Wielki polski startupowy sukces Indahash? Nie wszystko złoto, co się świeci

1880 interakcji Karol Kopańko / 07.09.2017

Warszawskie Powiśle. Solec 22. Siedziba Indahash, jednego z najgorętszych polskich startupów.

Dwie z trzech najważniejszych postaci w firmie odprowadzają mnie do drzwi. Na zewnątrz zatrzymujemy się kilka metrów od chodnika. Basia i Darek odpalają papierosy.

Przeczytaj też wstępniak redaktora naczelnego Spider’s Web, Przemka Pająka, w którym opisuje kulisy powstawania tego tekstu, próby zastraszania i wstrzymania publikacji.

Ona jest blondynką o uroczym uśmiechu i w kwiecistej sukience. Niedawno wróciła z Singapuru, gdzie otworzyła kolejne biuro swojej drugiej firmy. Pierwszą sprzedała za kilku milionów zł. Przez część polskiego środowiska przedsiębiorczo-startupowego jest nazywana matką polskiego Instagrama.

Gdyby scharakteryzować typowego dyrektora zarządzającego, przed oczyma pojawiłaby się postać Darka w krótko przystrzyżonych włosach i białej koszuli. Darek Zieliński był dyrektorem zarządzającym w Newsweeku, którego szeregi opuścił w maju, aby zająć się rozwojem Indahash.

W przerwach pomiędzy zaciąganiem się papierosem, Darek mówi o pracy z Tomaszem Lisem, który szefując Newsweekowi miał dostawać wiele sensacyjnych tropów. Dziennikarze przynosili mu informacje od swoich „tajnych informatorów”. Chcieli zyskać sławę – być śledczymi w zawodzie, tropić afery. Redaktor naczelny Newsweeka miał zawsze zadawać im to samo pytanie: w czyim interesie jest ujawnienie tej tajemnicy?

Darek Zieliński to inteligentny gość. Wie co i kiedy powiedzieć. We mnie zaszczepił myśl, że ja również mogłem być przez kogoś sterowany. Jako narzędzie użyte do zniszczenia oblicza business-woman polskich mediów, Barbary Sołtysińskiej.

Basia to bardzo mądra i ciężko pracująca dziewczyna z żyłką do biznesu. Znałem ją jeszcze gdy zaczynała w agencji PR-owej i widziałem, jak pięła się po szczeblach kariery – mówi Grzegorz Kiszluk, naczelny magazynu Brief, a także organizator rankingu “50 Najbardziej Kreatywnych w Biznesie”.

Jego ostatnią edycję wygrała właśnie Basia. To nie jedyne zwycięstwo na jej koncie.

Pierwszy rok [prowadzenia Indahash – dop.red.] dał mi wiarę w to, że jestem w stanie prowadzić firmę z sukcesami i nie powinnam zważać na to, co mówią inni, a robić swojemówiła odbierając nagrodę Przedsiębiorcy Roku wg EY.

Teraz Indahash ma już 20 miesięcy i zrealizowanych ponad tysiąc kampanii.

Zaczynając naszą działalność ponad półtora roku temu pracowaliśmy w kilka osób na 3 rynkach. Teraz nasz team liczy ponad 130 osób. Zatrudniamy zespoły Business Development w Nowym Jorku, Warszawie, Londynie, Berlinie, Dubaju, Johannesburgu oraz Singapurze – wylicza Darek Zieliński.

Od czasu premiery głośnego filmu The Social Network o twórcy Facebooka wiemy jednak, że nie można dojść do fortuny bez zrobienia sobie wrogów.

W maju skontaktowali się ze Spider’s Web byli pracownicy Indahash. Chcieli opowiedzieć o nieprawidłowościach w działaniach firmy i podzielić się negatywnymi odczuciami wobec pracy kierownictwa. Ich słowa brzmiały sensacyjne, znajdowały jednak potwierdzenie w ustach kolejnych byłych pracowników.

Wysłuchiwałem ich krytyki mikrozarządzania („nawet zakupy papieru toaletowego musiały przejść przez Basię czy Własa – współtwórcę Indahasha), zacietrzewienia („programiści woleli zostać na noc i zacierać ślady swojej pracy, aby tylko Włas nie dowiedział się, że był bug w aplikacji”) albo opierania się o tanią pracę stażystów („80 proc. pracowników to stażyści, których po 3 miesiącach wymienia się na nowych”), a czasami wyśmiewania („kiedy Własa nie było w okolicy, na firmę mówiliśmy ImDajHajs albo InDa Krasz”).

