Bądź orłem, a nie kurą, czyli „THORN” – powieść motywacyjna Jasona Hunta. Recenzja sPlay

E-booki 17.08.2015
Bądź orłem, a nie kurą, czyli „THORN” – powieść motywacyjna Jasona Hunta. Recenzja sPlay

Ze zdumieniem obserwowałem atmosferę towarzyszącą premierze książki „THORN”, autorstwa Jasona Hunta. Tym większym, im dalej brnąłem w jej treść. Przez jednych wychwalana pod niebiosa, przez innych bezlitośnie wykpiwana, nie zasługuje ani na jedno, ani na drugie, w istocie będąc po prostu dziełem wtórnym i nieciekawym.

Jason Hunt to pseudonim Tomka Tomczyka, jeszcze do niedawna znanego jako Kominek – jednego z najbardziej rozpoznawalnych polskich blogerów. Hunt, poza niezliczoną ilością notek opublikowanych na swoich blogach, ma też na koncie trzy książki poświęcone tematyce blogowania. „THORN” to pierwsze jego wydawnictwo beletrystyczne, będące jednocześnie pierwszą częścią serii.

Zapowiedzianego jako powieść motywacyjna „THORN-a” zamówiłem z ciekawości, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Pierwsze recenzje były skrajnie optymistyczne i onieśmielające. O dziele Hunta pisano, że to jedna z tych pozycji, które mogą zainspirować czytelnika do zmiany jego życia, ustawiana została w jednym szeregu z „Buszującym w zbożu” czy „Fight Clubem” i nazwana książką, która definiuje samą siebie. Ponadto, ponoć cytaty z niej znakomicie nadają się do publikacji na Instagramie, czego – jako wielki fan tego serwisu – nie mogłem zlekceważyć.

Niestety, mój zapał znacząco ostudził ASZDziennik, prezentując dziesięć wybranych wyimków z „THORN-a”.

Te bowiem, mówiąc delikatnie, w ogóle nie trafiają w mój gust. Mało tego, zrodziły co do tej powieści poważne wątpliwości, które niestety okazały się w pełni uzasadnione. „THORN” jest książką miałką, momentami nieznośną w lekturze, z nieinteresująco przedstawioną historią, która w dodatku co chwilę jest przerywana, by zaprezentować czytelnikowi kolejne prawdy objawione.

thorn jason huntJason Hunt pisze nieźle, posługuje się językiem potocznym, przystępnym i prostym, za sprawą czego całość czyta się raczej szybko. Wszystko wyłożone jest wprost, nie ma zatem potrzeby zatrzymywania się na poszczególnych fragmentach. Tym bardziej, że autorowi nie udało się zawrzeć w tej powieści niczego odkrywczego. Szczególnie zawiedzeni mogą być ci, którzy znają blogowe teksty Hunta publikowane jeszcze pod pseudonimem Kominek – nie znajdą oni w „THORN-ie” kompletnie nic nowego.

„THORN” to powieść o dojrzewaniu, poszukiwaniu własnej drogi i walce o własne ambicje. Główny bohater, alter ego autora, chce zostać wziętym pisarzem i zdobyć względy kobiety swojego życia. O fabule zasadniczo trudno powiedzieć coś więcej, bo byłaby to bardziej interpretacja, niż prezentacja faktów. Książka Hunta to jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem.

Względnie znośna, choć naiwna i niewciągająca, opowiastka o losach bohatera poprzetykana jest próbami sprzedania wyrażonej explicite filozofii życiowej, którą krótko podsumować można tak: bądź sobą, nie poddawaj się, wszystko jest możliwe, nie słuchaj tych, którzy twierdzą, że jesteś do niczego. Lub też, trzymając się metafory autora: bądź orłem wśród kur. A do tego w książce ukryte są szyfry i tajemnice, które czytelnik musi samodzielnie rozwiązać.

Te tanie i efektowne bon moty, mające pełnić funkcję motywacyjną, jako żywo przypominają sentencje Beaty Pawlikowskiej czy Paulo Coelho z gorszego okresu jego twórczości.

Są puste i banalne, oferują kuszące – bo proste i oczywiste – rozwiązania; od dawna i wielokrotnie powtarzane aksjomaty. Takie, które jakąkolwiek głębszą refleksję obudzić mogą wyłącznie w człowieku młodym i niedoświadczonym.

Ja tego nie kupuje. Przez to przynajmniej połowa treści „THORN-a” była dla mnie niestrawna. Swoją drogą w tym kontekście dość paradnie wygląda fragment, w którym rady coachów i mówców motywacyjnych autor określa jako „tak odkrywcze, jak fakt, że po ciemnej nocy jasny dzień nastaje”.

Zasadniczo się z nim zgadzam, tylko że o tej powieści powiedziałbym to samo.

Mojej ciekawości nie obudziły też ukryte w książce Hunta sekrety, które chyba już na zawsze pozostaną dla mnie nierozwiązane. Nie mam jednak poczucia straty. Generalnie lubię takie zabawy, ale w tym przypadku po prostu mi się nie chciało. Może gdyby historia była bardziej wciągająca, podjąłbym rękawice i próbował odkryć tajemnice i złamać szyfr. Szczerze przyznam, że nie widziałem w tym celu.

Choć projekt graficzny okładki nieszczególnie mi się podoba, a cudaczny układ akapitów, wyróżnienia ważnych fragmentów, żeby „nie umknęły uwadze czytelników” i tym podobne zabiegi były dla mnie irytujące, generalnie na pochwały zasługuje jakość wydania. Stoi na naprawdę wysokim poziomie, a jego eksperymentalna forma może zainteresować kolekcjonerów.

Jason Hunt zapowiedział już kolejne części „THORN-a”. Dla mnie pierwsza była też ostatnią.

Nie znajduje ani jednego powodu, dla którego miałbym wracać do tej książki albo mierzyć się z jej kontynuacją. Pewną radość budziły jedynie niektóre banały i metafory serwowane przez autora, ale w takiej ilości szybko zaczęły być męczące. To powieść wtórna, nudna i miałka, w której z równym trudem próbowałem się doszukać sensownej dawki motywacji, co intrygującej opowieści. Nie znalazłem.

Dołącz do dyskusji (18)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...