Na zimową deprechę i nie tylko – najlepsze piosenki na zimę

Muzyka 11.12.2016
Na zimową deprechę i nie tylko – najlepsze piosenki na zimę

Muszę coś wyznać… Nienawidzę jesieni i zimy. Chłodu, tego, że tak szybko robi się ciemno, że by gdzieś wyjść trzeba się opatulać w niewygodne warstwy ubrań i łatwo się pochorować. Ale zapewne całe to doświadczenie byłoby o wiele trudniejsze gdyby nie muzyka. Dlatego też postanowiłem podzielić się moimi ulubionymi ostatnio utworami, które ratują mnie z zimowych opresji.

The Black Keys – Lonely Boy

Nie wiem do końca co aż tak niezwykłego kryje się w tym kawałku (i w klipie do niego) ale chyba właśnie na tym polega jego magia. Szybki, oparty na świetny blues-rockowym riffie kawałek rozchmurzy nawet największe smęty, tym bardziej jeśli będziecie go słuchać w pakiecie z teledyskiem. Nakręcony na jednym ujęciu klip pokazuje zwykłego strażnika z Alabamy, który tańczy w hallu swój własny taniec i udaje, że śpiewa kawałek The Black Keys. I choć cały teledysk nie pokazuje nic poza tańcem tego człowieka, to po prostu nie można oderwać od neigo wzroku. Emanuje z niego tyle pozytywnej energii, że można nią obdzielić co najmniej kilka osób.

Future Islands – Seasons (Waiting for You)

Future Islands odkryłem w zeszłym roku i od tamtej pory słucham ich bez przerwy. To najlepsza w tej chwili synthpopowa formacja na świecie. Kapitalnie łączą motywy new romatnic z nowofalowymi i post punkowymi dźwiękami. Do tego ich wokalista, Samuel T. Herring, oprócz niezwykle żywej i emocjonalnej interpretacji, na żywo „odstawia” coś na kształt offowego spektaklu i performance’u zarazem. To trzeba zobaczyć. Ich najlepszych moim zdaniem kawałkiem jest Seasons, które mocno uderza w sentymentalną część naszej duszy i porusza świetnym tekstem.

Outkast – Hey Ya

OutKast to jedna z najlepszych hip-hopowych formacji wszech czasów. Ciągle czekam na ich nowy album jako, że duet formalnie nadal funkcjonuje. Jak dotąd ich ostatnim albumem jest wydany 13 lat temu (!) dwypłytowy Speakerboxxx/The Love Below, z którego pochodzi kawałek Hey Ya. Ma on kapitalną rytmikę, pełną życia i dynamiki, świetny refren, który gdy już raz usłyszycie, to na zawsze zostanie wam w głowach, no i jeden z moich ulubionych klipów, w którym OutKast nawiązują do telewizyjnych wstępów Beatlesów w Ed Sullivan Show w latach 60.

Phil Collins – In the Air Tonight

Chyba żaden utwór nie kojarzy mi sie tak bardzo z chłodnymi zimowymi wieczorami jak In The Air Tonight. Jego surowość i oszczędność aranżacji, charakterystyczna barwa głosu Collinsa oraz niezwykły, intymny klimat tworzony przez dyskretnie użyte syntezatory w tle to dla mnie esencja kontemplacji, zadumy i złości. To ostatnie wyrażone zostało przez kultowy i genialny zarazem motyw na perkusji pojawiajacy sie w końcowej partii.

Bruno Mars – Uptown Funk

Od kiedy nie ma z nami ani Prince’a ani Michaela Jacksona, to właśnie Bruno Mars dzierży po nich popową schedę. Wprawdzie nie jest to jednak ten sam kaliber co jego więksi poprzednicy, ale nie zmienia to faktu, że Bruna lubię za liczne nawiązania do oldschoolowego funku i R&B, które niewielu wykonawców młodego pokolenia kultywuje. Idealnie pokazuje to jego nagrany wspólnie z Markiem Ronsonem mega przebój sprzed swóch lat, czyli Uptown Funk. Prawie 2 miliardy wyświetleń na YouTube to w tym akurat przypadku żadne nieporozumie. Kapitalna linia basu, świetne aranże (syntezatory, sekcja dęta), brawurowe wykonanie Marsa i klip przenoszący nas na ulice Ameryki rodem z lat 70. Wystarczą by zmienić nasz nastrój na bardziej pozytywny, nawet w szary, deszczowy czy śnieżny dzień.