Z ciekawością wysłuchiwałem ich emocjonalnego spojrzenia na jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich startupów. Niestety, po pewnym czasie informatorzy zaczynali się wykruszać. Zarówno stażyści, jak i managerowie. Dostawałem od nich telefony, że boją się o swoją przyszłość, a niektórzy mają rodziny na utrzymaniu. Kiedy pytałem o powód dostawałem, jedno nazwisko:

Włas Chorowiec.

W grudniu 2010 roku, 21-letni wówczas Włas Chorowiec zakłada spółkę LeadBullet, której szefuje do października 2014. Jak wynika z informacji TVN24, LeadBullet był kontrolowany przez Marka Falentę, skazanego na 2,5 roku więzienia za nagrywanie polityków w aferze podsłuchowej.

Firma obu panów świadczyła m.in. usługi pozycjonowania, z których korzystał sztab ministra Kosiniaka-Kamysza. W celu poznania szczegółów kontraktu, minister spotkał się nawet z Własem Chorowcem i Krzysztofem Rybką, szwagrem Falenty (Rybka również był zamieszany w aferę podsłuchową. Sąd skazał go na 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu na trzy lata i 40 tys. zł grzywny).

Wkrótce po wybuchu afery Włas Chorowiec rezygnuje z prezesury w Leadbullet. Kilka miesięcy później dołącza do stworzonej przez Basię Sołtysińską i Radka Kotarskiego firmy LifeTube, zajmującej się obsługą kanałów na YouTube, m.in. Abstrachuje. Później razem z Basią tworzy Indahash.

Wszystkie strategiczne decyzje podejmujemy wspólnie, na poziomie operacyjnym ja bardziej zajmuję się sprawami biznesowymi, a Włas odpowiada za technologię – mówi Basia Sołtysińska.

Włas zwykle znajduje się z cieniu Basi. To ona jest twarzą Indahash, rzecznikiem, reprezentantem firmy na zewnątrz. W oficjalnym materiale na youtube’owym kanale Indahash stoją ramię w ramię. Włas Chorowiec odpowiada na pytanie: „co lubisz robić?”.

„Lubię karać ludzi”.

Śmieszny żart? Dopóki Włas Chorowiec nie zaczął robić tego z moimi informatorami, też wydawał mi się zabawny.

9 informatorów – tylu udało mi się zebrać. Chciałem poznać jak najszerszy horyzont krytyki i przedyskutowąć ją z kierownictwem Indahash. Jednak już po kilku rozmowach informatorzy dawali mi do zrozumienia, że nie czują się bezpiecznie:

Wczoraj do kilku osób zadzwonił Włas i zagroził pozwami. Mamy otrzymać wezwanie przedsądowe, a ja już mam w cholerę problemów w życiu – mówił mi jeden z nich.

 

Ciągle mam obawy i ciągle coś mi się nie podoba – mówił mi drugi.

 

Czego się obawiasz? – zapytałem.

 

Przecież mówiłem ci kto za tym stoi – usłyszałem w odpowiedzi.

Jak Indahash dowiedziało się o moim artykule? Jeden z informatorów puścił parę z ust.

Postanowiłem więc przeprowadzić eksperyment. Moja strategia polegała na włączeniu do rozmowy jednego, z pozoru absurdalnego, ale też prowokującego pytania. Jednej ze swoich informatorek podsunąłem myśl, że zwolnienia w Indahash mogą być celową strategią na rzecz podbicia finansów spółki przed sprzedażą. Pierwsza część jest faktem, druga to domysły.

Poskutkowało. Jeszcze tego samego dnia redaktor naczelny Spider’s Web dostał wiadomość, że „ktoś ze Spider’s Web propaguje dziwne i nieprawdziwe informacje”. Jednego informatora mniej.

Zacznijmy od początku: czym w ogóle jest Indahash?

To zautomatyzowany system kontaktu agencji marketingowej z liderem opinii – influencerem, czyli osobą, która kreuje gusta w mediach społecznościowych.

Działanie Indahash wytłumaczę na przykładzie hipotetycznej akcji. Załóżmy, że Coca-Cola ma wolne 50 tys. zł na akcję w internecie. Wcześniej obsługująca markę agencja reklamowa kupiła kampanię w telewizji, radiu i na portalach, a teraz za pośrednictwem influencerów chce dotrzeć do kolejnych ludzi, którzy np. przeglądają Instagrama.

