Dziwne reklamy prowadzące do jeszcze dziwniejszych stron. Tak się robi duże pieniądze

268 interakcji Karol Kopańko / 04.07.2017

Widział je każdy, choć nikt ich sobie nie życzył. Nikt nie chce się pod nimi podpisywać, choć są efektem godzin pracy. Nieliczni zbijają na nich prawdziwe fortuny, ale większość z nas może dzięki nim co najwyżej stracić pieniądze. Jak działają najdziwniejsze i najbardziej znienawidzone reklamy dziwnych usług i towarów? 

Góra pieniędzy stale rośnie

W Stanach Zjednoczonych każdego roku sprzedawanych jest ok. 121 mld puszek z jedzeniem i napojami. Zwykle nie traktujemy ich jako potencjalnego zagrożenia, ale przecież mogą zawierać niebezpieczne patogeny. Jednak nie śledziliśmy procesu ich powstania, ponieważ mamy zaufanie do producenta, że nie będzie chciał nas otruć.

Statystyka również stoi po naszej stronie. Średnio tylko jedna z tych 121 mld puszek zawiera jad kiełbasiany. To mniej niż 0,00000000001 proc. Rynek jedzenia jest więc niesłychanie bezpieczny, zwłaszcza kiedy zestawimy go… z internetowym rynkiem reklamowym.

Tu od 3 do 37 proc. reklam jest oglądana nie przez ludzi, a przez boty, co oznacza, że pieniądze reklamodawców idą w błoto, a oni sami są oszukiwani. To tylko wierzchołek góry lodowej, pod którym kryją się szkodliwe reklamy naciągaczy, kreacje śledzące użytkowników czy agresywnie ingerujące w doświadczenie surfowania po sieci.

Powyższego porównania internetowego rynku reklamowego do rynku zapuszkowanego jedzenia użył Randall Rothenberg, szef IAB (Związek Pracodawców Branży Internetowej). Jest on świadom braku standaryzacji i niebezpieczeństw, jakie czyhają na użytkowników internetu, czyli miejsca, gdzie rządzi chęć wstawienia jak najtańszego billboardu i błyśnięcia w oczy czerwonym guzikiem z napisem ”okazja kończy się za pięć minut”.

Reklama w internecie to młoda, ale bardzo szybko rozwijająca się branża. W tym roku na świecie wydatki reklamowe online będą wyższe niż wydatki na reklamę w telewizji. Zysk firmy Google z reklam rośnie w tempie 20 proc. rok do roku, a Facebooka nawet ponad 60 proc. Ale poza tymi dwoma gigantami reklamy są jeszcze mniejsi gracze, którzy starają się uszczknąć dla siebie porcję stale puchnącego tortu.

Zajrzyjmy do polskiego ogródka

Przegląd sportowy i o2 to jedne z największych serwisów w swoich kategoriach, notujące miesięcznie dziesiątki milionów odwiedzin. Pierwszy należy do Onetu, a drugi do Wirtualnej Polski. Niestety, pobieżny przegląd wystarczy, aby przekonać się, jak bardzo obie strony cenią swoich czytelników.

„Trik na pensję prezesów banków” – reklama w o2
„Antidotum na słabe branie” – reklama w Przeglądzie Sportowym

Najgorsze internetowe zwyczaje w reklamie wciąż żywe, czyli „ściągnijmy do siebie internautów i zadbajmy, aby reklamy zdążyły się załadować, zanim uciekną gdzie pieprz rośnie”.

Reklamy są tak dziwnie zachęcające, że nie możemy sobie odmówić, aby nie sprawdzić, co się za nimi kryje. Jesteśmy już zbyt doświadczeni, aby złapać się na nigeryjskiego księcia z fortuną do rozdania, ale jeśli suplementy polecają największe polskie portale, to o przekręcie nie może być mowy, prawda?

Jaki działają reklamy „Lekarze go nienawidzą”?

Dziś Tomek – mój informator – nie pracuje już w branży, ale reklamował „1 dziwny trik” przez kilka lat. W końcu, gdy dorobił się niemałych pieniędzy, ruszyło go sumienie.

Kiedy dostaliśmy zlecenie na leki na nadciśnienie, które nie do końca działały w reklamowany sposób, poczułem się źle. Zrezygnowałem, bo nie mogłem sobie wytłumaczyć narażania ludzi na bubel, który mógłby ich kosztować życie – mówi Tomek, z którym umówiłem się na rozmowę.

