„Britney Jean” fajniejsza niż Spears

Muzyka 09.12.2013
„Britney Jean” fajniejsza niż Spears

Britney Spears bez Maxa Martina i Dr. Luke’a śpiewająca wyłącznie własne utwory? Jeszcze parę lat temu wszyscy uznaliby to za totalną abstrakcję. A jednak to prawda! Ósmy studyjny album Księżniczki Pop daje nam jej zupełnie nowy obraz. Zamiast znanej nam wszystkim od piętnastu lat Britney Spears, mamy całkiem fajną „Britney Jean”.

Po raz pierwszy w karierze Britney jest współautorką wszystkich utworów na płycie. Britney też miała odwagę powiedzieć „dziękuję” ojcom jej sukcesu i zamienić Dr Luke’a i Maxa Martina na Williama Orbita (ten sam który stworzył „Frozen” dla Madonny), Davida Guettę, Diplo oraz will.i.am’a. Czym „Britney Jean” różni się od poprzednich krążków Księżniczki Pop? Przede wszystkim to, co już słychać było na singlach – głos Britney. O ile na ostatnich albumach więcej za Britney śpiewał autotune (co do przesady było słychać na ostatnim „Femme Fatale”), to tutaj wokal Britney brzmi jak żywcem wyjęty z 2001 roku! Pewnie, jest modulacja i wygładzanie śpiewu, ale jest zupełnie inaczej – bardziej subtelnie, rzekłbym.

Muzycznie jest bez większych niespodzianek, za to jest bardzo przyjemnie. Każdy z producentów postanowił połączyć osobiste teksty Britney z różnymi rytmami. W „It Should Be Easy” i „Til It’s Gone” mamy house’ową imprezkę, w „Body Ache” nieco trance’u, chill-out w „Chillin’ With You”, w „Passenger” trochę wpływów azjatyckich (co nie dziwi skoro za produkcję akurat tego kawałka wziął się Diplo), a niemal wszędzie unoszą się najmodniejsze loopy, basy i przestery. Otwierający „Alien” oraz znany już singiel „Perfume” urzekają delikatnością, ale również są podkręcone ciut szybszymi tempami. A najlepszy killer tej płyty już od dawna znamy – „Work Bitch” niewątpliwie zamiata wszystkie hity Britney pod dywan.

Teksty na albumie – przy których razem z Britney pracowały również Sia i Katy Perry – są w dużej mierze osobiste, i mocno prywatne. Skończyło się po raz enty śpiewanie o Brit wchodzącej do klubu i słyszącej ulubioną piosenkę. W wylewaniu emocji przodują teksty „Alien”, „Perfume”, „Til It’s Gone”, „Chillin’ With You” (gdzie jest zdecydowanie najprywatniej, również ze względu że słyszymy Jamie Lynn – młodszą siostrę Britney) i „Don’t Cry”. I co najlepsze – te osobiste wyznania genialnie połączono z klubowymi trendami, i zrobiono z nich imprezowe hity. Uszanowanie dla producentów.

Aha, i parę słów o edycji deluxe – z trzech dodatkowych kawałków zdecydowanie najlepiej wypada niesamowicie intymny i wzruszający „Brightest Morning Star”. A na samym końcu, jako ciekawy smaczek mamy singiel „Perfrume” ze zmienionym mixem. Taka gratka, warta przesłuchania jeśli komuś nie pasował rytm oficjalnie wydanej wersji.

Mieliśmy dostać „prawdziwą, szczerą, autentyczną Britney” – to się sprawdziło. Ja, jako fan Britney z długim stażem jestem zachwycony. Komercyjnie może być gorzej, bo ludzkość woli się bawić zamiast odkrywać prawdziwą naturę artysty – ale trzymam kciuki. Marzy mi się, aby kiedyś Britney nagrywała pop bardziej ambitny, zbudowany bardziej na instrumentach niż dźwiękach elektronicznych. Ale jak na Britney śpiewającą własne teksty czekaliśmy aż 15 lat, to kolejną taką ostrą metamorfozę też prędko nie dostaniemy.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...