Dla reklamodawcy jest to duże ułatwienie, bo nie musi zawierać umów z każdym influencerem z osobna, a tych zarejestrowało się w Indahashu już ponoć 300 tys.

2 zł za zdjęcie.

Jeden z nich to Adrian Bartczak. Młody chłopak z Łodzi, który na Instagramie zdołał zgromadzić prawie 50 tys. obserwujących. Lajkują mu zdjęcia znad morza, z siłowni i z dziewczyną w restauracji. W grudniu Adrian uznał, że bazę fanów można zmonetyzować i zapisał się do Indahash. Teraz na współpracach komercyjnych zarabia ok. 1 tys. zł miesięcznie.

Reklam na jego profilu jest co niemiara. Od 8 maja do 3 lipca, na 21 postów tylko 9 nie było „sprzedanych”. Czy „komercji” nie jest za dużo?

Aktualnie nasz algorytm zakłada, że nie powinno to być więcej niż 1 post sponsorowany na 6 niesponsorowanych – odpowiada Darek Zieliński.

Matematyka podpowiada, że coś tu się nie zgadza.

Co ciekawe, liczba lajków na profilu Adriana nie spada nawet jeśli na zdjęciu znajduje się tylko sok i kiełbasa z Biedronki. Widać reklamy nie przeszkadzają jego odbiorcom. Współpracę z Indahash ocenia pozytywnie, choć zdarzają się zgrzyty, na przykład zdjęcia, które nie przechodzą weryfikacji. Za każde z nich inkasuje przeciętnie ok. 150 zł.

Wypłatę kalkuluje algorytm, którego Indahash strzeże równie pilnie, jak Facebook swojego EdgeRanka. Algorytm bierze pod uwagę kategorię kampanii, a także liczbę obserwujących i ich aktywność. W ten sposób nawet ktoś z mniejszą, ale prężniejszą społecznością, jest w stanie zarobić większe pieniądze.

Nie każdy z influencerów chce otwarcie rozmawiać o swoich zarobkach. Nawet ci poleceni przez pracowników Indahash wycofali autoryzację, gdyż wywiad nie pokazywał ich z dobrej perspektywy. To, czego nie chcieli firmować swoim nazwiskiem, dotyczyło m.in. braku oznaczania postów reklamowych.

Tymczasem w ustawie o radiofonii i telewizji możemy przeczytać:

Reklamą jest każdy przekaz zmierzający do promocji sprzedaży albo innych form korzystania z towarów lub usług, popierania określonych spraw lub idei albo do osiągnięcia innego efektu pożądanego przez reklamodawcę, nadawany za opłatą lub za inną formą wynagrodzenia.

Powyższa definicja zdecydowanie opisuje posty sponsorowane. Przepisy prawa prasowego, któremu podlega też większość blogerów, regulują kwestie występowania reklamy w dość kategoryczny sposób:

Art. 36 . (…) 3. Ogłoszenia i reklamy muszą być oznaczone w sposób nie budzący wątpliwości, iż nie stanowią one materiału redakcyjnego.

Brak oznaczenia treści reklamowych można zaś uznać za nielegalną reklamę szeptaną, która jest czynem nieuczciwej konkurencji.

W wywiadzie dla InnPoland Basia Sołtysińska wspomina, że jej firma każdemu z klientów doradza dodanie hasztagu „ad”. Żaden z moich informatorów jednak tego nie potwierdził.

W naszej  prezentacji sprzedażowej mamy informacje o możliwości dodania hashtaga #ad lub #spon. Analizując nasze kampanie widać, że kampanie  z hashtagiem „ad” nie osiągają  gorszych wyników niż te bez – odpowiada na zarzuty Basia Sołtysińska.

W aplikacji Indahash łatwo można jednak znaleźć informacje, że tagi reklamowe nie są mile widziane.

150 zł to całkiem spora suma, jak za jedno zdjęcie. Jest jednak zarezerwowana tylko dla profili z dużą liczbą obserwujących. Co z mniejszymi twórcami? W końcu to o nich opiera się formuła Indahasha.

Indahash daje możliwość współpracy z markami niezależnie, czy masz duży, średni czy mały profil, jeśli spełnia się określone kryteria – mówi Basia Sołtysińska.

