Po 4 sezonie „House of Cards” nie mam wątpliwości, że to serial wybitny

Seriale 14.03.2016
Po 4 sezonie „House of Cards” nie mam wątpliwości, że to serial wybitny

Dawno nie byłem pod takim wrażeniem. Czwarty sezon „House of Cards”, wbrew moim obawom, okazał się wyjątkowo dobry, ustalając status serialu, który już dziś można chyba nazwać jedną z najlepszych produkcji w swojej klasie. 

Bałem się tego sezonu. Po mizerii zaserwowanej widzom w poprzedniej odsłonie „House of Cards”, straciłem sporo zaufania do twórców. Dziś już wiem, że kompletnie niepotrzebnie. I z tej perspektywy nawet trzecia seria nie wydaje mi się już taka kiepska. Stanowiła ona po prostu preludium – zbyt długie, ale niezbędne – do tego, co miało nadejść.

Czwarty sezon rozpoczyna się niezbyt intensywnie, ale wydarzenia bardzo szybko nabierają tempa.

Rozłam w małżeństwie Underwoodów, prawybory, konflikt w Syrii i kryzys w kraju, dziennikarskie śledztwo, które nareszcie znajduje swój finał – dzieje się naprawdę sporo. Wydarzenie są ze sobą zgrabnie powiązane, poszczególne wątki świetnie się zazębiają i nie ma co ukrywać, że „House of Cards” zwyczajnie świetnie się ogląda na poziomie czysto rozrywkowej. Są tu i trzymające w napięciu cliffhangery i pełne dramatyzmu sceny, ryzykowne intrygi, odniesienia do bieżących wydarzeń na świecie oraz świetne dialogi.

house of cards 2

Jednak co równie ważne, wszystko to stanowi fantastyczne tło do ukazania głębszego wymiaru serialu. „House of Cards” ukazuje prawdę o nas samych, prawdę, której wolelibyśmy do siebie nie dopuszczać. Odsłania bowiem ludzką małość, pokazuje, jak wiele obrzydliwych i wstrętnych rzeczy jesteśmy w stanie zrobić, by tylko zaspokoić własną ambicję. Każe też dopatrywać się źródła wszelkiego zła w człowieku, a nie w działalności sił boskich czy nadprzyrodzonych.

Można oczywiście odczytywać „House of Cards” jako opowieść o cynicznym, skorumpowanym i do cna zepsutym świecie polityki, ale wystarczy rozejrzeć się dookoła, by przekonać się, że nie tylko polityka tak wygląda, choć tam być może widać to najlepiej.

house of cards

Trzeci sezon był potrzebny, by stworzyć postać Claire. Owszem, zawsze była ona silną bohaterką, jednak dopiero teraz stała się pełnoprawnym graczem, który w rękach trzyma równie mocne karty – a czasem wręcz mocniejsze – co Frank. Trzecia seria nadała też więcej głębi osobom z otoczenia Underwoodów. Dzięki temu teraz, w czwartym sezonie, możemy bezbłędnie dostrzec, że zło nie jest cechą wrodzoną, a wynika z indywidualnych wyborów, rzadko motywowanych czymś więcej, niż chęć osiągnięcia osobistych korzyści.

„House of Cards” ma słabsze i lepsze momenty, jednak nie mam wątpliwości, że całościowo – za sprawą technicznej maestrii i uniwersalnego wydźwięku – to jedna z najlepszych serialowych produkcji, jakie powstały. I że będzie jednych tchem wymieniana obok takich tytułów, jak na przykład „The Wire”, „Breaking Bad” czy „Rodzina Soprano”.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (14)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...