233 interakcje

Jak w dobie smartfonów ściąga się w szkołach – raport Spider’s Web

Piotr Grabiec / 26.04.2017

Sposoby na ściąganie w szkołach, na studiach i na egzaminach państwowych zmieniały się przez lata. Zaczynając od ściąg na małych skrawkach papieru, przez starannie przygotowane ściągi przypominające miniaturowe książki, na ukrytych słuchawkach, kamerach i smartfonach rozwiązujących zadania kończąc.

Nie tylko uczniowie zbroją się na potęgę. Szkoły nie chcą pozostawać bezbronne i aktywnie jak nigdy wcześniej dołączają do walki. Kupują i montują ukryte kamery, chcą zakłócać zasięgi sieci komórkowych, a nawet stawiać przy wejściu na sale egzaminacyjne wykrywacze metalu. Obie strony wciągnęły do walki nowe technologie i to głównie z ich wykorzystaniem w XXI wieku toczy się batalia między uczniami i nauczycielami.

Postanowiliśmy przyjrzeć się narzędziom, z jakich korzystają dydaktycy oraz uczniowie i studenci. Tak powstał nasz raport z pola walki, jakim jest problem ściągania (nie tylko) w szkołach.

Ściąganie jest nieodłącznym elementem systemu edukacji

Młodzi ludzie zwykle wolą spędzać czas na zabawie niż przy nauce. Na ściąganie w dodatku często nie patrzy się jako na coś, czego należałoby się wstydzić. Wielu młodych ludzi przechwala się w końcu tym, jak to udało się im przechytrzyć nauczyciela. Można to wiązać z przekonaniem wyniesionym z czasów komunizmu – system reprezentowany przez placówki edukacyjne jest w końcu wrogi. Oszukiwanie go można traktować jako powód do dumy.

Dodatkowym problemem jest to, że w imię źle pojętej solidarności kultywuje się społeczne przyzwolenie na oszukiwanie na egzaminach. Uczniowie i studenci rzadko kiedy zwracają dydaktykom uwagę na to, że ich koledzy i koleżanki ściągają. Co ciekawe, takie zwrócenie uwagi nie tylko ukróciłoby proceder oszustwa, ale leżałoby też w interesie samych studentów – w końcu wszyscy absolwenci wyższych uczelni będą dla siebie konkurentami na rynku pracy.

Dekadę temu liczba rozwiązań dla osoby pragnącej ułatwić sobie zdanie klasówki nie była zbyt duża.

Zanim smartfony na dobre zadomowiły się w naszych kieszeniach uczniowie i studenci radzili sobie, wykorzystując analogowe metody: ściąga w piórniku, ściąga pod podeszwą, ściąga podklejona w przezroczystym długopisie. Do tego cienkopis, by na tej samej powierzchni papieru zmieścić więcej tekstu, własny system skrótów i można już ruszać na pohybel edukacji.

Nie będę się wybielał – zdarzało mi się ściągać w szkole. Nie zawsze jednak była to tylko chęć pójścia na skróty. Było to swoiste stawianie sobie wyzwania innego, niż chciałby tego pedagog. Czy dobrze dobiorę materiały? Czy uda mi się i nie dam się złapać? Czy dam radę oszukać system? Nagrodą był zaoszczędzony czas, który mogłem poświęcić na rozrywkę i… dreszczyk emocji.

Teraz się z tego śmieję, a pewnie jeśli tylko tyle energii co w przygotowanie ściąg włożyłbym w wertowanie podręczników, to ściągi nie byłyby mi w ogóle potrzebne.

Przygotowanie papierowych ściąg wcale nie jest takie proste. Potrzeba w końcu niekiepskich zdolności manualnych, by je wykonać! Robiąc je musiałem i tak w końcu najpierw zapoznać się z materiałem, by później nanieść najważniejsze informacje na jak najmniejszy kawałek papieru.

Wymagało to skupienia i przynajmniej jednorazowego przyjrzenia się notatkom. Dziś wygląda to inaczej, bo rozwój elektroniki użytkowej ruszył z kopyta. Zamiast ręcznie przygotowanej ściągi można sięgnąć po jej elektroniczną i, coraz częściej, interaktywną wersję.

Analogowe ściągi odeszły do lamusa.

Najpierw ksera wyeliminowały potrzebę ręcznego przepisywania notatek, po którym zawsze w głowie coś zostawało. Potem przyszły kalkulatory, które ułatwiały rozwiązywanie zadań z przedmiotów ścisłych. Za nimi podążyły telefony komórkowe z obsługą SMS-ów pozwalające zapisać w pamięci krótkie notatki. Na koniec pojawiły się smartfony i tani internet w kieszeni, a ściąganie stało się wręcz… zautomatyzowane.

Kilka lat temu można było na telefonie zapisać jedynie krótkie notatki tekstowe w kopiach roboczych SMS-ów. Wymagało to sporo wyobraźni przy robieniu ściąg z przedmiotów ścisłych. Później pojawiły się inne aplikacje, w tym przeglądarki PDF-ów. Od kiedy pojawił się powszechnie dostępny internet mobilny, już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każdy miał pod kciukiem dostęp do całego archiwum wujka Google’a i cioci Wikipedii.

Jak dzisiaj radzą sobie uczniowie?

Edukację zakończyłem kilka lat temu, więc nie wiem tego z pierwszej ręki. Na szczęście Google, tak uwielbiane przez uczniów i studentów, to przecież skarbnica wiedzy. Przygotowując się do materiału, przetrzepałem niezliczone fora dyskusyjne, grupy na Facebooku i inne internetowe skupiska uczniów – jak widać nieświadomych tego, że ich wpisy może czytać każdy.

To była istna skarbnica wiedzy pełna pomysłów, na które sam bym w życiu nie wpadł. Powstały nawet specjalistyczne serwisy wzajemnej pomocy. Poradniki dotyczące tego, jak ściągać, można łatwo znaleźć w serwisie YouTube. Młodzi ludzie ochoczo dzielą się swoimi sztuczkami z rówieśnikami, którzy porzucili papier i atrament na rzecz krzemu i wyświetlaczy ciekłokrystalicznych.

Papierowe ściągi zostały zastąpione przez smartfony.

Malutkie urządzenia, które łatwo schować i na nie ukradkiem zerkać, wydają się idealną (nie)naukową pomocą dla ucznia i studenta w trakcie klasówki, kolokwium i egzaminu. Jeśli już uda się podczas sprawdzianu wiedzy takie urządzenie uruchomić, to możliwości jest całe mnóstwo:

  • Pliki lokalne – najprostszym sposobem i w dodatku najbardziej zbliżonym do analogowego ściągania jest przygotowanie plików ze zdjęciami lub skanami notatek. Uczeń ma dostęp tylko do tej wiedzy, którą sam zgromadził i opracował.
  • Google i Wikipedia – jeśli ktoś nie zadał sobie trudu, by przygotować cyfrowe ściągi, to ratunku może szukać w tych dwóch serwisach. Nie przy każdym zadaniu jednak się to jednak sprawdzi i nie zawsze jest czas, by przeglądać strony pełne definicji.
  • SMS i komunikatory – wiadomości tekstowe i komunikatory pozwalają na kontakt ze światem zewnętrznym. Wystarczy dobra dusza po drugiej stronie siedząca przy komputerze lub przy podręcznikach, która znajdzie na czas odpowiedzi i je prześle.
  • Grupy na Facebooku – uczniowie potrafią łączyć się w prężnie działające społeczności i grupy pomagające sobie nawzajem. W zamian za rozwiązywanie zadań dla innych można liczyć na to, że przy kolejnej okazji ktoś inny okaże się pomocny.
  • Aplikacje do rozwiązywania zadań – stosunkowo nowym narzędziem są aplikacje mobilne, które po przepisaniu treści potrafią pokazać rozwiązanie danego zadania, prezentując krok po kroku kolejne obliczenia.

Uczniom i żakom w ściąganiu może przydać się też dodatkowy sprzęt. Tutaj pomysłów jest cała masa. Czy to kalkulator matematyczny potrafiący znacznie więcej niż dodawanie i odejmowanie, czy to bezprzewodowa słuchawka niczym z kultowego filmu Haker, czy to smart zegarek pełny mikroskopijnych notatek udający zwykły czasomierz –  gadżetów jest co niemiara.

Po jakie technologie i rozwiązania sięgają ściągający?

Wbrew pozorom tradycyjne metody ściągania nie odeszły do lamusa, ale towarzyszą im nowe. Studenci wiedzą, że jeden plan A może się nie udać, dlatego przygotowują się na różne ewentualności – planem B pozostaje tradycyjna ściąga. O to, z jakich sprzętów korzystają uczniowie, spytałem przedstawicieli sklepu detektywistycznego Spy Shop, który ma w swojej ofercie „profesjonalne podsłuchy, kamery szpiegowskie, alkomaty, rejestratory jazdy, lokalizatory GPS i inne specjalistyczne urządzenia.”

Nie wszystkie takie gadżety okażą się oczywiście przydane. Z rozmowy z przedstawicielami sklepu dowiedziałem się, że np. długopis UV (który wydaje się na pierwszy rzut oka świetnym uzupełnieniem papierowej ściągi) nie ma w tym kontekście większego sensu. Można stworzyć z wykorzystaniem takiego długopisu niewidoczny w normalnych warunkach napis, ale by go wyświetlić, trzeba oświetlić go specjalną lampą – na egzaminie się to nie sprawdzi. Co innego w przypadku innych urządzeń elektronicznych.

Mała kamerka, która po podłączeniu do smartfona może wysyłać obraz na żywo.
Mała kamerka, która po podłączeniu do smartfona może wysyłać obraz na żywo.

„Żacy korzystają m.in. z mikrosłuchawek i pętli indukcyjnych. Do tego zestawu potrzebują tylko telefonu z włączonym Bluetoothem, aby komunikować się sekretnie z rozmówcą z zewnątrz. Gołym okiem trudno poznać, że student ściąga – mikrosłuchawka jest ukryta w uchu, a pętla indukcyjna z mikrofonem wyłapuje nawet najcichsze dźwięki. Wystarczy ostrożnie szeptać. Uczniowie i studenci w ten sposób uzyskują odpowiedzi na trudne pytania, mogą też streamować egzamin” – mówi nam Krzysztof Rydlak, Specjalista ds. sprzedaży i produktów i doradca w zakresie wyboru sprzętu szpiegowskiego w sklepie Spy Shop.

Strumieniowanie audio to jednak niejedyny sposób, w jaki można uzyskać pomoc z zewnątrz, a popularność zdobywają urządzenia pozwalające na streaming wideo.

„Taka minikamerka jest ukryta np. pod guzikiem w koszuli czy garniturze, a ma także mikrofon. Podłącza się ją do smartfona z wejściem USB OTG. Nie trzeba przy niej dodatkowo manipulować, bo sama dostosowuje np. balans bieli i wzmocnienie kolorów do oświetlenia, aby transmitowany obraz był wyraźny” – kontynuuje Krzysztof Rydlak.

Szkoły i uczelnie mówią: dość!

Jednym ze sposobów radzenia sobie z problemem jest konfiskowanie smartfonów przed wejściem na salę egzaminacyjną. Tylko po co się oszukiwać: jeśli przed wejściem nie postawi się wykrywacza metalu (a i takie pomysły się pojawiają!), to sprytnemu młodzieńcowi łatwo będzie przeszmuglować na egzamin np. zapasowy telefon. To pozwala zrozumieć desperację nauczycieli i wykładowców, którym brakuje narzędzi.

Udało mi się dotrzeć do informacji na temat tego, jak przedstawiciele sektora edukacyjnego próbują walczyć z tym niecnym i często bagatelizowanym procederem.

Ogromnym zainteresowaniem cieszą się jammery GSM.

Takie urządzenia – ku zgrozie nauczycieli i egzaminatorów widzących w nich ostatni ratunek w walce z nieuczciwością – są jednak nielegalne.

Zainteresowało mnie, czy istnieje jakakolwiek techniczna możliwość, by szkoła wymogła na operatorze wyłączenie zasięgu sieci w danym budynku. Takich zgłoszeń nie odnotowano i tak jak się spodziewałem, nie jest to możliwe.

„Szkoły nie są instytucjami biznesowymi czy centrami handlowymi, dlatego też w zdecydowanej większości nie dysponują własną instalacją wewnętrzną. Zasięg sieci komórkowych w budynkach szkół pochodzi na ogół z jednej lub wielu stacji obsługujących dany obszar. Wyłączenie stacji (…) utrudniłoby lub wręcz pozbawiało łączności nie tylko użytkowników znajdujących się w szkole, ale także innych naszych klientów. Z uwagi na to, wyłączanie urządzeń na żądanie np. szkoły nie jest możliwe” – wyjaśnia Biuro Prasowe Orange Polska.

Nie powinno jednak dziwić, że przedstawiciele niektórych szkół próbują obejść brak możliwości wyłączenia oficjalnymi kanałami na własną rękę.

„Przedstawiciele tych placówek zwykle nie mają wielkiego doświadczenia w zakresie wykrywania inwigilacji i najróżniejszych technologii wykorzystywanych współcześnie do ściągania – owocuje to np. chęcią wdrażania rozwiązań, które nie są dopuszczone przez polskie prawo, czyli np. instalowaniem urządzeń zakłócających łączność GSM (zasady używania takiego sprzętu oraz to, kto może to robić, są ściśle regulowane). W takich przypadkach musimy najpierw edukować klienta w kwestii tego, z czego może skorzystać, a z czego nie – a później zaproponować odpowiednie do jego potrzeb (i zgodne z prawem) rozwiązanie” – komentuje Krzysztof Rydlak ze Spy Shop.

Jammery GSM mogą wydać się ciekawym sposobem na walkę ze ściąganiem, bo faktycznie są skuteczne. Czasem nawet aż za bardzo…

„Znane są nam przypadki firm, które stosowały takie urządzenia dla zabezpieczenia spotkań zarządu, wyłączając przy okazji łączność nie tylko w wybranym pomieszczeniu – jak było zamierzone, ale także w połowie dużego budynku i w sąsiedztwie” – czytamy w odpowiedzi Biura Prasowego Orange Polska.

Przestrzegam jednak przed sięganiem po to rozwiązanie, bo operator może to łatwo wykryć.

Udało mi się dowiedzieć, jak to wygląda od strony telekomu. Okazuje się, że wykrycie urządzenia generującego zakłócenia nazywanie szumem jest stosunkowo proste. Operator stale monitoruje sieć i w przypadku takich zagrożeń centrum nadzoru niemal od razu zauważa problem.

„Po wykryciu lokalnej anomalii w funkcjonowaniu sieci (podwyższone interferencje, obserwacja mocy odbieranej na stacji bazowej, statystyki ruchowe i jakościowe oraz inne), na stacje bazową jest wysyłana ekipa techniczna, która sprawdza, czy zidentyfikowany problem nie wynika z awarii urządzeń. Po sprawdzeniu poprawności ich funkcjonowania rozpoczyna się poszukiwanie zewnętrznych źródeł zakłóceń – z użyciem analizatora widma. Po ich wstępnym zlokalizowaniu przygotowywane jest zgłoszenie do UKE, który jako organ odpowiedzialny za przestrzeganie porządku w eterze, przeprowadza kolejne pomiary i lokalizuje źródła zakłóceń, a następnie podejmuje kroki w celu ich usunięcia oraz ukarania, w tym przypadku użytkowników jammera” – wyjaśnia dalej Biuro Prasowe Orange Polska.

Zakłócanie sygnału telefonii komórkowej nie wchodzi w grę, ale to akurat uznaję za dobrą wiadomość. Lepiej na egzaminie przepuścić jedną ściągającą osobę niż pozbawić całą salę oraz najbliższą jej okolicę kontaktu ze światem na wypadek sytuacji awaryjnej.

Jako ciekawostkę można dodać, że operator wykrywa nie tylko jammery GSM, ale też wzmacniacze sygnału. Korzystanie z jakichkolwiek urządzeń, które wypływają na działanie sieci, jest zabronione:

„Zgodnie z Prawem telekomunikacyjnym, każdy, kto bez wymaganego pozwolenia używa urządzenia radiowego nadawczego lub nadawczo-odbiorczego, podlega karze grzywny do 1000 zł” – tak prezentuje się stanowisko Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

Co zamiast jammera GSM? Kamery!

Oprócz wspomnianych wykrywaczy metalu, w salach, gdzie prowadzone są sprawdziany i egzaminy, placówki edukacyjne mogą zdecydować się na zamontowanie ukrytych kamer. Mogą pełnić one dwojaką rolę: poprawiać bezpieczeństwo uczniów i studentów i w porę wykrywać podejrzane zachowania wśród podopiecznych, ale też dawać egzaminatorom szansę na schwytanie cwaniaka na gorącym uczynku bądź przyjrzenia się nagraniu po egzaminie, jeśli niespotykanie wysoki wyniki testu zacząłby budzić wątpliwości.

Kamery cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

Przedstawiciele Spy Shop zdradzili, że w 2016 roku zapytań o takie rozwiązania zanotowano 2-3 razy więcej niż w poprzednich latach.

„Otrzymujemy zapytania od różnych szkół, zarówno podstawowych, jak i ponadgimnazjalnych, ale pamiętajmy, że w przypadku najmłodszych uczniów chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo zarówno na korytarzach szkolnych, jak i w klasach. Tematem monitoringu służącego do wykrywania ściągania interesują się uniwersytety, bo to raczej studenci są najbardziej pomysłowi w tej kwestii, chociaż oczywiście daleko nam do tureckich uczelni, które wpuszczają kandydatów na studia i studentów na sale dopiero po przejściu przez wykrywacze metalu – jak na lotniskach” – zdradza Krzysztof Rydlak ze Spy Shop.

Zamontowanie kamer (widocznych i ukrytych) może zresztą działać na psychikę i mieć charakter prewencyjnych. Świadomość osób egzaminowanych, że obserwuje ich czujne oko kamery (a nie tylko noszący okulary staruszek, jak to często bywa), może zniechęcić mniej odważnych do wyciągnięcia na stół ściągi lub do szperania w telefonie pod ławką. Mimo to montowanie kamer w szkołach, zwłaszcza ukrytych, budzi oczywiście wiele wątpliwości – kto w końcu chciałby być stale w oku wielkiego brata…

By uzyskać pełniejszy obraz sytuacji, przedstawiam komentarz do sprawy monitoringu przedstawiciela sektora edukacyjnego.

„Decydując się na założenie monitoringu w naszej szkole, kierowaliśmy się przede wszystkim szeroko rozumianymi względami bezpieczeństwa. Kamery rejestrują nie tylko zachowanie naszych uczniów podczas przerw, w salach lekcyjnych czy na ważnych egzaminach, ale także monitorują wejście do szkoły, pozwalając wykryć niepowołane osoby wchodzące na teren placówki” – rozpoczyna swoją wypowiedź dyrektor liceum ogólnokształcącego z południa Polski, który pragnął pozostać anonimowy.

Wprowadzenie monitoringu w tej szkole nie odbyło się bez dogłębnego przemyślenia sprawy. W dyskusji na ten temat wzięli udział nauczyciele oraz rada rodziców. Wspólnie uznali, że wprowadzenie monitoringu może pomóc nie tyle w odkrywaniu sprawców czynów zabronionych na terenie szkoły, co w zapobieganiu występowania zjawisk przemocy, wandalizmu oraz ściąganiu.

Zamontowanie kamer w szkole okazało się bardzo dobrym krokiem.

Szkoła poinformowała uczniów o obecności kamer, a w regulaminie wyszczególniono, w jakich sytuacjach dostęp do nagrań będą mogli uzyskać rodzice. Licealiści z początku komentowali obecność kamer, ale szybko się do ich obecności przyzwyczaili. Sytuacja w szkole jednak wyraźnie się poprawiła.

„Co ważne, odkąd w naszej placówce założyliśmy kamery przy szafkach, nie odnotowaliśmy żadnej kradzieży czy też zniszczenia mienia, co wcześniej się zdarzało. Trzeba pamiętać, że system monitoringu w szkole to pewnego rodzaju system dyscyplinowania i kontroli, „czujne oko” kamery i świadomość tego, że każde przewinienie będzie można bez problemu zweryfikować.

 

Zmieniło się podejście samych rodziców, którzy często przyjmują postawę roszczeniową, żarliwie broniąc swojego potomka w każdej sytuacji, niezależnie od tego, czy dziecko jest winne, czy niewinne. W takich trudnych sytuacjach, gdy rodzic bardziej wierzy słowu pociechy, która stanowczo wypiera się przewinienia – nagrania z monitoringu pozwalają szybko wyjaśnić sprawę. W tym kontekście nagranie staje się swoistym „dowodem zbrodni”, potwierdzeniem słów np. dyżurującego nauczyciela, kilkukrotnie zwracającego uwagę rozbrykanemu uczniowi” – podsumowuje dyrektor.

Najważniejsza jest w tym wszystkim synergia różnych rozwiązań, a przedstawiciele Spy Shop zauważają, że nie ma jednego konkretnego modelu wdrożenia.

Tak naprawdę w celu przeciwdziałania ściąganiu trzeba zdecydować się na połączenie kilku różnych rozwiązań. Nie chodzi o to, by wykrywać próby wykorzystania takich urządzeń, a skutecznie zniechęcać uczestników sprawdzianu przed skorzystaniem z nich. W przypadku monitoringu podkreślane jest to, że może on mieć też inne zastosowania niż przeciwdziałanie ściąganiu.

„Swego czasu zgłosił się do nas np. nauczyciel, który był nękany przez swoich podopiecznych (niewiele młodszych od niego) i który za pomocą ukrytej kamery zdobył nagrania pozwalające na podjęcie wobec uczniów stosownych kroków prawnych.

 

Montowaliśmy też kamerę w sali katechetycznej w pewnym mieście na północy Polski – posłużyła władzom szkoły do zweryfikowania doniesień uczniów dotyczących stosowania kar cielesnych przez nauczyciela. Czasami zdarza się też, że z nietypowymi zleceniami „okołoszkolnymi” zgłaszają się do nas sami rodzicie, chcący sprawdzić, czy ich dzieciom nie dzieje się krzywda w szkole lub przedszkolu – chowając np. dyktafon w plecaku” – wspomina Krzysztof Rydlak ze Spy Shop.

Ściąganie to nie tylko problem placówek oświaty.

Warto sobie uświadomić, że społeczne przyzwolenie na ściąganie od najmłodszych lat może mieć fatalne skutki. Inaczej patrzy się na gimnazjalistę, który ściąga, bo nie przeczytał szkolnej lektury, a inaczej na studenta medycyny, który zdaje egzaminy tylko dzięki ściągom i elektronicznym gadżetom, a potem może zostać lekarzem pierwszego kontaktu w naszej przychodni.

Problem ściągania kojarzy się przede wszystkim z uczniami i studentami, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Z podobnymi problemami borykają się instytucje przeprowadzające egzaminy państwowe. Okazuje się, że organizatorzy takich testów też muszą się mierzyć z cwaniakami, którzy chcieliby uzyskać najróżniejsze certyfikaty z pominięciem ciężkiej pracy i nauki.

„Jeśli chodzi o systemy blokujące próby ściągania czy oszukiwania na testach/egzaminach, to coraz częściej trafiają do nas zapytania nie tylko ze szkół, ale również np. z instytucji odpowiedzialnych za przeprowadzanie egzaminów zawodowych” – dodaje Krzysztof Rydlak ze Spy Shop.

Ściąganie a prawo – co grozi za oszustwo na egzaminie?

Przedstawiciele placówek oświaty walczą ze ściąganiem, bo stoi to w sprzeczności z normami etycznymi. Pod względem prawnym jednak nie jest to w Polsce uregulowane tak, by pociągnąć ucznia lub studenta do odpowiedzialności prawnej za oszukiwanie na sprawdzianie.

„Ustawodawcy na całym świecie bardzo różnie podchodzą do kwestii ściągania. W niektórych krajach taka sytuacja jest uregulowana kodeksowo, a w przypadku starszych uczniów – na przykład studentów – grozić może wyrzuceniem ze szkoły czy nawet pobytem w więzieniu. W większości państw z naszego kręgu kulturowego ściąganie nie jest jednak zdefiniowane na szczeblu ustawowym. W tym gronie znajduje się też Polska” – mówi nam Jakub Kralka, szef działu prawnego w serwisie Bezprawnik.pl.

Nie oznacza to, że uczniowe nie poniosą żadnych konsekwencji. Ściągając na sprawdzianie, mogą łamać regulamin placówki, w którym mogą być wyszczególnione konsekwencje takich działań.

„Pomimo braku odgórnych zasad, instytucja zajmująca się oświatą może próbować uregulować tego typu zagadnienie w swoich własnych regulaminach. I rzeczywiście – lektura kilku przypadkowo wybranych regulaminów szkół pozwala dostrzec, że wśród różnych norm porządkowych, których powinni przestrzegać uczniowie, znajduje się też zakaz ściągania. Regulaminy przewidują takie konsekwencje jak udzielenie nagany przez dyrektora, przeniesienie do innej klasy, wręczenie uczniowi „listu wychowawczego”, wykluczenie z możliwości reprezentowania szkoły w konkursach czy nawet skreślenie go z listy uczniów. Praktyka pokazuje jednak, że tego typu nieprzyjemności powiązane są z bardziej niestandardowym przejawem złego zachowania ze strony ucznia, niż tylko ściąganie. Należy jednak pamiętać, że również w szkole klasówki cieszą się różną wagą i autorytetem.

 

Sprawdzianami zupełnie innej wagi, niż te standardowe, są te o doniosłości państwowej – na przykład matura. W dyskusji prawników i środowisk związanych z oświatą można znaleźć pogląd (acz nie jest on stanowczo wyrażany), że ściąganie na maturze może wypełniać znamiona czynu zabronionego przez art. 272 Kodeksu karnego, poprzez poświadczenie nieprawdy przez podstępne wprowadzenie w błąd funkcjonariusza publicznego lub innej osoby upoważnionej do wystawienia dokumentu (co podlega karze pozbawienia wolności do lat 3)” – precyzuje Jakub Kralka.

Niewiele osób zdaje sobie przy tym sprawę, że nie tylko osoba ściągająca może narobić sobie kłopotów.

Odpowiedzialność prawna spoczywa również na ich pomocnikach. Warto o tym pamiętać, gdy znajomy poprosi, by usiąść przy komputerze ze słuchawką w uchu i pomóc mu podczas sprawdzianu lub przyjść na egzamin na studiach w jego imieniu.

Dla takich osób konsekwencją może być nawet odpowiedzialność karna, w przypadku na przykład przyjścia w czyimś imieniu na egzamin (popularny kazus bliźniąt) legitymując się jego dowodem osobistym albo też pomagając mu w zdaniu matury za pośrednictwem systemu teleinformatycznego – poprzez łączność Bluetooth czy krótkofalówkę.

Jakie mogą być konsekwencje ściągania na egzaminie?

W praktyce uczeń lub student przyłapany na ściąganiu może zostać potraktowany przez dydaktyka na wiele sposobów. To, czy zostanie usunięty z sali, czy wyłącznie zmuszony do oddania pracy przed czasem, zależy od pedagoga. Sprawdźmy jednak, jak wygląda to od strony prawnej w zależności od typu egzaminu i od momentu wykrycia nieprawidłowości:

„Obecnie częściowo zawarte w ustawie o systemie oświaty z 1991 roku, ale przez lata wyznaczające zasady organizowania m.in. egzaminów o charakterze państwowym rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 30 kwietnia 2007 r. w sprawie warunków i sposobu oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów i słuchaczy oraz przeprowadzania sprawdzianów i egzaminów w szkołach publicznych, dość precyzyjnie określało, co należy zrobić z uczniem przyłapanym na ściąganiu, wytyczając tym samym pewną praktykę (ale stosowaną tylko w egzaminach o szczególnej doniosłości). Przewodniczący szkolnego zespołu egzaminacyjnego przerywał egzamin ucznia i unieważniał go w całości lub w części.

 

Jeżeli uczeń na ściąganiu zostanie „przyłapany” na etapie sprawdzania takich prac, dyrektor komisji egzaminacyjnej ma możliwość unieważnienia sprawdzianu lub jego części. Polska zna takie przypadki, gdy okazywało się, że cała grupa maturzystów nagle popełniła dokładnie te same błędy na maturze z matematyki. O ile uczniowie podstawówek i gimnazjów mogli ponownie przystąpić do egzaminu latem, maturzystom wpisywano wynik 0%. „Polskie prawo nie traktuje ściągania pobłażliwie, o czym świadczy surowość, z jaką traktuje ściągających na egzaminach o największym prestiżu (choć i tak daleka od poglądów prezentowanych w tej materii przez Azjatów), jednak na co dzień pozostawia kwestię rozwiązania tego problemu dyrektorom poszczególnych placówek oświatowych” – podsumowuje Jakub Kralka.

Nie ma co się łudzić – problem ściągania nie zniknie.

Ściąganie to oszustwo i powinno się takie zachowania piętnować, ale póki będą uczniowie, póty będą próbować ułatwić sobie życie. To jest wpisane w ludzką naturę. Warto z tym walczyć, ale też nie za wszelką cenę. Warto też pomyśleć nad tym, czy ściągania… nie zalegalizować. Brzmi jak herezja?

Niekoniecznie. Czasy się zmieniły, a dostęp do internetu mamy na wyciągnięcie ręki. Zaraz pojawią się wirtualni asystenci – w formie klipsa wkładanego w ucho lub chipa wszczepianego w głowę – obecni z nami cały czas. Zalążki sztucznych inteligencji w chmurze już dziś próbują z nami rozmawiać.

Jeśli już teraz dostęp do internetu mamy niemal cały czas, to czy odcinanie od niego egzaminowanych uczniów lub studentów nie jest jak wkładanie patyka między szprychy rowerzyście? W prawdziwym życiu, do którego przygotowuje ich nauka, i tak praktycznie zawsze dostęp do sieci będą mieć.

Może zamiast kazać uczyć się na pamięć, lepiej uczyć zdobywać wiedzę na bieżąco, a problem ściągania rozwiąże się wtedy sam? To kusząca wizja, która może nie sprawdzi się w każdym przypadku – o czym możemy podyskutować w komentarzach.

Advertisement