Bon Iver – Holocene

Wokal Bon Iver przenosi mnie w zupełnie inne miejsce. Jest kojący, uspokakający, podnoszacy na duchu i poruszajacy zarazem. Do tego delikatne dźwięki jakie towarzyszą jego kawałkom tylko podbudowują tę arkadyjską przestrzeń przyjemnego spokoju i cieszenia się chwilą tu i teraz. Holocene to koronny przykład na to jakim mistrzem budowania atmosfery jest Bon Iver.

Green Day – Wake me up when September ends

Nie jestem zbyt oryginalny, wiem. Ale co poradzę, że kawałek Green Day tak idealnie pasuje nie tylko na jesienne, ale i zimowe słoty? Osobiście zmieniłbym tylko jego tytuł, z września gdzieś tak na luty co najmniej. W każdym razie, kiedy tylko za oknem robi się coraz smutniej i ciemniej ten kawałek ponownie ląduje w mojej playliście. Nie jest może specjalnie optymistyczny, ma dość spokojne tempo, melancholijną melodię i dopiero pod koniec robi się bardziej dynamiczny, ale jakoś te melodie z sukcesem wyciszają moją chandrę.

Vance Joy – Riptide

Skoczny, dynamiczny i zabawny Riptide prezentuje najlepsze co kryje się w muzycie indie. Ten utwór działa jak magiczna różdżka bądź tabletka na lepsze samopoczucie – wystarczy go włączyć i od razu humor się poprawia, a deszcz za oknem nie wydaje się już tak samo srogi. Do tego dość pokrętny i absurdalny klip przenosi nas w zupełnie inne światy.

God is an Astronaut – Forever Lost

Post-rocka nie słucham za często, ale mroźne zimowe wieczory czasem skłaniają mnie do sięgnięcia po „północne dźwięki”. Irlandzki God is an Astronaut dostarcza mi idealną muzyczną przestrzeń do kontemplacji, uspokojenia, medytacji. Muzycy mają talent do tworzenia pięknych melodii, rozbudowanych, ale jednak łatwo przyswajalnych kompozycji, które nie męczą a relaksują. No i istotnym czynnikiem jest fakt, że grają muzykę w większości instrumentalną, co sprawia, że interpretacja każdego kawałka zależy tak naprawdę od nas i naszych emocji.

Guns N’ Roses – November Rain

Tu znowu się nie popisuję, November Rain jest totalnym evergreenem i chyba najbardziej przewidywalnym utworem na zestawieniach tego typu. Ale to działa. Imponująca konstrukcja i rozmach tego kawałka, w połączeniu z emocjonanym tekstem (i jednym z najbardziej filmowych klipów w historii) to mieszanka, która towarzyszyła mi przez liczne jesienne i zimowe wieczory, zarówno w towarzystwie jak i bez.

Coldplay – A Hymn for the Weekend

Nie jestem fanem Coldplay, a ich najnowsza płyta „A Head Full of Dreams” jest na dłuższą metę nieznośna, ale nie sposób odmówić jej optymizmu (nawet nadmiernego) i afirmacji życia. Choć chwilami mam wrażenie jakby Chris Martin nałykał się za dużo prozacu, bo płyta (i towarzyszące jej klipy) są przesłodzone i przeładowane kolorami. Ale w przypadku kawałka Hymn for the Weekend przyznam, że dałem się porwać tej pozytywnej energii. Przyjemna melodia, lekkość i optymizm w tym przypadku akurat wydają mi się najmniej pretensjonalne i wysilone.

Teksty, które musisz przeczytać:

Zagubiony w czasie. Bruno Mars „24K Magic”, recenzja sPlay

Pomimo aż czterech lat od wydana poprzedniego albumu przez Bruno Marsa, „24K Magic” jest płytą zadziwiająco rozczarowującą. Artysta odrobił zadanie domowe z historii muzyki przełomu lat 80. i 90., ale nie przyłożył się do zadania w 100%. Trója z plusem. Siadaj.

Muzyka 23.11.2016

Dołącz do dyskusji (9)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...