Avril Lavigne wciąż nie dorosła. Ale hity robi całkiem przyzwoite

Muzyka 04.11.2013
Avril Lavigne wciąż nie dorosła. Ale hity robi całkiem przyzwoite

Jaka jest nowa Avril Lavigne? Wesoła, zadowolona z życia, zakochana młoda dziewczyna. Takie mam wrażenia po usłyszeniu całej nowej płyty nazwanej po prostu „Avril Lavigne„.

Patrząc na samą listę współproducentów nowego materiału Avril można spodziewać się jakie będzie ostateczne brzmienie. A są to Chad Kroeger – wokalista Nickelback, a od niedawna mąż Avril, David Hodges – były gitarzysta Evanescence, oraz Martin Johnson – producent i kompozytor utworów Black Veil Brides, Taylor Swift i Jasona Derulo. Czego innego poza do bólu przebojowym pop-rockiem można się było spodziewać? Na samym wstępie mamy deklarację Avril że „wciąż robimy rock n roll!” – próżne słowa.

Jest to najbardziej popowy album w karierze Avril. Gitary – jeśli je w ogóle mamy – zakryte są popowym mixem. Co prawda, wokalistka wcześniej nie stroniła od elektronicznych dźwięków, tu jednak mamy ich najwięcej – „Hello Kitty” to totalnie popowy kawałek, którego solidną konstrukcją są beaty, „Sippin’ On Sunshine” oraz „17” podobnie. W reszcie możemy odnaleźć nieco podobieństw do wcześniejszych albumów Avril – w „Bitchin’ Summer„, „Falling Fast” i „Give You What You Like” (zdecydowanie najlepszy numer na albumie) słychać lekkość debiutanckiego „Let Go„, znany już singiel „Here’s To Never Growing Up” i „Hello Heartache” (ten drugi wyróżnia całkiem miłymi chórkami) pasowałyby do hitowego „The Best Damn Thing„.

Przez taki rozrzut stylistyczny na albumie nie wiadomo od której strony go ugryźć. Raz jest przebojowo i popowo do bólu, raz można sobie spokojnie ponucić, raz można pokusić o headbanging. Jakby Avril sama nie wiedziała co chce nagrywać – czy woli pozostać wokalistką popową, czy jednak wracać do dawnej, bardziej rockowej stylistyki. Za to w emocjach zawartych na krążku jest spójna. Nie wścieka się, nie denerwuje – bo niby o co miałaby się wkurzać szczęśliwa mężatka? Przynajmniej jest w tym wiarygodna.

Jeden kawałek zasługuje na specjalną uwagę – „Bad Girl” nagrane z samym Marilynem Mansonem. Chociaż wokalista nie ma osobnej partii wokalnej w utworze – pełni jedynie rolę chórków – to jego wkład jest nieoceniony. Mam wrażenie że specjalnie dla niego zaostrzono utwór soczystymi gitarami, a i Avril odważyła się raz mocniej wrzasnąć, a raz niegrzecznie zaszeptać. Perełka tego albumu. O „Hello Kitty” (tak, to o tym znanym nam wszystkim kociaku!) można by napisać kolejny elaborat, ale już w gorszym tonie. Najbardziej popowy numer w karierze Avril, który bardziej spodziewałbym się usłyszeć u gwiazdy w stylu Demi Lovato czy Britney Spears. A te japońskie wtręty każą mi przypuszczać, że jest to ukłon dla japońskich fanów. Kraj Kwitnącej Wiśni jest bowiem ważnym rynkiem dla Avril – ma tam największe grono fanów (nie licząc ojczystej Kanady).

Jest jedna zaleta albumu – bardzo przebojowy, komercyjny. Przy dobrym doborze singli i ich promocji, można z tego materiału wykroić co najmniej jedną płytę. „Here’s To Never Growing Up” i „Rock N Roll” okazały się wtopami, więc cała szansa w romantycznym „Let Me Go„, a w przyszłości może w „Bitchin’ Summer” i „17„. Sukcesy artystyczne Avril mieliśmy za czasów jej jazdy na deskorolkach. Teraz zostało jej już tylko podbijanie playlist. Z „Avril Lavigne” może się to jeszcze udać.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...