Gwiezdne wojny – ranking filmów z serii

Film 13.12.2016
Gwiezdne wojny – ranking filmów z serii

Z okazji długo wyczekiwanej premiery filmu „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” postanowiłem poszeregować wszystkie znane mi filmy z uniwersum Star Wars, od najgorszego do najlepszego. Uwzględniłem także te nie należące do znanych nam trylogii.

Gwiezdne wojny: Wojny klonów

Ten fillm, zupełnie niepotrzenbny, idealnie wyłuszcza (jeszcze bardziej niż trylogia prequeli) to, że George Lucas ewidentnie nie wiedział co zrobić z marką, którą sam stworzył. Już sam pomysł na prequele był moim zdaniem dyskusyjny, bo czy naprawdę musieliśmy oglądać wydarzenia, które doprowadziły do powstania Dartha Vadera? A jeśli już, to musiały być to aż trzy filmy? Animacja „Wojny klonów”, jak sama nazwa wskazuje, rozgrywa się pomiędzy epizodem II a III i przybliża nam tytułowe, legendarne wojny klonów. Niestety, owej legendy nie uświadczymy tu zanadto. Animacja ta jest ewidentnie nieudanym prologiem/zapowiedzią serialu, który miał swoją premierę niedługo później na Cartoon Network. Pierwsze co razi w oczy to potworna animacja. Nie wiem kto wpadł na pomysł, by animowane „Gwiezdne Wojny” ubierać w tak pokraczne szaty. Potem dochodzą fatalne dialogi i kompletnie nijaka historia. Sto razy bardziej wolałbym pełny film z Jar Jar Binksem niż to co wyszło z „Wojen klonów”.

Gwiezdne wojny II: Atak klonów

Zdecydowanie najgorsza część z kanonu obu trylogii. Starała się zniwelować błędy „Mrocznego widma” (prawie w 100% eliminując postać Jar Jara i rezygnując z części planów CGI na rzecz prawdziwych lokacji), ale nie pomogło to tej odsłonie stać się lepszym filmem. Są tu oczywiście ciekawe wątki (np. śledztwo Obi Wana odkrywające genezę powstania armii klonów oraz końcowa potyczka zastępów Jedi na planecie Geonosis), niestety nikną one wobec mętnego i sztucznego do bólu wątku miłosnego Anakina i Padme, w dodatku oboje totalnie drewniani i bez krzty chemii czy zaangażowania. Nadmiar plastikowego CGI razi tu jeszcze bardziej niż w „Mrocznym widmie”. A animowany komputerowo Yoda, skaczący niczym sprawny gumiś w pojedynku z hrabią Dooku to absolutny gwóźdź do trumy.

Gwiezdne wojny VI: Powrót Jedi

Oryginalna trylogia obrosła już taką legendą, że dla wielu jest kanonem nie do ruszenia, natomiast ja widzę w niej poważną rysę. Jest nią „Powrót Jedi”, który jest po prostu kiepskim filmem sci-fi. Niewiele jest tu scen, które mi się podobają. Cały wątek na planecie Endor to jakaś straszliwa pomyłka, a irytujące postaci Ewoków są moim zdaniem gorszym tworem niż znienawidzony Jar Jar. Do tego karygodna scena śmierci Boby Fetta (tak ginie miedzygalaktyczny łowca głów?!). No i sam finał, chyba jeden z najbardziej rozczarowujących w historii kina rozrywkowego. Gdzie ten dramatyzm i tragizm walki ojca z synem? Gdzie ten rozmach bitwy o losy Galaktyki? Może się czepiam, ale pomysł na Drugą Gwiazdę śmierci, budowaną po zniszczeniu poprzedniej, też nie jest specjalnie mądry i oryginalny…