Współpracę tych mniejszych trudno jednak nazwać opłacalną. Blogerka parentingowa, z ponad 4 tys. obserwujących i średnio 300 reakcji na post w aplikacji, widzi stawkę 7 zł. Zanim mogłaby zobaczyć pieniądze na swoim koncie, musiałaby zrealizować 8 kampanii, bo minimalna kwota wypłaty wynosi 50 zł.

Krótka eksploracja tagów używanych przez marki reklamujące się na Instagramie pokazuje, że bardzo łatwo znaleźć profile z tysiącem obserwujących i setką reakcji, które biorą udział w kampaniach. Ich gaża musi wówczas sięgać okolic 2 zł. Nie trzeba być celebrytą, choć rozpoznawalność znacząco pomaga. Zawodowy aktor, z blisko 100-tysięczną społecznością, z którym rozmawiałem, zarabia ok. 250 zł na jednej kampanii.

Mniej więcej dwa razy więcej zarabiał miesięcznie jeden ze stażystów w Indahashu, z którym udało mi się porozmawiać. Niestety, wycofał autoryzację w tym samym momencie, kiedy Włas Chorowiec zaczął kontaktować się z innymi informatorami.

Aby uniemożliwić jego identyfikację zmieniłem szczegóły, tak, aby sens pozostał ten sam.

500 zł za miesiąc.

Mateusz w Indahashu pracował przez kilka miesięcy na stażu. Po tygodniowym szkoleniu zajął się prowadzeniem kampanii na rynkach francuskojęzycznych. Z francuskim radził sobie bardzo dobrze, gdyż bezpośrednio przed aplikacją do Indahash pracował we Francji jako sprzątacz i pomocnik budowlany.

Mimo długich godzin pracy, swoją przygodę z firmą ocenia pozytywnie, bo mógł się nauczyć wielu nowych rzeczy. Nikt nie zmuszał go do siedzenia po godzinach, robił to z własnej woli, bo podobała mu się atmosfera.

O odejściu przesądził wciąż przedłużany staż i brak propozycji awansu mimo wzorowego wywiązywania się z powierzonych mu zadań. Dowodem na to, że odwalał kawał dobrej roboty, miało być przejęcie jego obowiązków przez trzy osoby.

Często trafiają do nas stażyści, dla których jest to pierwsze doświadczenie zawodowe. Od początku mówią, że chcą pracować tylko przez trzy miesiące, bo np. później wyjeżdżają za granicę. Chcą ten czas wykorzystać na zdobycie doświadczenia. Stażyści stanowią mniej niż 20 proc. zatrudnienia – mówi Darek Zieliński.

To, że praca w Indahash charakteryzuje się dużą rotacją, potwierdza także Andrzej, który spędził tam kilka miesięcy.

Scenariusz wygląda najczęściej tak, że stażysta trafia do pracy na 3 miesiące za 500 zł. Później wylatuje albo przedłuża się z nim staż na kolejne 3 miesiące za kilkaset złotych więcej. Najlepsi na przedłużeniu stażu mogą dostać nawet 1500 zł na miesiąc – opisuje Andrzej.

Według niego to zaprzeczenie odpowiedzialnego zarządzania kadrami.

Normalnie powinno się inwestować w pracowników, bo rekrutacja przecież sporo kosztuje. Tutaj zwalnia się ludzi, aby chwilowo poprawić jakiś wskaźnik np. finansowy – mówi Andrzej.

Przedstawiciele firmy kontrargumentują, że co prawda przez ostatnie 4 miesiące z Indahash odeszło 26 osób, ale tylko 4 osoby były związane z firmą dłużej, niż przez 6 miesięcy. Z blisko dwudziestką osób firma nie przedłużyła zaś stażu.

Firma rośnie i zmienia się. Kiedy zaczynaliśmy z kilkuosobowym zespołem w 2015 roku, byliśmy inną organizacją, niż jesteśmy teraz, kiedy pracuje tu ponad 130 osób. Musiałam podjąć też trudne decyzje np. o zwolnieniu kilku osób, które świetnie się sprawdzały na początku naszej drogi, ale dziś blokowały pracę zespołu, zamiast ją wspierać. To nigdy nie jest fajne, ale uważam, że konieczne, aby nie trzymać podwójnych standardów i pozwolić firmie się rozwijać – odpowiada Basia.

Followersi za pieniądze?

