„Wayward Pines: Krzyk” to kiepskie zwieńczenie niezłej trylogii – recenzja sPlay

E-booki 23.05.2015
„Wayward Pines: Krzyk” to kiepskie zwieńczenie niezłej trylogii – recenzja sPlay

Obok wielu wad ostatniej części trylogii „Wayward Pines”, „Krzyk” ma też jedną zasadniczą zaletę. To jedna z tych książek, od których trudno się oderwać, nawet pomimo tego, że czytając ją ma się bolesną świadomość jej niedostatków.

Nie ma wątpliwości, że „Krzyk” jest zdecydowanie najsłabszą odsłoną „Wayward Pines”. Gdyby tak wyglądała pierwsza część, nigdy nawet nie pomyślałbym, żeby sięgnąć po drugą.

Próbę nawiązania do „Miasteczka Twin Peaks” Blake Crouch porzucił już przy okazji drugiej odsłony tej serii, w trzeciej czytelnik otrzymuje drugoligową powieść akcji, która do dzieła Lyncha ma się nijak.

wayward pines krzykBy jednak oddać „Krzykowi” sprawiedliwość, podczas lektury wcale źle się nie bawiłem. Po pierwsze dlatego, że Crouch jest sprawnym rzemieślnikiem, dzięki czemu książka potrafi wciągnąć – dynamiczne zdania i rozdziały zwyczajnie zachęcają do tego, by przeczytać kolejny fragment, a potem jeszcze jeden. I tak dalej, aż do samego końca. Po drugie dlatego, że ciekawość bierze górę i po prostu chce się dowiedzieć jak to wszystko się skończy.

Jeżeli nie czytaliście poprzednich części „Wayward Pines”, to radzę odpuścić sobie poniższy akapit – znajdują się w nim spoilery dotyczące opisanych w nich wydarzeń.

Odkąd agent Ethan Burke przybył do Wayward Pines minęły raptem trzy tygodnie. Tylko tyle czasu potrzebował, by odkryć, że miasteczko jest ostatnią ludzką osadą na świecie, kontrolowaną przez psychopatycznego doktora Jenkinsa i zburzyć panujący w nim dotychczas porządek. Uważający się za boga Jenskins w akcie zemsty postanawia wyłączyć wszystkie systemy zabezpieczające i zamierza sprowadzić na Wayward Pines zagładę, wpuszczając za mury setki krwiożerczych aberracji. Burke i inni obywatele usiłują przeżyć za wszelką cenę i obalić szalonego tyrana. Wkrótce jednak okaże się, że jego rządy to nie jedyny ich problem.

I niestety, w zasadzie cały „Krzyk” to opisy nierównej walki mieszkańców i aberracji, co oznacza, że o intrygującym klimacie poprzednich części nie ma już mowy. O ile już „Buncie” Crouch przestał udawać, że robi drugie „Twin Peaks”, to przynajmniej oferował w zamian kilka interesujących pomysłów, rozwiązań i dylematów. Tu brak nawet tego. Są za to: opisy masakry, strzelniany i kompletnie niepotrzebny, głupawy wątek miłosny, w który zaangażowane są aż cztery postaci.

Ze wszystkich obecnych w „Krzyku” motywów najbardziej podobało się zakończenie, które – w przeciwieństwie do reszty treści – może uchodzić za nieco zaskakujące. Poza nim cała fabuła jest do bólu przewidywalna, bazująca na ogranych schematach i mało zajmująca.

Jeżeli macie za sobą dwie pierwsze części „Wayward Pines” i jesteście ciekawi, jaki finał tej historii zgotował Blake Crouch, to warto po „Krzyk” sięgnąć tylko po to, żeby go poznać. Jeśli jednak gdzieś po drodze trylogia was znudziła, bez żalu możecie sobie odpuścić. Crouch zostawił sobie furtkę do stworzenia nowej serii, ale szczerze mówiąc wolałbym, żeby pozostała ona zamknięta, a autor skupił się na innym temacie. Ten ewidentnie już się wyczerpał.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...