Gwiezdne wojny I: Mroczne widmo


Nie będę ukrywał, że lubię „Mroczne widmo”. Nie jest to film w pełni udany, ale cenię go za jego ambicje. Wątek polityczny, z Federacją Handlową, który później przeradza się w gierki prowadzące do wyboru nowego kanclerza Republiki, jest naprawdę ciekawy, choć w pewnym momencie zaczyna niknąć. Wiadomo, Jar Jara mogłoby nie być, natomiast wiele osób zapomina jak wiele świetnych scen było w „Mrocznym widmie”. Sekwencja wyścigu ścigaczy na Tatooine po dziś dzień robi imponujące wrażenie i ogląda się ją z zapartym tchem. Wątek małego Anakina, który spotyka Padme i rycerza Jedi Qui-gon Jinna jest nieźle prowadzony i całkiem angażujący widza. No i na sam koniec dostajemy bez wątpienia najlepszy pojedynek na miecze świetlne w historii całej serii. Układ, choreografia i logistyka pojedynku Qui-gona i Obi Wana z Darthem Maulem (swoją drogą, Maul to jedna z najlepszych postaci z kanonu Star Wars) są mistrzowsko zainscenizowane.

Gwiezdne wojny III: Zemsta Sithów


„Zemsta Sithów” to bez wątpienia najlepsza odsłona z trylogii prequeli. Zaczyna się od imponującej rozmachem bitwy w kosmosie i pojedynku z generałem Griviousem oraz finałowej bitwy z hrabią Dooku. Nie pamiętam kiedy widziałem podobnie naładowany akcją i równie wielką skalą wstęp do jakiegokolwiek filmu. Hayden Christensen niestety ciągle był tak samo drewniany jako Anakin Skywalker, natomiast Ewan McGregor w roli Obi Wana w końcu w pełni się odnalazł i dał widzom naprawdę niezły popis aktorstwa, szczególnie pod koniec filmu. Finałowa walka Obi Wana z Anakinem miała w sobie wszystko to, czego brakowało finałowi z „Powrotu Jedi”, czyli rozmach, dramatyzm, emocje; była też świetnie zainscenizowana. No i w końcu mogliśmy zobaczyć jak dokładnie wyglądały okoliczności narodzin Dartha Vadera. Nadal nie jestem przekonany, że potrzebne były do tego aż trzy filmy, no, ale na to już nie mam wpływu. Dodatkowo, „Zemsta Sithów” otrzymuje ode mnie bonusowe punkty za ciekawe rozwiązania scenograficzne i kostiumowe, które uwidaczniają nam wizualnie płynne przejście do faktury wizualnej (poprzez specyficzne projekty pomieszczeń statków) znanej z klasycznej trylogii, dzięki czemu stanowi udany łącznik z „Nową Nadzieją”.

Star Wars: Old Republic

Krótkometrażowy film stanowiący wstęp do gry MMO „Star Wars: Old Republic” miał w sobie wszystko to, czego w większości brakowało trylogii prequeli George’a Lucasa. Świetna, dobrze wyreżyserowana akcja, dramaturgia, postaci, które choć animowane w komputerach, nawet przez parę chwil na ekranie miały więcej charyzmy niż „żywi” bohaterowie z „Mrocznego widma” czy „Ataku klonów”. Szkoda, że nie powstał z tego pełny film, bo sam chętnie zagłębiłbym się w odległą historię Starej Republiki walczącej z siłami Imperium ponad 3 tysiące lat przed wydarzeniami z „Nowej Nadziei”. Sam żywię też nadzieję na to, że Disney w końcu odpuści sobie sagę rodu Skywalkerów ( 9 filmów to straasznie dużo!) i zabierze nas w zupełnie inne miejsce w czasie i przestrzeni odległej galaktyki, która jak wiemy żyje już własnym życiem i ma niezwykle bogatą (i ciekawszą niż familijne rozterki Rey) historię.

