy” nie jest może filmem dla każdego. By go obejrzeć potrzebny jest odpowieni nastrój i skupienie, a także dojrzałość i wrażliwość po stronie widza. Ta mądra, piękna i smutna opowieść da wam do myślenia, chwilami przestraszy, a na sam koniec zaleje łzami.

7_minut_po_polnocy_plakat

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...