Dziennik uszyty na miarę. „Wieloryby i ćmy”, Szczepan Twardoch – recenzja sPlay

E-booki 21.11.2015
Dziennik uszyty na miarę. „Wieloryby i ćmy”, Szczepan Twardoch – recenzja sPlay

O książce „Wieloryby i ćmy”, czyli dzienniku Szczepana Twardocha, mówi się od premiery sporo. Częściej negatywnie, niż pozytywnie. Z większością zarzutów muszę się, niestety, zgodzić. 

„Wieloryby i ćmy”: zbiór notek z blogaska i statusów na Facebooku; pozycja wydana o (przynajmniej) trzydzieści lat za wcześnie; książka nudna, o niczym, bezcelowa i bezznaczeniowa; łatwa i miałka. Tak w skrócie można przedstawić najpoważniejsze i najczęściej powtarzane w rozmaitych recenzjach i opiniach zarzuty wobec wydanego niedawno dziennika Szczepana Twardocha.

Wszystkie one są prawdziwe, co jednak nie znaczy wcale, że „Wieloryby i ćmy” pozbawione są zalet.

wieloryby i ćmy szczepan twardochZapiski Twardocha sięgają roku 2007. Całą treść udało się zamknąć na niespełna 300 stronach, dzięki czemu autorowi dzienników trudno zarzucić logoreę. Poszczególne notatki – dotyczące przeróżnych tematów, od śmierci, przez literaturę, podróże, ojcostwo i rodzinę, Śląsk i śląskość, aż po kulinarne przygody, opisy snów i zupełnie luźne refleksje – mogą wydawać się czytelnikowi mniej lub bardziej interesujące, mogą niekiedy sprawiać wrażenie nieco przegadanych, ale całość wydaje się raczej efektywnie lapidarna.

Dziennik Szczepana Twardocha utrzymany jest w nostaligczno-melancholijnym stylu, pełnym chmurnych przemyśleń i minorowych spostrzeżeń. W mojej opinii idealnie pasuje to wizerunku, jaki wykreował sobie autor.

Z jednej strony jest chłodny i zdystansowany, a z drugiej emocjonalny i pełen pasji. Intelektualista i bon vivant w jednym.

Nie ma w „Wielorybach i ćmach” wycieczek osobistych i towarzyskich skandali, na kartach dziennika pojawiają się jedynie Wit Szostak i Łukasz Orbitowski, przyjaciele pisarza, obaj w pozytywnym kontekście. Fani pudelkowych treści mogą zatem bez żalu odpuścić sobie lekturę, w której nie znajdą taniej pożywki i żadnych kontrowersji.

Najciekawsze u Twardocha są impresje z jego podróży i spacerów: to proza plastyczna i bardzo pociągająca, która broni się sama w sobie. Cała reszta, już różnie. Najistotniejsze w odbiorze będzie estyma, jaką darzymy pisarza i jego twórczość. Brakuje w tych dziennikach pazura, zbyt często też czytelnik może odczuć niedostatek próby uchwycenia czegoś głębszego, skrywanego pod powierzchnią. Nie jest to też zapis codzienności, próba zarejestrowania czasów, w których przyszło autorowi żyć. Sporo tu za to tekstów ładnych, ale pustych.

„Wieloryby i ćmy” to dziennik uszyty na miarę.

Sprawna, udana autokreacja Twardocha, ubrana w formę atrakcyjną i łatwostrawną dla czytelnika – pełną ładnych sentencji, ujmujących cytatów i ślicznych literackich pocztówek. Pod względem treści to dzieło umiarkowanie interesujące, z raptem kilkoma wyróżniającymi się – in plus lub in minus – fragmentami. Czyta się dobrze, ale katartycznych doświadczeń się tu nie doświadczy.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...