Gwiezdne wojny VII: Przebudzenie Mocy

„Przebudzenie Mocy” to jeden z najbardziej koniunkturalnych filmów w historii kina. „Gwiezdne Wojny” od zawsze są produktem (w koncu to one zmieniły oblicze kina na takie, a nie inne), ale siódmy epizod wycisnął to na skalę niespotykaną wcześniej. Wszystko jest tu odpowiednio wykalkulowane by przypodobać się fanom serii i przy okazji zachęcić do oglądania nowe pokolenie widzów. Mamy nowe postaci (dla pełni poprawności politycznej zróżnicowane na płcie i rasy), odwiedzamy znane nam planety, oglądamy ponownie Sokoła Millenium; spotykamy kultowe postaci z klasycznej trylogii, a na dodatek wszystko to w ramach powtórzenia schematów z „Nowej Nadziei”. Bo „Przebudzenie Mocy” to poniekąd remake „Nowej Nadziei”. Aczkolwiek nie przeszkadza mi to zbytnio. Poza „Imperium Kontratakuje”, żadna część Star Wars nie zachwycała szczególnie fabułą, także ja się na „Przebudzeniu Mocy” znakomicie bawiłem, a te stare schematy, opowiedziane na nowo wzbudzały we mnie przyjemny dreszcz na plecach. Tym bardziej, że od strony formalnej jest to wspaniałe widowisko.

Gwiezdne wojny V: Imperium kontratakuje

Raz na jakiś czas dyskutuję w gronie znajomych i sam ze sobą o to, który epizod Gwiezdnych Wojen jest tym najlepszym. Na tym etapie mojego życia stwierdzam, że „Imperium…” jest najlepszym filmem z całej serii, natomiast „Nową nadzieję” stawiam wyżej ze względu na to iż rozpoczęła ona nie tylką całą sagę, ale i nową erę w historii kina. Natomiast „Imperium Kontratakuje” to bez wątpienia majstersztyk i jeden z najlepszych filmów rozrywkowych (i nie tylko) wszech czasów. Pełen mroku, szekspirowskiej dramaturgii, świetnych scen akcji, zarówno w kosmosie jak i podczas walk na miecze świetlne (pojedynek Luke’a i Vadera w finale to prawdziwe mistrzostwo). Do tego, w tym mroku i powadze znalazło się też miejsce na chwile ciepła, humoru, wątki komediowe i romantyczne oraz kilka naprawdę mocnych zwrotów akcji. Arcydzieło w swojej klasie.

Gwiezdne wojny IV: Nowa nadzieja

Nie napiszę nic nowego. „Nowa nadzieja” to jeden z najważniejszych filmów w historii kina. To on, obok „Szczęk” Spielberga, na dobre zmienił bieg rozwoju kinematografii. Czy się to komuś podoba czy nie, bez „Nowej nadziei” dzisiejsze kino wyglądałoby zupełnie inaczej. I jasne, fabuła całości jest dość naiwna i banalna, utkana ze znanych z popkultury, literatury i baśni schematów, czerpiąca też garściami z filozofii oraz kina samurajskiego (głównie filmów Akiry Kurosawy, pod którego wielkim wpływem był swego czasu Geogre Lucas). Jednak wszystkie te schematy zostały naprawdę zręcznie przetworzone przez Lucasa, który stworzył bezpretensjonalną i lekką opowieść, która potem urosła do rangi legendy i zaczeła żyć własnym życiem. W dużej mierze dzięki temu, że zabierała widza do zupełnie innego świata, dawno temu w odległej galaktyce.

Nigdy wcześniej żaden film nie robił takiego wrażenia na oglądających. Skromnymi środkami, dzięki pomysłowości i wyobraźni George Lucas stworzył przełomowe pod względem formalnym dzieło filmowe, które zachwycało ówczesną publikę niesamowitymi jak na tamte czasy efektami specjalnymi. Jako, że wówczas „Gwiezdne Wojny” nie miały konkurencji, to z łatwością porwały za sobą całe pokolenie. A reszta jest już historią…

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (10)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...