„The Walk”, czyli najbardziej stresujący film dekady – recenzja sPlay

Film 09.10.2015
„The Walk”, czyli najbardziej stresujący film dekady – recenzja sPlay

Nerwowe kręcenie się na fotelu, pot na dłoniach, zimny dreszcz przebiegający po plecach i odwracanie wzroku od kinowego ekranu. Wszystkie te rzeczy nie towarzyszą wcale seansowi nowego horroru czy thrillera, tylko filmowej opowieści o francuskim artyście i kuglarzu, który przeszedł po linie rozwieszonej pomiędzy wieżami World Trade Center. 

Sierpniowego poranka 1974 roku spieszący się do pracy nowojorczycy przechodzący obok World Trade Center oniemieli i zamarli ze wzrokiem wlepionym w niebo. Na wysokości przeszło 400 metrów, jak gdyby nigdy nic, na linie rozpiętej pomiędzy bliźniaczymi wieżami, przez 45 minut przechadzał się francuski artysta uliczny, Philippe Petit. Jego występ, który sam określał jako le coup – mistrzowski wyczyn – jest kulminacyjnym momentem filmu „The Walk”, który właśnie wchodzi na ekrany polskich kin.

„The Walk. Sięgając chmur”, najnowszy obraz Roberta Zemeckisa („Forest Gump”, „Powrót do przyszłości”, a ostatnio – „Lot”), to dramat, skoncentrowany wokół owego le coup Petita. W swojej konstrukcji bardzo przypomina filmy z gatunku heist – choć w tym wypadku nikt nie chce dokonywać skoków, włamów czy napadów, przedsięwzięciu linoskoczka i jego przyjaciół trudno odmówić spektakularności.

Całość podzielona jest na trzy etapy: przygotowania, w którym Petit zbiera grupę ludzi gotowych mu pomóc, przeprowadza rozpoznanie terenu i zabezpieczeń, gromadzi sprzęt oraz trenuje; realizację, czyli przejście pomiędzy twin towers World Trade Center; wreszcie tej realizacji konsekwencje, choć w tym wypadku bez zwrotów akcji.

the walk

Poznajemy zatem skróconą biografię Philippe’a Petita – początek jego fascynacji chodzeniem po linie i kuglarstwem, zachwyt wieżami World Trade Center, nauki pobierane od słynnego cyrkowca, przebieg przygotowań do występu i sam le coup. Narracje biegnie dwutorowo – przez większość czasu śledzimy akcję właściwą, a tam, gdzie groziłoby to dłużyznami i rozmyciem się głównego wątku, uzupełniają ją wypowiedzi filmowego Petita (w tej roli Joseph Gordon-Levitt) który stojąc na szczycie Statui Wolności i zwracając się bezpośrednio do widza wyjaśnia niektóre niuanse związane z tym przedsięwzięciem. O ile ten zabieg jest początkowo irytujący i trąci tandetą, ale z czasem przestaje przeszkadzać.

„The Walk. Sięgając chmur” jest filmem solidnym niemal pod każdym względem – co znaczy, że nie ma tu fajerwerków i popisów aktorskich, fabuła jest trochę naciągana, a historia, choć ciekawa, to trudno byłoby ją określić porywającą.

Annie (Charlotte Le Bon) and Philippe Petit (Joseph Gordon-Levitt) in TriStar Pictures' THE WALK.

I pewnie najnowsze widowisko Zemeckisa zginęłoby w tłumie podobnych średniaków, gdyby nie jedna, absolutnie niezwykła i wyróżniająca go na tle wszystkich innych produkcji rzecz.

Mowa rzecz jasna o realizacji kulminacyjnego momentu „The Walk”, czyli scenie przejścia Petita po pojedynczej stalowej linie zawieszonej pomiędzy wieżami WTC. To rewelacyjne, fenomenalne sekwencje, przez które żołądek podchodzi do gardła. I mówię to całkowicie serio. Napięcie momentami jest tak ogromne, że aż trudne do wytrzymania. Zdjęcia, gra muzyką i montaż – w tych scenach te elementy są naprawdę bardzo bliskie majstersztykowi, a efekt jest porażający i… stresujący.

Philippe Petite (Joseph Gordon-Levitt) in TriStar Pictures' THE WALK.

Nie ma znaczenia, że wiemy, jak to się skończy, że sporo w nich znanych i ogranych patentów, że Zemeckis nadużywa nieco cierpliwości widza – to, o co chodziło zostało dopracowane niemal perfekcyjnie.

Cały film mógłby być momentami lepszy, ale właśnie dla tych sekwencji warto „The Walk” obejrzeć, bowiem sprawiają one, że jest to na swój sposób dzieło wyjątkowe i niepowtarzalne. To jedna z tych produkcji, dla których wprowadzono do kin technologię 3D.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...