Nowe Nine Inch Nails – lepsze czy gorsze? Mnie przekonało!

Muzyka 10.09.2013
Nowe Nine Inch Nails – lepsze czy gorsze? Mnie przekonało!

Nie jestem tym, kim zwykłem być” – śpiewa Trent Reznor w singlu „Came Back Haunted”. I faktycznie, nie jest to Nine Inch Nails jak z „Closer”, „We’re In This Together” czy „Survivalism”. Nie znaczy to że jest złe. Przeciwnie – jest lepiej niż można się było spodziewać. A po singlach można było czuć się niepewnym nowego oblicza kultowej kapeli Trenta Reznora.

Mimo że NIN to zawsze była muzyka w głównej mierze elektroniczna, to zawsze można było wyraźnie usłyszeć ostrą gitarę, dobrą perkusję i klawisze, i zgrabnie wplecione między to wszystko loopy, sample i różne przestery. Na „Hesitation Marks” największą rolę zrobiły syntezatory i programowanie. Nie ma ostrej nawalanki, tzw. „pierdolnięcie” uświadczymy głównie na „Came Back Haunted”, „All Time Low”, „In Two” i „Everything”. I jest to pierdolnięcie syntezatorem, ale ostre jak w „Terrible Lie” z pierwszego albumu NIN z 1989 roku.

Każdy z pozostałych utworów jest budowany na własnym, osobnym elektronicznym motywie. Jeśli już ktoś by się pokusił o porównywanie do wcześniejszych dokonań Trenta, to „Hesitation Marks” najbliżej do „With Teeth” albo nawet projektu How To Destroy Angels, gdzie Trent z małżonką i Robem Sheridanem tworzyli bardziej synth-popowo, aniżeli rockowo. O ile jednak w HTDA brakowało mocnej siły rażenia, to na odrodzonym NIN ma się ona genialnie. I nie mowa tu tylko o mocnych, agresywnych brzmieniach, ale o przekaz i dobre zastosowanie elektronicznych dźwięków, czego przykładem jest są single, świetnie wybrane – bo idealnie podsumowujące zawartość płyty. Jest siła, jest moc, i bez potrzeby darcia mordy.

„Hesitation Marks” miejscami brzmi jak starsze Depeche Mode („Disappointed”, „Satellite”), troszeczkę jak Tool („Copy of A”, „I Would For You”). Utwory instrumentalne mamy tylko dwa (pierwszy i ostatni), czego mi bardzo szkoda, bo te zawsze były mocną stroną NIN. Natomiast „Various Methods of Escape” ma w sobie coś z ducha albumu „The Fragile” – mojego osobistego najlepszego krążka.

Zdaniem niektórych fanów jest to najlepszy krążek od czasów „The Fragile”, czytałem też inne zarzuty że to nie jest NIN na jakie warto było czekać. Ja po singlach spodziewałem się jedynie dobrej, hipnotyzującej rozwałki umysłu, na miarę dojrzałego, oswojonego z rzeczywistością Trenta. Na „Hesitation Marks” to dostałem. I przekonałem się, że wcale nie trzeba być nieszczęśliwym i wiecznie toczyć ze sobą walkę, aby nagrywać albumy dla całych pokoleń fanów industrial rocka.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...