Miałem wrażenie, że cały czas piszę z nową, dopiero wdrażającą się osobą, która nie do końca zna się na tym, co robi. W trakcie trwania projektu kontakt po stronie Indahash zmieniał się również kilkukrotnie – mówi Marcin, który w tym roku testował kampanię dla swoich klientów.

Marcin pracuje w warszawskim Mordorze – zagłębiu szklanych wieżowców, przez który przelatują milionowe budżety największych reklamodawców w Polsce. Do współpracy z Indahash zachęcił go medialny szum wokół produktu i logotypy wielkich marek na stronie internetowej. Na początku chciał ostrożnie przetestować nowinkę na niewielkim budżecie.

Na start dostaliśmy propozycję współpracy za kilkaset tys. zł. Ale po pierwsze, nie mieliśmy takiego budżetu, a po drugie, nie byliśmy pewni skuteczności narzędzia. Nikt nie robi pierwszej, testowej kampanii za takie pieniądze. Zgodziliśmy się na kwotę poniżej 10 tys. zł, razem z produktami marki – mówi Marcin.

Wymiana barterowa to chleb powszedni wśród działań mikroinfluencerów. Tu dostaną myszkę komputerową, tam robota kuchennego, a w zamian muszę zrobić zdjęcie. Przed Indahashem marki często same wysyłały tzw. „dary losu”, a publikacja fotki zawierała się w formie grzecznościowego podziękowania. Teraz wszystko jest sformalizowane.

Po podpisaniu umowy Marcin podesłał Indahash konkretny brief. Przestrzegał, aby uważali na przejęzyczenia w nazwach produktów i hasztagi, na jakich zależy klientowi. Po kilku dniach Indahash podesłał mu propozycję 10 profili osób, które mogłyby wziąć udział w akcji.

Złapałem się wówczas za głowę, bo część kont wyglądała jakby miały kupionych followersów, a jedynym zajęciem ich właścicielek było robienie sobie selfie w lustrze.

Indahash deklaruje duże przywiązanie do wartości, jaką niosą ze sobą profile jego influencerskich partnerów.

Weryfikujemy konta influencerów i sprawdzamy anomalie, aby mieć pewność, że influencerzy nie dokupują sobie followersów, lajków czy komentarzy. Duża część naszych kampanii sprzedawana jest w modelu CPE czyli Cost Per Engagement  – odpowiada Basia Sołtysińska.

Marcin pozwolił sobie wówczas na ostrzejszego maila, który poskutkował.

Po kilku dniach dostałem kolejną propozycję. Tym razem lepiej trafiła w nasze gusta i kontekst kampanii. Niestety, deadline się zbliżał i w pośpiechu musieliśmy ustalać konkretną liczbę osób do współpracy i weryfikować ich wpisy.

 

Niestety wciąż zdarzały się zdjęcia wyglądające, jakby robiono je kalkulatorem oraz błędy w nazwach produktów. Dodatkowo często pojawiały się na nich inne konkurencyjne w stosunku do reklamowanej marki, co mocno nas irytowało. Te posty nie powinny przejść selekcji Indahash, nie mówiąc już o pokazywaniu ich klientowi. Po akcji nie widzieliśmy też wzmożonego ruchu na naszych profilach. Było tak, jakbyśmy nie organizowali żadnej akcji. Wówczas przynajmniej uniknęlibyśmy masy nerwów – ocenia Marcin.

Odniesienie się do jednej negatywnej, anonimowej opinii, nie znając szerszego kontekstu, jest bardzo trudne. Zrealizowaliśmy ponad tysiąc kampanii, więc żeby odnieść się do jednej konkretnej musiałbym mieć więcej szczegółów i szerszy kontekst – odpowiada Basia Sołtysińska.

W Indahash przeprowadziliśmy ponad kilkadziesiąt tysięcy kooperacji między markami i influencerami. W przeprowadzonej ankiecie wśród naszych klientów 90 proc. z nich jest bardzo zadowolonych ze współpracy z Indahash, podkreślając profesjonalizm, szybkość działania, zrozumienie ich potrzeb i kreatywność. 91 proc. planuje kolejne kampanie z wykorzystaniem IDH, a aż 100 proc. z nich poleciłoby współpracę z Indahash innym markom – dodaje Darek Zieliński.

Raport z automatu.

We współpracy z Indahash Marcinowi podobała się jedna rzecz – raport.

Nieco inne światło rzuca jednak na niego Andrzej, który pracował w firmie jeszcze w tym roku i zgodził się porozmawiać anonimowo.

Firma wysyła klientom informacje, jakoby do akcji byli zaangażowani prawdziwi influencerzy, a tymczasem w niektórych przypadkach to pracownicy dzwonią po swoich znajomych i proszą, aby wstawili zdjęcie produktu na swój profil. Wszystko w celu wyrobienia celów kampanii, które są obiecywane klientom. Później accounci chwalą się takimi wyższymi wynikami, niż w rzeczywistości – mówi Andrzej.

Przedstawiciele firmy zaprzeczają takim praktykom.

Raport ze statystykami generowany jest automatycznie. Korzystamy z  technologii, które sprawdzają czy zdjęcie, które influencer przysyła nam np. ze Snapchata, jest autentyczne i nieprzerobione  w programie graficznym – podkreśla Basia Sołtysińska.

Może nie miałem szczęścia i dziwnym trafem zawsze rozmawiałem z ludźmi rozczarowanymi Indahashem. Dla równowagi zwróciłem się więc do asystentki Basi, z prośbą o skontaktowanie z przedstawicielami agencji, które korzystały z usług Indadash. Padło na warszawską firmę, która współpracowała z największymi markami w segmencie podróży oraz AGD.

Rozmowa przebiegła bez najmniejszych problemów. Późniejsza autoryzacja ograniczyła się do dwóch małych poprawek i zapewnienia, że wszystko jest w porządku. Niestety, po dwóch dniach autoryzacja została wycofana, a moja prośba o przeredagowanie odrzucona. Został mi tylko krótki komentarz, że firma ocenia współpracę z Indahash pozytywnie.

„Indahash wewnątrz i Indahash na zewnątrz to dwie różne firmy”

Kuba w Indahash zajmował się sprzedażą. Swoją przygodę z firmą zaczynał po stronie klienta. Po kilku udanych przetargach i zaproszeniu na imprezę integracyjną postanowił podesłać swoje CV.

Po rozmowie rekrutacyjnej dostałem od Własa zadanie sporządzenia siatki znajomych z agencji reklamowych i potencjalnych klientów, którzy teoretycznie mogliby wydać budżet reklamowy w Indahash – opowiada Kuba.

 

Wykonał zadanie w dwie godziny i podesłał plik Własowi. Następnego poranka dostał telefon z zaproszeniem do współpracy. Zaskoczył go już pierwszy dzień.

Dostałem zadanie wyrobienia budżetu w wysokości 100 tys. zł. Na początku miało być 200 tys. zł, bo… czemu nie…, ale stanęło na 100 tys. zł. Bez dyskusji. Tyle ma być i koniec. Zwykle w firmach przez pierwszy miesiąc się wdrażasz, a tu już miałem domykać faktury i kampanie – mówi Kuba.

Koleżanki przestrzegały go, że ma uważać co robi, bo jest duża rotacja i jeździć na co najmniej dwie prezentacje dziennie w domach mediowych od samego początku.

Basi i Własowi nie dało się przetłumaczyć, że budżety reklamowe nie działają w ten sposób. Przecież L’oreal będzie chciał wydać kasę dopiero na premierę nowego kosmetyku, a nie w czasie sezonu ogórkowego. Znajomi także nie mają specjalnie dla mnie zachowanych budżetów, bo akurat zmieniłem pracę. Otworzyłem im drzwi do paru agencji, domów mediowych i klientów. Im chodziło głównie o moje kontakty i ślepe nastawienie na pieniądz. Podczas mojej obecności w IDH obniżyli stawki dla Influencerów o 50 proc., bez informowania ich o tym. Liczba użytkowników apki była zresztą bardzo zawyżona – zwierza się Kuba.

Czy udało mu się zrobić 100 tys. sprzedaży? Ba, zrobił 300 tys., ale faktury nie zdążyły spłynąć w ciągu dwóch miesięcy, jakie przepracował w Indahash.

Dla Własa to było bez znaczenia. Po kilku tygodniach ze śmiechem powiedział mi: zwalniam cię. Ponoć zabrakło mi pokory. Później plułem sobie w brodę, bo widziałem, jak przyklepane przeze mnie kampanie hulają w Indahashu. Poczułem się tak, jakby liczyła się tylko moja siatka znajomych, którą zapoznałem z ich narzędziem. Później byłem niepotrzebny – kończy Kuba.