Wszelkie preparaty na odchudzanie w kwadrans, likwidowanie rozstępów sokiem z buraka czy poprawianie libido okładami z kozłka lekarskiego mają podobny model działania.

Najpierw inwestor, czyli pan z obfitym portfelem, który jest zbyt sprytny, aby odkładać pieniądze na dwuprocentowej lokacie w banku, kontaktuje się z producentem leków. Ten posiada fabryki, gdzie najczęściej powstają najnormalniejsze specyfiki, które można kupić w każdej aptece. Czasami producent chce jednak dorobić na niestandardowym zleceniu.

Jednocześnie inwestor udaje się też do agencji reklamowej, której zadaniem będzie wypromowanie powstającego produktu. Agencja kupuje w sieci tani ruch, np. po 2 zł za 1000 wyświetleń i dogaduje się z inwestorem, że za każdy sprzedany produkt dostaje prowizję.

„Grunt, aby te 1000 osób kupiło produkty za więcej niż 2 zł. Najczęściej nie ma z tym problemu.”

Przy odrobinie sprytu z jednej sprzedaży uzyskiwałem nawet 200 zł, co tygodniowo dawało mi 30 tys. zł przychodu. Przemiał był ogromny, bo miesięcznie na reklamy wydawałem 10 mln zł – mówi Tomek.

Skąd Tomek ściągał do siebie ludzi?

Najczęściej dogadywaliśmy się bezpośrednio z domami mediowymi, które obsługiwały duże kampanie np. na portalach. Rzadziej zaopatrywaliśmy się w ruch na aukcjach, ale czasem zdarzyło się też kupić bazę mailingową i wysyłać wiadomości – odpowiada.

Tomek nie korzystał z systemu reklamowego Google AdWords. Tam w kilka chwil pożegnałby się z kampanią. Tylko w 2016 roku Google zbanował 68 mln reklam, które narażały zdrowie internautów i 17 mln reklam hazardu. W tym samym czasie administratorom usługi udało się zainicjować różne działania w stosunku do 47 tys. stron promujących suplementy na utratę wagi i 15 tys. stron instalujących malware.

W Stanach Zjednoczonych na tym polu działa także Federalna Komisja Handlu. Już w 2011 roku  wytoczyła ona 10 pozwów za podszywanie się pod witryny informacyjne i reklamowanie specyfików o nieudowodnionych właściwościach.

 „ONI nie chcą abyś wiedział”

Miejsce na portalu (tzw. placement) było już zapewnione, ale pozostawał jeszcze problem nakłonienia ludzi do klikania w reklamę. Jak stworzyć obrazek i tekst na tyle zagadkowe, aby ludzie nie mogli się im oprzeć? I dlaczego wszystkie te reklamy wyglądają jak rysunek dziecka wykonany w Paincie?

Im brzydziej, tym lepiej. Im dziwniejsze obrazki (np. meduza na głowie i tekst: „niesamowita metoda na odmłodzenie odkryta”) tym więcej osób w to klika. Ludzie chcą wierzyć w tego typu cuda na kiju – opisuje Tomek, który obrazków szukał wpisując „wired, pumped” w Google. – Reklam kupowaliśmy tyle, że dochodziło do 10 mln klików miesięcznie. Konwersja wahała się w przedziale od 1 do 6 proc. – dodaje.

Wielu reklamodawców o takim wyniku może jedynie pomarzyć.

Średni CTR w sieci reklamowej optAd360 w czerwcu wyniósł 0,23 proc., podczas gdy średni rynkowy CTR dla tradycyjnie realizowanych kampanii wynosił od 0,03 do 0,05 proc. – mówi Jakub Szczepankowski, współzałożyciel i zarządzający rozwojem biznesu w optAd360.

Praca Tomka była ciągłą optymalizacją, czyli sprawdzaniem, na co ludzie najczęściej się nabierają.

Kupujesz powierzchnię, która pasuje do twojej grupy docelowej, czyli np. tabletki na odchudzanie na portalu dla kobiet, a tabletki na przyrost masy mięśniowej na portalu dla mężczyzn. Tworzysz 20 reklam i wrzucasz je wszystkie, aby na zmianę pokazywały się ludziom. Na koniec dnia sprawdzasz, w którą klikano najczęściej – zdradza Tomek. – Lepiej mieć 10 tys. wejść i 10 proc. sprzedaży, niż 50 tys. wejść i 2 proc. sprzedaży – dodaje.

 

Bełkot i festiwal kopiowania

Przepis na sukces w tym biznesie to tani ruch, przyciągająca reklama i efektowna strona produktu (tzw. landing page). Przyjrzyjmy się więc landing page’om, na które prowadzą reklamy z Przeglądu Sportowego i o2.

Czy ta strona nie przypomina wam jakiejś innej strony szeroko szanowanego magazynu?

Strona The Wallet Magazine jest podobna do WSJ

Zgadliście, to w dużej mierze kopia The Wall Street Journal.

Tak wygląda oryginał, czyli The Wall Street Journal

Po co kopiować czyjąś stronę?

Po pierwsze – dla pozyskania wiarygodności. Ludzie myślą „gdzieś widziałem już ten serwis, chyba warto mu zaufać”. Po drugie – z lenistwa. Skoro można skopiować gotową stronę, to dlaczego jej nie ukraść? Są do tego nawet specjalne programy, które mają w bazie tysiące stron nieprzypadkowo podobnych do istniejących serwisów.

Kradzież i klonowanie stron były powszechne. Pobierało się stronę, wstawiając swoje logo, zmieniało się teksty i dodawało artykuł na temat produktu, który się reklamowało. Często można było spotkać 10 takich samych stron ze zmienionym logo. Każdy od każdego brał co się dało. Wynikało to z tego, że jeżeli ktoś coś zrobił, to musiał wpaść na coś, co konwertowało, więc testowało się wszystko – opowiada Tomek.

Jednym ze sposobów zabezpieczenia się przed kradzieżą jest tzw. cloaking, czyli pokazywanie użytkownikom o wybranej charakterystyce innej wersji strony. Jeśli np. wiemy, że ktoś, kto ukradł nam stronę, pochodzi z Mołdawii, możemy wszystkim adresom IP z tego kraju pokazywać najnowszy odcinek Teletubisiów i nie dać im szansy zapisu do programu gwarantującego zyski 15 tys. zł na miesiąc.

Cloaking jest wykorzystywany także do mylenia administratorów Facebooka czy Google’a, którzy nie pozwalają na takiego typu reklamy. Jeśli chcemy pozyskiwać ruch ze Stron na Facebooku, musimy się liczyć z tym, że Zuckerberg i spółka sprawdzą, gdzie zabieramy użytkowników. Wówczas osobom starającym się wejść na stronę z adresów IP blisko siedzib Facebooka można pokazać stronę ze śmiesznymi kotkami, przez którą stracą najwyżej kilka minut, a nie zdrowie.

Następnie strona zamienia się w ściek manipulacji, kłamstw i bzdur.

Uśmiechający się do nas z lewej strony Pan Krzysztof Drzewiecki „twórca algorytmu”, to model ze stocka ze zdjęciami. Wyskakuje jako jedna z pierwszych pozycji na hasło „middleage”.

Opracował je Krzysztof Drzewiecki – 39-letni doktor nauk ekonomicznych i prawnych oraz doradca biznesowy jednego z największych szwajcarskich banków inwestycyjnych. Arkadiusz połączył nagrodzone Noblem w 2006 roku odkrycia trzech ekonomistów: Joshua Blank, Graham Maxwell i John Holland ze swoim własnych, 15-letnim doświadczeniem w pomnażaniu gotówki – czytamy na stronie.

Twórca strony nie mógł się zdecydować, kto jest autorem „algorytmu, który pomoże ci zgromadzić 156 tysięcy złotych po zaledwie 6 miesiącach lekkiej i przyjemnej pracy po godzinach” – Krzysztof, czy Arkadiusz.

Dodatkowo, choć nauka zna nazwiska wymieniane po dwukropku, to należą one do prawnika, teologa i psychologa, którzy w 2006 roku byli tak daleko od dostania nagrody Nobla z ekonomii, jak autor strony od czystej moralności.

Dalej mamy „jazdę obowiązkową” wśród tego typu stron, która jest oparta o techniki programowania neurolingwistycznego:

Wytworzenie wrażenia niedostatku – wszelkie hasła „promocja skończy się za pięć minut”, „to twoja ostatnia szansa”.

Kup, bo „promocja kończy się dzisiaj”

Dowód społeczny – miliony zadowolonych konsumentów nie mogą się mylić, prawda?

Janek Mikruta mówi, że metoda działa…

Ciągłe zakupy, ciągłe zyski – na stronie cały czas pojawiają dymki o tym, ile udało się zarobić Grażynie z Zabrza („bez wychodzenia z domu”) albo że do platformy dołączył właśnie Janusz z Sosnowca.

Liczby i kwoty, które działają na wyobraźnię

Oczywiście algorytmy dopasowują się do lokalizacji osoby odwiedzającej stronę, więc będąc w Niemczech prawdopodobnie zobaczymy Helmuta z Berlina, który przeciętnie co trzy minuty włącza się do programu.

Bezpieczeństwo – każda transakcja zabezpieczona jest kryptograficznie, szyfrem Cezara, szachownicą Polibiusza i Enigmą.

Informacje o zabezpieczeniach i wszelakich cudownościach z powyższych reklam można niestety włożyć między bajki:

Reklamy nie miały pokrycia w rzeczywistości. Pisało się chwytliwe hasełka, aby przyciągnąć jak najwięcej osób do fejkowego artykułu. Im więcej weszło, tym więcej kupiło i biznes się kręcił – podsumowuje Tomek.

Co zyskują cyber-naciągacze?

Sposobów na monetyzację jest kilka:

Generacja leadów – odwiedzający stronę zostawiają swoje dane kontaktowe, które później niejednokrotnie będą wykorzystywane w działaniach marketingowych.

Podaj dane i czekaj na kontakt

Instalacje aplikacji – jeśli internauci będą mieli szczęście, aplikacja nie ściągnie im żadnego dodatkowego malware’u.

Subskrypcje – pierwszą rzecz można dostać za darmo, ale w regulaminie jest zapis, że do naszych drzwi co miesiąc będzie pukał kurier ze świeżą dostawą, tym razem ekstra płatną.

Pierwsza sztuka za darmo

Pin Submits – w zamian za obciążenie konta bankowego albo rachunku telefonicznego u operatora, odwiedzający stronę mogą dostać np. aplikację „sprzątającą telefon” albo film dla widzów pełnoletnich z udziałem aktorki, z którą wcześniej czatowaliśmy, a przynajmniej tak ma się nam wydawać.

Pobierz aplikację, aby chronić telefon

*źródło powyższych grafik: charlesngo.com

Zaczynają się schody

Mamy już wszystkie klocki potrzebne do naciągania ludzi zbudowania efektywnej kampanii. Puszczamy ją w ruch i optymalizujemy. Jeśli mamy do sprzedania specyfik na odchudzanie i widzimy, że najlepiej konwertuje obrazek dziewczyny z kawałkiem sera na twarzy (historia prawdziwa), to zostawiamy tylko ten.

Podobnie ze stronami docelowymi. Jeśli strona z wyglądu przypominająca Wyborczą, a działa lepiej, niż zrzynka z Rzeczpospolitej, to zostaje tylko ta pierwsza. Szybciej podjęta decyzja to więcej pieniędzy na koncie.

W końcu kampania musi się jednak skończyć. Pojawiają się niezadowoleni klienci – sugerują, że nie zapisywali się do żadnych klubów, a jedynie chcieli dostać niesamowity atraktor na ryby. Zwrot pieniędzy wśród niezadowolonych klientów to najczęściej bujda na resorach. Nie inaczej jest ze wsparciem klienta.

Po jednej fali produktów przychodzi następna. Czasami zmienia się tylko banderolę, a czasami przychodzi zupełnie nowy produkt. I tak przez kwartał testuje się „lek” na chudnięcie, potem przez kwartał na zmarszczki i na koniec jeszcze przez kwartał na masę – mówi Tomek.

Przez kilka lat nie przeszkadzało Tomkowi, że wykorzystując techniki manipulacji wciskał ludziom rzeczy, które były zbyt piękne, aby okazać się prawdziwe. Sprzedawał marzenia szybkiego zysku i boskiego ciała w pakiecie z twardym lądowaniem w zderzeniu z rzeczywistością. Nie ma dróg na skróty.

Użytkownicy są sobie sami winni i nie powinni zrzucać odpowiedzialności na reklamodawców i wydawców. To oni kliknęli w reklamę „cudownego środka” i dokonali zakupu – nikt ich do tego nie zmuszał. A gdzie takie reklamy hulają? Najczęściej na stronach, które obiecują, że dostarczą coś za darmo, podczas gdy inni muszą płacić; np. na stronach z materiałami pirackimi – mówi w rozmowie ze Spider’s Web Jakub Szczepankowski.

Reklamy „Lekarze ich nienawidzą” świetnie łączą się z rzeczywistością, w której żyjemy. Wolimy nie słuchać lekarzy i nie szczepić dzieci, nie słuchać ekonomistów i budować państwo opiekuńcze na kredyt przyszłych pokoleń, nie słuchać biologów i zakazywać GMO. Wolimy, jak małe dzieci, oczekiwać na gwiazdkę z nieba i świętego Mikołaja, który z worka wyciągnie prezent i rozwieje wszystkie smutki oraz problemy.

Takie reklamy mają swoich jasnych adresatów – osoby otyłe, które nie mogą poradzić sobie z nadwagą, wiecznych chudzielców, którzy na siłowni machają wciąż pięciokilowym hantelkiem, mężczyzn, którzy nie radzą sobie z kobietami i kobiet, które nie radzą sobie ze starzeniem.

Sprzedawanie takich produktów nie jest nielegalne, ale prawo i moralność to często dwie różne rzeczy.

Właśnie w ten sam sposób swój biznes rozkręcał pewien znany (młody) biznesman, który oszczędzał na drożdżówkach. Piotr Kaszubski reklamował nie tylko produkty na odchudzanie, ale również na usuwanie żylaków i wybielanie zębów. Żaden z nich nie miał prawa działać. Dlaczego? Choćby dlatego, że produkt na żylaki był zarejestrowany jako kosmetyk, czyli działał na naskórek, a tam nikt z nas nie ma żył.

Dziś Kaszubski w areszcie oczekuje na proces.

Mistrzowie arbitrażu

Kupno ruchu w internecie jest standardem. Codziennie miliony, jeśli nie miliardy kliknięć przechodzą przez największe sieci reklamowe świata i większość z nich nie powinna budzić naszych podejrzeń. Niektóre strony, jak np. Spider’s Web, część swoich przychodów opierają o odwiedziny internautów, którym można pokazać reklamy w zamian za otrzymanie darmowych treści.

Część stron podobnych do naszej godzi się jednak na odstąpienie ruchu reklamodawcom. Robi tak m.in. Business Insider. Zobaczcie tylko na sekcje, które kończą każdy z artykułów. „Recommended from the Web” to po prostu reklamy. Nie przez przypadek wyglądają one identycznie jak kolejna sekcja “Recommemded For You”, która zawiera już tylko odnośniki do następnych artykułów.

Dzięki temu część ludzi głodnych treści Business Insidera kliknie reklamę, wcale nie wiedząc, że to treść sponsorowana. Specjalizują się w tym firmy takie jak Taboola czy Outbrain, które przerzucają ruch pomiędzy stronami. Jak widać na powyższym obrazku, są to np. metody nauczania języków w trzy tygodnie. Nierealne? W tym wypadku metoda nauczania jest akurat oparta na nauce, więc oprócz clickbaitów i dziwnych obrazków ze wzbudzającymi uwagę podpisami („Dlaczego córka Trumpa tak wygląda?”) nie ma się do czego przyczepić.

Taki ruch nie należy jednak do tanich, a w internecie chodzi o dojście do tzw. arbitrażu.

Arbitraż to osiągnięcie sytuacji, w której za kampanię ściągającą ruch płacimy mniej, niż za reklamy, które zobaczą przyciągnięci ludzie.

Brzmi jak perpetuum mobile? Niestety nie jest tak różowo, gdyż maszynę trzeba smarować. Innymi słowy: kampania wymaga nieustannej optymalizacji. Chętni szybkich zysków potrafią jednak zadziwić swoją kreatywnością samego MacGyvera. Jakub Szczepankowski jedną z takich propozycji „nie do odrzucenia” otrzymał z Ukrainy.

Ukraiński serwis chciał z nami współpracować. Bardzo zdziwiło nas, że większość jego ruchu pochodziła z Argentyny, choć nie było tam nic po hiszpańsku. Okazało się, że Ukraińcy kupowali ruch z błędnie wpisanych domen i przekierowywali go do siebie. Użytkownicy mogli być źli, że trafiają na dziwną stronę, ale przeważnie zanim zdążyli ją zamknąć reklamy, zdążały się już wyświetlić. Co ciekawe użytkownicy bardzo często klikali w ich reklamy. I to nie był przypadek – wspomina.

Wyobraźcie sobie, że trafiacie na arabską stronę, a jedyne co rozumiecie, to reklamy. Polskie reklamy. Jasne, że wasze oczy nie powędrują w kierunku „szlaczków”, a ojczystego języka. Można sobie tylko wyobrażać, że konwersja z takich reklam była rekordowa.

Ruch domenowy

Ruch z błędnie wpisanych domen, o którym wspomina Jakub, to kolejny sposób pozyskiwania ruchu. Załóżmy, że po skorzystaniu z „jednego tricku” – „afrodyzjaku przyciągającego dziewczyny z sąsiedztwa”, musicie wykupić bardzo drogi lek, ale na koncie świecą pustki. Decydujecie się więc na pożyczkę.

Niestety afrodyzjak zaatakował wasze oczy i ledwo na nie widzicie, co powoduje, że zamiast vivus.pl, wpisujecie vibus.pl. Prawie to samo, ale prawie robi wielką różnicę. Przecieracie zaszłe mgłą oczy ze zdumienia, bo pomimo wpisania błędnego adresu udaje się wam trafić na stronę pożyczkodawcy. Jak to się stało?

Odpowiedź leży w linku afiliacyjnym, który widnieje w pasku adresu: „?utm_medium= affiliate&utm_source= doaffiliate&utm_campaign= doaffiliate”.

Oznacza on, że Vivus korzysta z usług sieci afiliacyjnej doAffiliate, w której zaparkowana została domena vibus.pl. Ktoś, kto przeczuwał, że polska firma może chcieć skorzystać z takiego adresu, kupił ją zawczasu i teraz liczy ogromne zyski. Te idą bowiem w miliony.

Takich ludzi nazywa się po angielsku domainerami. Z jednym z nich, który wolałby zachować anonimowość, udało mi się porozmawiać:

Zyski z domen można czerpać na dwa sposoby. Kupujesz je hurtem – najpierw 200 domen i liczysz na szczęście, że właściciel podobnej domeny, na której np. ma firmę, będzie chciał ją odkupić, aby jego użytkownicy nie czuli się niepewnie przez dziwne przekierowania. Jeśli taki ktoś się nie pojawia, to parkujesz domenę w sieci reklamowej i zarabiasz mniejsze pieniądze za przekierowania, bo dziennie liczba błędnie wpisanych adresów w skali całego świata idzie w miliardy – słyszę od domainera.

Jest jeszcze trzeci, niezależny sposób, który w przeszłości stosował bohater mojego niedawnego artykułu. Jeden z najmłodszych polskich milionerów, który przebojem wdarł się do rankingu najbogatszych, a obecnie szefuje drugiej najszybciej rosnącej firmie w regionie.

Powitajmy Roberta Gryna

Jest on właścicielem największej platformy handlującej ruchem w internecie, przez którą przepływa miesięcznie 250 mld klików z różnych źródeł. Sam rynek pop-upów (wyskakujących okienek), o który walczy, ma być wart aż 5 mld dol. Nie zawsze jednak tak było.

Od lewej: Robert Gryn (Codewise), Karol Kopańko (Spider’s Web)

O początkach biznesu i obecnych zarobkach Codewise rozmawiam z osobą z jego otoczenia, która z obawy przed jakimikolwiek nieprzyjemnymi reperkusjami poprosiła o utajnienie tożsamości.

Robert pierwszych pieniędzy dorobił się na domenach. Miał swoje portfolio, które monetyzował, pokazując ludziom reklamy typu „wygrałeś iPada” – mówi mój informator. – Gryn uczył się sztuki naciągania od firmy, w której pracował w Czechach, jeszcze przed Codewise – ElephantTraffic. To od nich skopiował pierwsze strony produktowe, informujące o wygranej, które przetłumaczył na dziesiątki języków świata i dostosował do grup tematycznych, czyli np. użytkowników Facebooka.

 

Następnie skupował ruch i za każdego „zwycięzcę”, który zapisywał się nieświadomie do kampanii SMS premium, dostawał kilka dolarów. Skala jego samodzielnej działalności była ogromna, bo zarabiał dziesiątki tysięcy dolarów miesięcznie, obracając pieniędzmi, które dostał od ojca (ojciec Roberta Gryna, Jerzy Gryń, w 1995 roku został szefem polskiego oddziału Ericssona – przyp.red.).

 

Robert kupował ruch za 300-500 tys. dolarów miesięcznie, robiąc na nim 20-25 proc. na czysto. Inspirował się przy tym zamkniętym forum marketerów afiliacyjnych StackThatMoney, gdzie zawsze chciał zabłysnąć. Forum stało się jego całym życiem, bo byli tam jego główni klienci. Z czasem z aspirującego afilianta stał się głównym dostawcą technologii i ruchu do ludzi z STM, które obecnie zapewnia mu doskonały wzrost i gigantyczne zyski. Do niedawna nikt się nimi nie interesował.

STM to największe na świecie forum marketerów afiliacyjnych, które za członkostwo życzy sobie 99 dol. miesięcznie. To jednak niewiele, skoro forum chwali się, że najlepsi afilianci zgarniają po 15 mln dol. zysku z jednej kampanii.

Jeśli nie zapłacisz, nie dostaniesz sekretnego poradnika do zarabiania.

Brzmi jak MLM lub inna piramida finansowa? I słusznie. Tam również osoby z niższych szczebli muszą łożyć na „diamenty”, które wykorzystują techniki manipulacyjne, aby łowić narybek.

Dziś Voluum od Gryna jest standardem przy realizacji kampanii afiliacyjnych, który najczęściej polecają sobie użytkownicy forum STM. Komplementarny produkt Codewise, Zeropark, jest zaś oparty właśnie o wykorzystanie ruchu domenowego. Wedle słów mojego informatora 90 proc. ruchu to literówki. Gdyby ktoś wpisał w przeglądarce adres facebook.com, ale popełnił przy tym jakiś błąd, literówkę, to zamiast witryny serwisu społecznościowego mogłaby się mu pojawić reklama „drogi użytkowniku Facebooka, wygrałeś iPada”.

Pytam, czy firmie Codewise dałoby się udowodnić, że przez ich sieć przelatują reklamy naciągaczy.

W dobie cloud computingu nie jesteś w stanie śledzić reklam bez wejścia na ich serwery firmy. Ona robi prawdziwy labirynt z domen – generuje je, rotuje, wygasza i tworzy subdomeny. Nie można przejrzeć sieci, ponieważ jest specjalnie zabezpieczona, aby zmylić filtry i adblocki, które mogłyby zaszkodzić efektywności prowadzonych kampanii – słyszę w odpowiedzi, a wiem, że mój rozmówca zna się na rzeczy.

W 2016 roku Codewise miało 132 mln zł przychodów i 30 mln zł zysków. To ich biznes, który starają się chronić.

To mały świat i wszyscy się znają. Jest kilka firm które dobrze prosperują, ogarniają technologię i stworzyły sobie monopol – mówi informator.

Ile na takim jednym przekierowaniu można zarobić? Ile Vivus musiał zapłacić DoAffiliate za dostarczenie klienta, który i tak chciał do nich trafić?

Jeśli klient weźmie pożyczkę z takiej literówki, to jej właściciel zarobi od 50 do 150 zł. Nie ma łatwiejszego sposobu na robienie pieniędzy, natomiast robiąc to z takimi narzędziami jak ma Codewise, nikt cię nigdy nie złapie, nie namierzy. Na jednym Vivusie – mając większość literówek – możesz zarabiać bez kiwnięcia palcem kilka tysięcy złotych. Obstawiając wszystkie takie serwisy pożyczkowe… 50 – 100 tys. zł miesięcznie. A to tylko w Polsce. Oczywiście to drobna skala w porównaniu do obrotów i zysków Codewise, obsługujących gigantyczny ruch i milionowe kampanie – kończy informator.

Potiomkinowski ruch, fałszywy jest zawsze tańszy.

Jest jedna rzecz, której Gryn się obawia. A przynajmniej tak deklaruje. To roboty.

Internet jest niegościnnym miejscem dla osób, które nie potrafią odróżnić darmowego oprogramowania od bezpłatnego oprogramowania. Za oba nic nie płacisz, ale w drugim przypadku godzisz się na instalację malware, czyli szkodliwego oprogramowania, które np. może śledzić klawisze, jakie wciskasz i w ten sposób sprawdzić numer oraz hasło do konta bankowego.

Malware wykorzystuje się też do nabijania ruchu, w tym także wyświetleń reklam. Pop-upy (wyskakujące okienka) i under-up (okienka wyskakujące w tle, które trudniej zlokalizować i zamknąć), to przy nich małe piwo. Taki bot może bowiem stworzyć przeglądarkę o wielkości jednego piksela albo taką zupełnie wirtualną, niewidoczną dla użytkownika. Będą się w niej nieustannie wyświetlane nowe strony, a bot będzie klikał w reklamy, oglądał filmy i zapisywał się do newsletterów. W skrócie: będzie naśladował normalnych użytkowników i próbował oszukiwać systemy odsiewające boty.

Co ciekawe, niektóre strony płacą za taki ruch nieświadomie, ale część wydawców nie pyta, skąd pochodzi ruch. Na nabijaniu wyświetleń botami przyłapany został choćby szwedzki Bonnier.

Fake ads to teraz towar, za który się płaci.

Tylko w tym roku na ruch wygenerowany przez boty wydanych zostanie 16,4 mld dol. Innymi słowy: pieniądze zostaną wyrzucone w błoto. Według badania MyersBizNet aż 78 proc. marketerów jest poważnie zaniepokojonych wpływem botów na rynek reklamowy. To właśnie oni odpowiadają za budżety reklamodawców, z których wykorzystania muszą się rozliczać. Boty tymczasem nie mają żadnej siły nabywczej i nie kupią golarki, czekoladowego batonika czy losu na loterii.

Przed botami można się jednak chronić. Na rynku ścierają się bowiem dwie siły – jedni tworzą boty, które mają jak najlepiej naśladować ludzi, a drudzy starają dopieścić swoje algorytmy wykrywania fałszywego ruchu, aby odsiewać wszystko, co nie jest człowiekiem. To wyścig, w którym jedna ze stron stara się przechytrzyć drugą, zupełnie jak wśród twórców wirusów i antywirusów.

Każdy kij ma jednak dwa końce, a narzędzia można wykorzystać zarówno w dobrej, jak i złej wierze. Reklama w internecie miała informować, ale niestety stała się formą psychologicznej gry i uregulowanego stalkingu.

Czy nie dziwi was, dlaczego nie możemy sprawdzić, kto konkretnie odpowiada za emisję danej reklamy, która pojawia się na naszym wyświetlaczu? Dlaczego nie ma whois dla reklamy, skoro dla domen działa to bez problemu? Odpowiedź jest prosta: Bo ci, którzy ją tworzą, często nie chcieliby się pod nią podpisać. Dlaczego więc duże serwisy, takie jak o2 czy Przegląd Sportowy godzą się na emitowanie reklam naciągaczy?

Zapytałem o to obie firmy, ale dostałem tylko jedną odpowiedź:

My i nasi partnerzy dokładamy wszelkich starań aby kampanie zlecane nam przez klientów były weryfikowane na bieżąco pod kątem dopuszczenia ich do emisji. W tym konkretnym przypadku, kreacja była związana z systemową – automatyczną emisją i miała charakter incydentalny. Niezależnie od oceny tej kreacji, podjęliśmy decyzję o jej usunięciu – mówi Katarzyna Szczepanik odpowiadająca za PR w Grupie WP.

Czy rzeczywiście był to incydent, skoro po kilku dniach na stronie głównej znów zauważyłem podobną reklamę?

„Ta metoda usuwa boczki i oponę” – reklama na o2.pl

Problem nie dotyczy tylko tych dwóch serwisów. Oto Gazeta.pl:

„Antidotum na wystający brzuch” – reklama na Gazeta.pl

Czy portale powinny godzić się na kreacje, na które nie mają wpływu i umywać ręce, zasłaniając się robotem? W tym przypadku rację ma ten, kto powie, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

„Ludzie klikają w to jak głupi” – mówi mi nieoficjalnie jeden z pracowników pewnego portalu.

Niestety kampanie wizerunkowe, oparte o znajomość marki powoli odchodzą do lamusa, w miarę jak liczyć zaczynają się jedynie słupki rzekomego dotarcia do grupy docelowej, wyświetlenia i konwersje. Ten system nie działa nie tylko dla wydawców zarabiających na reklamach, ale i dla samych czytelników.

„Gorsza moneta wypiera lepszą” – bardziej agresywna, choć słabsza reklama wypiera kreatywną, na czym zyskuje branża AdTech, ale to już temat na kolejny artykuł, który… pojawi się niebawem.

Advertisement