Elektryczna droga nad polskie morze. Lotos zbuduje sieć ładowarek wzdłuż autostrad A1 i A2

News/Motoryzacja 06.09.2017
Elektryczna droga nad polskie morze. Lotos zbuduje sieć ładowarek wzdłuż autostrad A1 i A2

12 nowych stacji ładowania samochodów elektrycznych wzdłuż popularnych polskich dróg – ten plan na papierze nie brzmi może imponująco, ale jeszcze trochę i faktycznie będzie można ogłosić: zakup elektryka ma już sens.

Nowe punkty ładowania od Warszawy, aż pod Gdynię – taki jest najnowszy plan Lotosu, który na obejmującej 450 km dróg trasie chce rozstawić tuzin punktów ładowania. 4 ładowarki znajdą się w Trójmieście, 6 przy autostradach A1 i A2, natomiast w samej Warszawie ulokowane zostaną 2 kolejne stacje. Całość ma zostać przygotowana tak, żeby odległość pomiędzy poszczególnymi punktami ładowania nie wynosiła więcej niż 150 km.

Co to oznacza?

Że po wybudowaniu tych stacji ładowania nad morze z Warszawy (i okolic) będzie można dojechać niemal każdym dostępnym obecnie na rynku sensownym samochodem elektrycznym. W tym momencie problem (i to przy założeniu pełnego akumulatora na starcie) z pokonaniem takiego dystansu bez podłączania do ładowarki miałyby nawet samochody Tesli. Nie wspominając już o BMW i3, nowym Nissanie Leaf czy reszcie stawki.

Mieszkańcy Warszawy będą mogli swoimi autami elektrycznymi dojechać nad morze bez problemów.

Ba, nawet schodzące modele, takie jak pierwsza generacja Nissana Leaf (zasięg do 160 km), mogą okazać się odpowiednie na weekendowy wypad nad morze. Skorzystają też posiadacze hybryd plug-in, którzy będą mogli odcinek trasy po doładowaniu pokonać albo taniej (bo np. na samym prądzie), albo szybciej (bo korzystając z połączonych mocy silnika elektrycznego i spalinowego).

Nie powinno być też problemów z doborem wtyczki.

Czyli z problemem pod tytułem „czy zabrałem swój kabel/przejściówkę do ładowania?”. Punkty ładowania budowane przez Lotos mają bowiem obsłużyć:

Samochody wymagające do szybszego ładowania złącza CHAdeMO, czyli np. pierwszą generację Nissana Leaf. W przypadku tego standardu ładowanie realizowane jest z mocą 50 kW.

 

Samochody ładowane z wykorzystaniem złącza CCS, czyli Combined Cahrging System. Z tego rozwiązania korzystają m.in. Volkswagen, BMW, Mercedes czy Ford. W tym przypadku moc ładowania ma wynieść również około 50 kW.

 

Samochody produkowane przez Teslę, które wykorzystują złącze Type-2. Nie uzyskamy tutaj jednak wyników podobnych do tych, które znamy z Superchargerów – moc ładownia ma być równa 43 kW.

 

Przyglądając się więc tym danym na papierze, wszystko wygląda dobrze. Nie tylko nie spędzimy na stacji długich godzin, czekając na naładowanie akumulatora (chyba że w przypadku samochodów z naprawdę pojemnymi bakami), ale też i nie będziemy rozczarowani, że nasz pojazd nie jest obsługiwany.

Do tego Lotos planuje wprowadzić m.in. aplikację mobilną, która pozwoli zaplanować trasę tak, żeby dotrzeć na miejsce bez obaw o to, że gdzieś po drodze zabraknie nam prądu. Może to się okazać szczególnie przydatne w przyszłości, kiedy tras uzbrojonych w ładowarki będzie więcej.

Rozważana jest nawet opcja wprowadzenia tzw. „roamingu”, w ramach którego klienci mogliby korzystać z punktów ładowania innych dostawców albo nawet z punktów ładowania w innych krajach Unii Europejskiej. Niestety w tym przypadku brak jakichkolwiek szczegółów.

Pojawiają się zresztą jeszcze dwa istotne pytania, na które na razie nie mamy odpowiedzi:

Za ile?

W tej kwestii Lotos niestety milczy, podając na razie, że:

Właściciel stacji LOTOS nie przesądził jeszcze kwestii systemu poboru opłat. Na tym etapie bierze pod uwagę różne rozwiązania.

Nie mamy więc podanej ani nawet orientacyjnej ceny tankowania, ani systemu, w jakiej opłaty będą pobierane. Z entuzjastycznymi okrzykami, że w końcu jest sens kupić samochód elektryczny można się więc na razie wstrzymać.

Tym bardziej, że drugie pytanie może być nawet ważniejsze, a brzmi ono:

Kiedy?

I tutaj również nie mamy żadnej konkretnej odpowiedzi. Ale też do komunikatu prasowego można podejść optymistycznie:

Cała procedura formalna może potrwać do końca 2017 r. Tempo dalszych prac zależy m.in. od wykonania przyłączeń energetycznych, co może potrwać kilkanaście miesięcy.

Dlaczego optymistycznie? Bo być może w ten sposób entuzjaści elektrycznych samochodów będą mogli spokojnie odstać swoje w kolejne po Model 3 albo doczekać do momentu, kiedy na ten samochód nie będzie trzeba czekać więcej niż rok.

A ja w tym czasie, bez zbędnego afiszowania się, przejadę nad morze z Wrocławia na jednym baku. W tę i z powrotem.

Dołącz do dyskusji

Advertisement