One Direction idzie w dobrą stronę – małymi kroczkami

Muzyka 04.12.2013
One Direction idzie w dobrą stronę – małymi kroczkami

Jest taka muzyka, przy której kruszeją mury, łzy od razu człowiekowi stają w oczach, chwieją się filary świata, a zwaśnione narody i pokolenia zaprzestają jakichkolwiek potyczek. I nowe One Direction z pewnością taką muzyką nie jest. I jeszcze prędko nie będzie, chociaż album „Midnight Memories” daje nadzieje że z chłopaków może wyrosnąć coś naprawdę dobrego.

Wygląda na to, że boysband dorósł szybciej niż jego fani. W odróżnieniu od poprzednich krążków, mamy tu więcej znacznie „żywego” grania, aniżeli komputerowych beatów. I nie brak też inspiracji, cholernie zasakujących. Posłuchajcie np. „Little Black Dress” czy tytułowego „Midnight Memories” – przecież to niemal Bon Jovi. Albo „Better Than Words” czy „Diana” – prawie że Coldplay z epoki „Mylo Xyloto”. I nie, nie nadepnął mi słoń na ucho.

I co ciekawe, daleko szukać takiej przebojowości jak z czasów „What Makes You Beautiful”. Całemu albumowi prędzej do rockowego klimatu coveru „One Way Or Another”. Chłopakom takie granie spodobało się znacznie bardziej, i dobrze na tym wychodzą. Harry, Louis, Zayn, Niall i Lian napisali też większość utworów, więc argument jakoby wytwórnia kazała chłopakom grać ostrzej i dojrzalej, możecie – za przeproszeniem – schować między pośladki.

Wracamy do muzyki. „Midnight Memories” to krążek zdecydowanie pop-rockowy, słychać to już było w „Best Song Ever”. Utworów podobnych do tego singla jest zresztą więcej. „Don’t Forget Where You Belong” pomalutku się rozkręca w niezłą rockową balladę (ale takiego rocka bardziej w stylu Foreigner albo Avril Lavigne), doskonale się sprawdzi na koncertach. „Hapilly” podobnie – już słyszę te tupania i klaskania na stadionach. „Strong” ma w sobie coś z folkowo-country’owego klimatu, podobnie „Through The Dark”.

Na wersji podstawowej jest 14 kawałków, na wersji deluxe aż 18 – i jak w wielu przypadkach, najlepsze zostawiono na bonus tracki. Niesamowicie energetyczne „Alive”, ciut spokojniejsze – ale wciąż gitarowo bujające – „Does He Know?” i „Why Don’t We Go There” oraz balladkowe „Half a Heart”. Podchodziłem do całego materiału bez większego entuzjazmu, ale z każdą kolejną piosenką zauważyłem, że coraz mocniej zaczynam podrygiwać na łóżku w rytm utworów.

Podstawowy problem zespołu pozostał bez zmian – głosy chłopaków. Jest ich w zespole pięciu, a brzmią jakby było ich najwyżej trzech. I to nie zawsze, bo czasem mam wrażenie jakby były tam tylko dwa głosy. Ci panowie umieją dobrze śpiewać razem jak i osobno, więc niech zaczną z tego korzystać. Innych zarzutów nie mam. Życzę sobie tylko, by panowie dalej chodzili tą ścieżką, a z czasem by pozapominali że muszą robić tylko komercyjne hity. Wniosek prosty – nowy album One Direction mi się podoba. Więcej grzechów nie pamiętam i niczego nie żałuję. Idę skakać po kanapie słuchając „Midnight Memories” jeszcze raz.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...