Smerfy słuchałyby Britney Spears? Może i tak, ale wam nie polecam

Muzyka 07.08.2013
Smerfy słuchałyby Britney Spears? Może i tak, ale wam nie polecam

Nie oglądałem pierwszej części kinowych „Smerfów”, ani nie wybiorę się na część kolejną. Patrząc na te ohydne trójwymiarowe niebieskie obrzydlistwa lądujące nagle nie wiadomo po co w Nowym Jorku czułem się niemal wykastrowany z dzieciństwa. To samo odnośnie drugiej części. Postanowiłem posłuchać za to muzyki do nich. I was uprzedzam – nie róbcie tego!

Muzyka do drugiej części przygód Smerfów to dwa różne albumy. Pierwszy to „Music From & Inspired By” – czyli utwory stworzone do promocji filmu, ale nie puszczane w nim. Wyjątkiem jest promujący album nowy singiel księżniczki pop, który można podobno usłyszeć w napisach końcowych. „Ooh La La” w wykonaniu Britney Spears brzmi jak z początków jej kariery i podlotkowania w „…Baby One More Time!”.

A cały soundtrack brzmi niemal równie popowo i słodko do porzygu. Słyszymy tam m.in. Nelly Furtado („High Life” brzmi jeszcze gorzej niż utwory z jej ostatniej studyjnej płyty), Owl City (jak to Owl City – cukier obudowany klawiszami), Austin Mahone coverujący B.o.B, plus kilka śpiewających pań które nawet nie umiałem skojarzyć z nazwisk. Wszystko brzmi tu słodko, niewinnie, dziecięco. Fuj. A zanim ktoś wyskoczy z argumentem „to do filmu familijnego, nie może być poważne”, to ja zapytam – czy „Can You Feel The Love Tonight” brzmi ohydnie słodko? No właśnie.

No dobra, nie cały OST tak brzmi. Są dwie ciekawostki – pierwsza to cover kultowej piosenki Little Richarda „Tutti Frutti”, niesamowicie jazzująco-swingujący. Tańczyłbym. A druga ciekawostka? Pamiętacie nieprzywoite „I’m Too Sexy” grupy Right Said Fred? Zespół postanowił do soundtracku przerobić własny utwór na… „I’m Too Smurfy”. To zdecydowanie nie jest dla dzieci.

 

A jeśli ktoś ma ochotę posłuchać klasycznego score filmowego, u nowych Smerfów też to znajdzie. Muzykę do filmu skomponowaną przez Heitora Pereirę (napisał ją również do pierwszej części) znajdziemy na Spotify – ponad 40 utworów muzyki klasycznej trwających od 30 sekund do maksymalnie dwóch minut. Nie jest to wielce powalający OST jak od Zimmera czy Williamsa, ale słucha się go znacznie przyjemniej niż cukier-puder z wcześniej opisywanej płyty.

A na koniec zła wiadomość dla tych, którzy – tak jak ja – trójwymiarowych Smerfów nie polubili. Sony nie odpuszcza, i na 2015 jest planowana premiera części trzeciej. Ja dziękuję, wolę pamiętać je takie jakie zapamiętałem z Wieczorynki. Bo co to za muzyka do Smerfów gdzie ani razu – naprawdę ani razu – nie usłyszy się charakterystycznego „la, la, la-la-la-la”?

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...