Nie wyobrażałem sobie życia bez tych pięciu stron. Dziś większości z nich już nie ma

Felieton/Media 30.08.2017
Nie wyobrażałem sobie życia bez tych pięciu stron. Dziś większości z nich już nie ma

Podobno wystarczy znać zestaw kilku odwiedzanych przez osobę stron, ich kolejność oraz czas przebywania na nich, by poznać tzw. internetowy odcisk palca. Dzięki temu jesteśmy w stanie zidentyfikować osobę niemal bezbłędnie – nawet nie mając żadnych danych personalnych.

Strony, które odwiedzamy, są jednak zmienne. To, co było naszą internetową codziennością kilka lat temu, dziś  mogło odejść już w niepamięć, a miejsce naszych ulubionych stron i usług internetowych mogły zastąpić nowe.

Przygotować się do napisania tego zestawianie wcale nie było łatwo. Okazuje się się, że dość trudno jest przypomnieć sobie strony, które kiedyś się używało na co dzień. A jednak się udało.

Oto mój nieaktualny sieciowy odcisk palca – strony, które kiedyś odwiedzałem codziennie, i nie wyobrażałem sobie funkcjonowania bez nich.

Większości z nich już nie ma lub zmieniły się tak, że straciły zainteresowanie użytkowników. W jednym z przypadków… po prostu sam straciłem zainteresowanie.

Google Reader

Gdy teraz wchodzimy na stronę Google Readera (https://www.google.com/reader) wita nas podziękowania dla fanów i link do wpisu na blogu Google, wyjaśniającego dlaczego projekt został skasowany.

Google Reader był bardzo dobrym czytnikiem RSS. Można powiedzieć, że przyczynił się mocno do popularyzacji tego formatu i jego pochodnych. W Google Reader czytało się wiadomości z dużą wygodą i elastycznością; wszystkie funkcje można było wywołać za pomocą klawiatury, więc można było zacząć sesję czytania bez dotykania myszki. Dla wielu osób, które znałem, było to podstawowe narzędzie do czytania internetowych wiadomości i wpisów na blogach. Nie zabrakło też wsparcia dla podcastów – po zasubskrybowaniu adresu “feeda” z podcastem (np. z iTunes), Google Reader pokazywał dobrze wykonany odtwarzacz. Google Reader był pierwszą usługą działającą z Google Gears – dzięki czemu można było pobrać i czytać 2000 najnowszych wiadomości offline.

Można by spytać: i komu to przeszkadzało? Przeszkadzało najwyraźniej Googlowi, który ten popularny projekt spasował w lipcu 2013 roku. Przyczyna? Malejące zainteresowanie.

Czy rzeczywiście było takie małe? Google nie podawał dokładnych liczb, ale mamy dość dobre rozeznanie dzięki informacji od… konkurencyjnego (a dziś wiodącego) czytnika Feedly. Według właścicieli Feedly, w dwa dni po zamknięciu Google Readera dołączyło do nich pół miliona nowych użytkowników, a ciągu kolejnych dwóch tygodni jeszcze dodatkowe trzy miliony…

Delicious

Delicious (zapisane jako del.ico.us) był usługą zapisywania zakładek w chmurze. Tylko tyle i aż tyle. Dzięki dodatkom do popularnych przeglądarek mogliśmy zapisać zakładkę, wraz z opcjonalnym komentarzem i mieć do niej dostęp z innych komputerów. Dodatkowo byliśmy w stanie przeszukiwać nasze zakładki bezpośrednio z poziomu przeglądarki.

Delicious posiadał ciekawe funkcje społecznościowe. Każdy mógł otagować swoje zakładki, a z tagów można było wygenerować interesujące dane: np. chmurę tagów według popularności. Było to prawdopodobnie pierwsze użycie słowa i funkcjonalności taga w komercyjnym projekcie.

Delicious został kupiony w 2005 roku przez Yahoo! Internetowy gigant nie miał jednak pomysłu na rozwój serwisu i gdy w 2010 roku wyciekł e-mail mówiący o tym, że serwis musi zostać zamknięty lub sprzedany, użytkownicy wpadli w panikę. Z paniki tej skorzystał programista polskiego pochodzenia, Maciej Cegłowski, który… napisał na własny użytek własną usługę do zapisywania zakładek – Pinboard (pinboard.in) i postanowił ją udostępnić innym użytkownikom.

