Ja też się boję, że Face ID będzie do kitu

Felieton/Technologie 13.09.2017
Ja też się boję, że Face ID będzie do kitu

Decyzję o tym, że żeby życie miało smaczek, parę razy Android, a teraz będzie iOSiaczek, podjąłem już kilka miesięcy temu. Wczorajsza konferencja miała jedynie pomóc w odpowiedzi na pytanie, czy będzie to zmiana na smutno, czy na wesoło. No, nie ma u mnie histerii. 

Nie mogę się doczekać magii, o której tyle mówią wyznawcy Apple w redakcji. Chętnie wypróbuję tego całego iOS-a, którego jak dotąd znam tylko z epizodycznych kontaktów, a przez ich pryzmat trudno cokolwiek oceniać. Podoba mi się bryła iPhone X, że ekran w nowoczesnym stylu zajmuje niemal cały przedni panel. Niezbyt podoba mi się ten bunkier na górze, ale trudno – telefon ma być przede wszystkim funkcjonalny, a nie ładny. Tym samym tłumaczę sobie dość grube ramki z boku urządzenia – nie jest to tak ładne jak u konkurencji, ale jeśli telefon będzie dzięki temu poręczniejszy, to w sumie nie jest to aż tak duża wada.

Boli mnie trochę wysoka cena, ponieważ mam niestety niepokojącą tendencję do niszczenia telefonów – nie uznaję pokrowców, zabieram je na suto zakrapiane przyjęcia, 80% moich smartfonów kończyło na podłodze, a nie na Allegro, co niestety w kontekście tych 5000 zł trochę boli. Ale w porządku – liczyłem się od początku z tym, że to będzie zauważalny w budżecie wydatek, ja sobie to ładnie zracjonalizuję występami na Spider’s Web i odbiję pierwszymi dziesięcioma tekstami z cyklu „Porzuciłem Androida dla iPhone’a”.

Face ID – no excuses

Jest jednak jedna rzecz, która w nowym iPhonie wybitnie nie daje mi spokoju i jest to system odblokowywania ekranu. Nie jestem do końca przekonany czy będzie mi dane zakosztować słynnego amazingu, jeżeli system Face ID będzie równie frustrujący, co na wczorajszej prezentacji. Ja wiem, że ta wpadka to nie była tak do końcu wpadka, że istnieje bardzo logiczne wyjaśnienie, dlaczego temu facetowi na scenie nie zadziałało. Chcecie wiedzieć dlaczego? Z tego samego powodu, dla którego mnie nie zadziała kiedyś w metrze, w sklepie, kiedy przez las w środku nocy będzie gonił mnie gwałciciel (mieszkam w dziwnej okolicy, a nasi lokalni zboczeńcy słyną z parszywego gustu). To jakiś bardzo sensowny, merytoryczny powód, w którego tle znajduje się moje bezpieczeństwo. Tylko trochę mi się to kłóci z filozofią Apple, którą od lat redakcyjni koledzy jawią mi jako „po prostu działa, no excuses”.

W zasadzie zepsuł mi trochę zabawę facet z ArsTechnica, ponieważ kiedy ja smacznie spałem, on napisał właściwie wszystko to, co zaplanowałem sobie na rano. Martwi mnie, że w nowym iPhonie mimo wszystko nie będzie czytnika linii papilarnych, ponieważ urządzenie prawdopodobnie w sposobie odblokowywania telefonu cofnie mnie do 2012 roku – kiedy na ekranie trzeba było wklepywać PIN lub rysować szlaczki.

Wrócimy do odblokowywania telefonu jak w 2012 roku.

Nie jestem bowiem przekonany co do jakości rozwiązania Face ID. Oczywiście przyjmuję, że Apple zrobiło to lepiej, niż jakakolwiek konkurencja jak dotąd. Ale czy to wystarczy, bo powiedzieć, że na pewno zrobiło to dobrze? Pierwsze odpowiedzi na to pytanie poznamy już w październiku. Mnie wczorajsza prezentacja nie przekonała z tego powodu, że odblokowywanie ekranu trwało po prostu… długo. Na tyle długo, że animacja przesuwanej kłódeczki na wyświetlaczu zaczynała budzić moje zniecierpliwienie.

Gdyby jakikolwiek czytnik linii papilarnych działał w tym tempie, prawdopodobnie zrugaliby go użytkownicy na całym świecie (może poza Applarzami – „To niesamowite, że dzięki zastosowanej technologii mogę utrzymywać kontakt fizyczny z sercem mojego urządzenia przez kilka dodatkowych sekund!”). A teraz zastanówcie się: ile razy codziennie odblokowujecie ekran w swoim telefonie? Szacuję: między 50 a 200. Jeśli zdążyło mnie to zirytować podczas konferencji, to z całą pewnością zirytuje mnie to też pierwszego dnia.

Czytnik linii papilarnych ma również ten atut, że kiedy telefon trafia pod moją twarz, jest już odblokowany i gotowy do działania. Moment odblokowania ma miejsce jeszcze w chwili wyjmowania go z kieszeni. Face ID odsuwa ten moment w czasie do momentu spojrzenia na ekran urządzenia.

Moim zdaniem Face ID to żadna tam przyszłość, tylko porażka kompromisu.

Lubię, gdy twórcy eksperymentują z telefonami, bo tylko takie rozwiązania gwarantują postęp całej tej gałęzi. Jednakże od eksperymentów mamy raczej z góry skazane na porażkę projekty, a LG (ci od G5) chętnie wam opowie, jak to się kończy w przypadku wdrażania ich we flagowym modelu. Moim zdaniem system Face ID mógłby dziś skutecznie zabić flagowy model takiego choćby LG, a może nawet Samsunga, gdyby wdrożono go bez czytnika linii papilarnych.

W przypadku Apple sytuacja jest specyficzna i podejrzewam, że nawet jeśli to rozwiązanie okaże się tak dalekie od ideału, jak się tego obawiam, chwilę sobie poczekamy, aż znajdzie się jakiś samotny, ostentacyjnie wykluczony z jabłkowego środowiska jeździec, który powie, że hej – Face ID jest nagi, to nie jest fajne.

Że powie to, czego się wszyscy domyślamy. Że Apple przekombinowało, nie chciało zaśmiecać telefonu czytnikiem na pleckach tak, jak zrobił to Samsung, przeszarżowało, wyprzedzając epokę i w rezultacie system Face ID okazał się nie tylko rozczarowaniem, ale też zwyczajnie dużym utrudnieniem dla osób, które z telefonu chcą korzystać na co dzień.

iPhone X raczej będzie sukcesem sprzedażowym, ponieważ to ogromny powiew świeżości w linii i fani Apple po latach wmawiania, że czegoś kompletnie nie potrzebują i że to jest gorsze, w końcu to dostali („zrobione jak trzeba” – dopisek dla wybranych, którzy poczuliby się dotknięci jego brakiem). Salony zostaną zdobyte szturmem.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement