Killerem Call of Duty nie będzie Battlefield. Będzie nim Destiny 2

Artykuł/Gry 07.09.2017
Killerem Call of Duty nie będzie Battlefield. Będzie nim Destiny 2

Battlefield czy Call of Duty? To pytanie od lat rozpala internetowe debaty prowadzone przez graczy. Na marne, bo postawiona kwestia jest tej samej natury co wybór w stylu: sprint czy maraton? Battlefield jest zbyt odmienny, żeby wykończyć Call of Duty. Killerem może być za to Destiny 2.

Od lat kręcę nosem na rozważania – Call of Duty czy Battlefield? Chociaż obie gry są sieciowymi strzelaninami tworzonymi za absurdalnie wysokie sumy, na tym podobieństwa się kończą. To jak porównywać zupę pomidorową ze schabowym, ponieważ to i to możesz zjeść na obiad. Dokonać wyboru jak najbardziej można, ale w oparciu o subiektywne potrzeby, nie wymierną analizę składowych normowanych za pomocą wymiernego klucza.

Call of Duty oraz Battlefield to serie tak odmienne, jak to tylko możliwe.

CoD skupia się na szybkich, kontaktowych starciach na bliskich odległościach. BF ceni sobie przestrzeń oraz średnie i dalekie dystanse. Producenci Call of Duty z roku na rok zacieśniają swoje areny, aby nadać rozgrywce jak najbardziej dynamicznego i rotacyjnego charakteru. Twórcy Battlefielda chwalą się za to wielkością ich otwartych map, a także stabilnym rozłożeniem sił po przeciwległych stronach pola bitwy. Fani CoD-a nie mają problemu z limitem 12 – 14 graczy na mapie, podczas gdy miłośnicy BF-a są zachwyceni gigantycznymi starciami do 64 żołnierzy. Takich różnic można wymienić naprawdę wiele.

Call of Duty: WWII w trybie wieloosobowym. Gwiazdą ujęcia jest M1 Garand

Posunę się ze swoim twierdzeniem daleko, ale śmiem sądzić, że obie serie są adresowane do zasadniczo innych grup odbiorców. To rywale pośredni, których łączy tylko i wyłącznie wspólnota gatunkowa. Tak jak pokera i pasjansa łączy to, że tutaj i tutaj gra się w karty. Z roku na rok obie serie jedynie się od siebie oddalają, stawiając na zupełnie inne mechaniki, tempo, style rozgrywki oraz akcenty rywalizacji. Z tego powodu Call of Duty nie wykończy Battlefielda, ani Battlefield nie wykończy Call of Duty. Nie oznacza to jednak, że producenci CoD-a nie mają się czego obawiać. Ba, w tym roku ich strach powinien być większy niż kiedykolwiek wcześniej.

Po dwóch dniach walk PvP w Destiny 2 jestem pewien, że ta gra przyciągnie wielu fanów CoD-a.

Oczywiście możecie powiedzieć, że upadłem na głowę, ponieważ Call of Duty: WWII to drugowojenna strzelanina, z kolei Destiny 2 jest grą science-fiction. Zgoda, ale to wszystko jedynie otoczka. Zwiewne szaty, które pozwalają na szybką metamorfozę z roku na rok. Po ograniu bety Call of Duty: WWII na własnej skórze przekonałem się, że nadchodzącej grze jest znacznie bliżej do poprzedniego CoD-a rozgrywanego w kosmosie, niżeli do pierwszych odsłon traktujących o Drugiej Wojnie Światowej.

Gdyby zedrzeć lakier ze strzelanin Destiny 2 oraz Call of Duty: WWII, okazuje się, że pod maską mają bardzo podobne silniki. Tutaj i tutaj chodzi o walkę na bliski i średni dystans. W obu grach rozgrywka jest prowadzona w małych drużynach (D2 – 8 graczy, CoD – 12). Zarówno Call of Duty: WWII jak i Destiny 2 stawiają na rozgrywkę rotacyjną, z przemieszczającymi się punktami odradzania. W obu grach dominują karabiny maszynowe. Tutaj i tutaj tempo jest intensywne, a małe areny zmuszają do stałej wymiany ognia.

Tyle tylko, że Bungie… po prostu robi to lepiej. Ich model strzelania jest nie do podrobienia.

Nie chcę niczego ujmować nadchodzącemu Call of Duty: WWII. Strzelanina podana w drugowojennym sosie zapowiada się na ważne i ciekawe odświeżenie serii. Jednak nawet tak popularna marka jak CoD blednie, gdy porównam ją z niesamowitym systemem strzelania, jaki znajduje się w Destiny oraz Destiny 2. Odkładając na bok realizm ostrzału, Bungie stworzyło najbardziej satysfakcjonujący model prowadzenia ognia dostępny na rynku. Żadne Call of Duty i żaden Battlefield nie umywa się do uczucia, jakie towarzyszy strzelaniu z futurystycznych pukawek w Destiny 2.

W grze Bungie każde wciśnięcie spustu to frajda sama w sobie. Dźwięk, tempo, odrzut, wibracja, sygnalizacja trafienia, efekty dodatkowe – wszystko tutaj gra jak w zegarku, deklasując rozwiązania konkurencji. Niektóre studia deweloperskie mają po prostu dar do pojedynczych rozwiązań, które są najlepsze w swojej klasie. Naughty Dog nie ma równych w prowadzeniu narracji. Turn 10 posiada najlepszy aktualnie zręcznościowy model jazdy. Z kolei Bungie dysponuje najbardziej satysfakcjonującym systemem strzelania.

Ciężko mi wykonać ciekawe zrzuty ekranu z trybu PvP w Destiny 2. Wszystko przez szybkie tempo i intensywną akcję

Do tego tryby PvP w Destiny 2 są naprawdę emocjonujące. Potyczka, w której każda z drużyn ma określoną liczbę punktów odrodzenia to jak partia pokera. Skopiowany z Call of Duty pomysł na zbieranie nieśmiertelników z pokonanych wrogów dobrze pompuje adrenalinę. Przejmowanie flag pozwala oderwać się na moment od pogoni za fragami. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Chociażby w przerwie pomiędzy aktywnościami PvE dla jednego gracza lub w trybie kooperacji.

Call of Duty ratuje to, że sieciowe PvP w Destiny 2 to wciąż bardziej półprodukt niż satysfakcjonujące rozwiązanie. Brak dedykowanych serwerów, wyszukiwarki trybów czy nawet możliwości stworzenia własnej rozgrywki sprawia, że na ten moment półprofesjonalne zmagania PvP w D2 ciężko brać na poważnie. Do czasu. Jestem przekonany, że w następnych miesiącach Bungie rozbuduje wieloosobowy aspekt swojej produkcji. Nieoceniony będzie przy tym głos sceny zgromadzonej na PC, która może wynieść Destiny 2 na zupełnie nowe, e-sportowe salony.

No bo chyba nie wierzyliście, że Bungie stworzyło świetnie zoptymalizowane Destiny 2 na PC jedynie po to, aby dotrzeć do szerszej grupy potencjalnych klientów?

 

Dołącz do dyskusji

Advertisement