Dzięki temu, że udostępnił możliwość importowania zakładek z Delicious, oraz zaoferował niedrogie założenie konta (wtedy była to jednorazowa opłata bez subskrypcji), wielu użytkowników przeniosła swoje zakładki do Pinboard.

Delicious istniał jeszcze niejako z rozpędu przez kilka lat, aż – co jest prawdziwą ironią losu – został kupiony w czerwcu 2017 roku przez… Pinboard.

Yahoo! Games

Skoro już o Yahoo! mowa, nie sposób wspomnieć choć o jednej ich stronie, którą odwiedzało dziennie miliony internautów. Powstała w 1998 roku sekcja na stronie Yahoo! na której można było pograć z gry online, bez instalowania oprogramowania. Do tego grać można było z innymi użytkownikami – wiele gier oferowało opcję multiplayer.

Gry działały dzięki Flashowi (kolejna poległa technologia) lub appletom Javy. Wśród nich była klasyka, taka jak gry planszowe, ale i gierki zręcznościowe, proste MMO oraz gry słowne.

W pewnym momencie strona przestała oferować gry, z zaczęła zawierać recenzje gier na różne platformy i ich opisy. Potem w ogóle przestała działać, a adres games.yahoo.com teraz przekierowuje na główną stronę serwisu.

Blip

Polski “serwis mikroblogowy” lub “polski Twitter”. Nazwa strony to nie tylko “blipnięcie” powiadamiające o nowych wiadomościach. To również skrót od Bardo Lubię Informować Przyjaciół. Serwis bardzo szybko został kupiony przez spółkę Gadu-Gadu.

Określenie “polski Twitter” było wobec blip.pl niesprawiedliwe. Powstała równocześnie z Twitterem usługa szybciej była wzbogacana o funkcjonalności (np. prywatna wiadomość lub wspomnienie o innym użytkowniku), pozwalała też umieszczać w wiadomościach fotografii, podczas gdy Twitter wciąż musiał w tym celu korzystać z zewnętrznych usług (np. również zamknięty już TwitPic). Blip oferował również dobre programistyczne API dzięki czemu można było tworzyć programy klienckie i integrować inne usługi.

Właściciele Blipa – podobnie jak Twittera – starali się zadbać o to, by konto założyli celebryci. Oficjalne konto na Blipie miał m.in. Lech Wałęsa.

W 2013 roku ogłoszono planowane zamknięcie Blipa, a użytkownicy było zachęcani do migrowania na mikroblogową platformę serwisu Wykop. Dziś na stronie blip.pl znajdziemy poradniki zakupowe i kody rabatowe.

Last.fm

Założona w 2002 roku strona oferowała unikalną usługę: potrafiła zapisać wszystkie słuchane przez nas utwory (początkowo za pomocą komputera, później również na innych urządzeniach np. iPodach) i przesyłać do naszego profilu. Następnie potrafiła wskazać nam innych artystów, którzy mogliby się nam spodobać, pokazać nam statystyki odsłuchań oraz przedstawić nas “muzycznym sąsiadom” – użytkownikom, którzy mają podobne gusta.

Wkrótce dodano nowe funkcje: na przykład możliwość dodawania utworów do ulubionych bądź nielubianych. Cała strona last.fm to również baza informacji o artystach i ich utworach. Dzięki temu można było np. znaleźć koncerty ulubionego artysty, a nawet być przekierowanym na stronę do zakupu biletów oraz obejrzeć zdjęcia z poprzednich występów wykonane przez użytkowników serwisu.

W 2007 roku wprowadzono możliwość odsłuchiwania utworów online, łącznie z późniejszą opcjonalną subskrypcją. Później powstały aplikacje mobilne, które spełniały rolę radia dostosowanego do naszych gustów (tzw. wirtualne stacje radiowe). Do dziś last.fm jako scrobbler (czyli zbieracz informacji o tym, czego sluchamy) jest brany pod uwagę przez twórców aplikacji i sprzętu – domyślnie miejsce na połączenie konta ma np. Spotify oraz wiele inteligentnych głośników.

Niestety, Last.FM wiele straciło przez rezygnację ze streamingu i subskrypcji oraz na przeprojektowaniu strony, w czasie której wiele funkcji społecznościowych zostało ukrytych lub usuniętych. Dziś już nawet nie podłączam last.fm do kont odtwarzaczy – choć biblioteka odtworzonych przeze mnie utworów zawiera ponad 5000 artystów.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement