Nowa płyta Lany Del Rey, „Honeymoon”, to muzyka, która unosi i porywa

Muzyka 23.09.2015
Nowa płyta Lany Del Rey, „Honeymoon”, to muzyka, która unosi i porywa

Lana Del Rey, amerykańska wokalistka, wydała nową płytę, „Honeymoon”. Na krążku, który swoją oficjalną premierę miał zaledwie kilka dni temu, znajduje się czternaście fantastycznych kawałków. „Honeymoon” to najlepsza płyta Del Rey. Muzyka, która została zamknięta w kilkunastu utworach, unosi i porywa. Chce się Lany Del Rey więcej i więcej.

„Honeymoon” jest trzecim longplayem w dorobku młodej, ale bardzo utalentowanej i jednocześnie dojrzałej piosenkarki, która w tym roku, w czerwcu, ukończyła 30 lat. Prawdziwa kariera Del Rey rozpoczęła się wraz z płytą „Born to Die” (przed „Born to Die” Del Rey nagrała jeszcze jedną płytę, ale ta została wydana, kiedy artystka znana była jeszcze pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, Lizzy Grant). Okrzyknięta przez media „gangsta Nancy Sinatra” przez kolejne lata zachwycała głośnymi numerami, takimi jak Blue Jeans, Summertime Sadness, Born to Die czy Ultraviolence, a także kawałkami, które znalazły się na ścieżkach dźwiękowych filmów takich jak „Wielki Gatsby” czy „Wielkie oczy”.

Jej nowa płyta to czternaście świeżych kawałków, z których kilka mogliśmy usłyszeć już parę miesięcy wcześniej (płytę promował singiel „Honeymoon”).

Krążek otwiera mocno promowany utwór, Honeymoon. I to on bez wątpienia znajdzie się wśród wymienianych najlepszych numerów z płyty. Obok Honeymoon, warto zwrócić uwagę na Music To Watch Boys To, God Knows I Tried, High By The Beach, Freak, Religion czy The Blackest Day.

Oprócz wymienionych utworów Lana Del Rey nagrała też świetny cover kawałka Don’t Let Me Be Misunderstood. Choć nie przepadam za przeróbkami numerów (oprócz tych wykonywanych przez Marilyna Mansona), ten wyszedł naprawdę fenomenalnie. Hit Don’t Let Me Be Misunderstood został napisany dla Niny Simone, która pierwsza wykonywała ten kawałek. Piosenka była wielokrotnie brana na warsztat przez różnych muzyków, ale coverem, który jest chyba najbardziej rozpoznawalny (można się pokusić o stwierdzenie, że nawet bardziej niż pierwowzór) jest wersja w wykonaniu Animalsów.

Na „Honeymoon” Lana Del Rey ponownie uwodzi swoim głosem.

Ta płyta ma niepowtarzalny klimat. Jest nastrojowa, przejmująca, wzrusza. Del Rey kusi i urzeka, przenosząc swoich słuchaczy do ciemnych i nieco mrocznych klubów z muzyką na żywo, w których unosi się kurz i dym papierosowy. Wokalistka sprawia wrażenie, jakby urwała się wprost z poprzedniego wieku i z różnych dziesięcioleci zabrała to, co najlepsze dla siebie. Na jej krążku słyszymy fascynację muzyką lat 60., ale i 80. „Honeymoon” to mieszanka indie rocka, sadcore’u czy chamber popu.

Cieszy, że Del Rey nie podzieli losu niektórych gwiazd, które jaśnieją mocno, ale nagle gasną.

„Honeymoon” udowadnia, że artystka nieprzerwanie się rozwija i potrafi nadal zaskakiwać swoich słuchaczy. Świetna płyta, która wyląduje na mojej półce w wersji pudełkowej. Brzmienie tego albumu niewątpliwie przeczy pierwszemu zdaniu, jakie usłyszeć możemy na krążku („We both know that it’s not fashionable to love me…”). Bo słuchanie Del Rey będzie wciąż nie tylko modne, ale i wskazane.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...