W podobnie negatywnych okolicznościach z pracą pożegnał się Andrzej.

Za współpracę podziękowano mi nagle pod pretekstem innego spotkania, a zwalniając mnie podano argumenty, które okazały się zupełnie nieprawdziwe.

Andrzej podkreśla, że choć Indahash na zewnątrz sprawia wrażenie szybko rozwijającego się, młodego startupu, który podbija światowy rynek, wewnątrz nie jest tak różowo.

Indahash wewnątrz i Indahash na zewnątrz to dwie różne firmy. Na zewnątrz firma buduje wizerunek nowoczesnej, dynamicznej organizacji. W środku wiele dzieje się “na teraz”, a niewiele rzeczy planuje się z wyprzedzeniem i strategią. Dlatego w firmie przydarza się wiele “zawalonych spraw”, które są błyskawicznie eskalowane osobiście do ludzi w zespole.

Według Andrzeja, w przeciętnej firmie zarządzający wzięliby taką sytuację na swoje barki i spróbowali wraz z zespołem zastanowić się nad przyczynami porażki. Niestety, w Indahash jest inaczej.

W firmie panuje kultura obwiniania. Jak coś nie wyjdzie, zawsze znajduje się kozła ofiarnego, na którego można zrzucić winę. Osoby na nieco wyższych stanowiskach i z większym doświadczeniem często w takich sytuacjach nie zgadzały się z właścicielami firmy, co z reguły kończyło się szybką decyzją o zakończeniu współpracy. Na porządku dziennym było zaś zastraszanie młodszych ludzi, np. przez publiczne wygłaszanie negatywnych opinii, nie dając dojść do słowa. Stażyści bali się utraty pracy, choć to wybitnie niekomfortowe środowisko – kończy Andrzej.

Co na to Basia Sołtysińska?

Indahash nie jest już taką małą firmą i czasami zdarzają się przypadki, że ktoś się z czymś nie zgadza. Uważam, że to całkowicie normalne i konstruktywne. Wówczas omawia tę sytuację ze swoim managerem albo ze mną (jeśli mówimy o osobie na wyższym stanowisku). Zawsze staramy się dojść do porozumienia. Czasami wypracowujemy jakieś lepsze rozwiązanie, które wówczas zastępuje to istniejące. Często efektem tego są również pomysły do realizacji w przyszłości – odpowiada Basia Sołtysińska i na dowód podaje statystyki z firmowej ankiety. Wzięło w niej udział 75 proc. pracowników. 92 proc. z nich było zadowolonych lub bardzo zadowolonych z pracy w firmie.

90 proc. osób poleciłoby lub zdecydowanie poleciłoby IndaHash jako pracodawcę argumentując, że panuje u nas bardzo dobra atmosfera, pracują wspaniali ludzie, że jesteśmy firmą, w której można się rozwijać i szybko awansować – dodaje Darek Zieliński.

Zdarzają się jednak „incydenty”:

W podobnym czasie do mojego odejścia z firmy, współpracę zakończyła też managerka biura, której znudziło się być mediatorką pomiędzy Basią i Własem. Nie wiem co dokładnie się stało, ale wybiegła z biura z płaczem. Generalnie w ciągu roku tych asystentek było chyba z pięć – mówi Kuba.

Wychodzenie ze strefy komfortu.

W indahashowych ogłoszeniach o pracę można trafić na jeden i ten sam fragment: „Oferujemy codzienne wychodzenie ze strefy komfortu i przekraczanie własnych granic”. Choć cytat ten brzmi nieco pretensjonalnie, to świetnie oddaje nastój, jaki panuje wokół Indahash.

Firmie udało się przekroczyć granicę Polski. To duży sukces, którego nie powtórzyło wiele startupów celujących w karierę na Zachodzie. Basi Sołtysińskiej udało się zbudować prężną firmę, która idealne wykorzystuje niszę influencerów ze społecznościami poniżej 100 tys. fanów.

Branżowe nagrody i rosnąca konkurencja pokazują, że rynek zaakceptował indahashowy model marketingu. Analiza głosów z wewnątrz pokazała mi jednak, że nie wszystko złoto, co się świeci.

Zadawanie niewygodnych pytań i publikowanie tego, czego ktoś inny nie chce opublikować to dziennikarstwo. Wszystko inne to public relations.

Advertisement