Internet miał być świątynią wiedzy. A przypomina wysypisko śmieci

Felieton/Nauka 24.08.2017
Internet miał być świątynią wiedzy. A przypomina wysypisko śmieci

Pod koniec minionego wieku jeden z moich wykładowców rozpoczął zajęcia od zachęty, by tworzyć fiszki. Miały one, zdaniem wiekowego już wtedy profesora, pomóc w przyswajaniu wiedzy.

Dziś fiszki wykorzystywane są jeszcze czasem do nauki słówek w językach obcych. Poza tym te niewielkie kartoniki przeszły do historii. Nawet w bibliotekach, które zabiły je dokonując cyfryzacji swoich katalogów. Fiszek używali nie tylko bibliotekarze i naukowcy. W czasach sprzed Internetu korzystali z nich również dziennikarze. Była to bowiem niezła metoda porządkowania informacji.

XXI wiek przyniósł informacyjny chaos.

Siedzę przed komputerem we własnym domu i mam dostęp do niezliczonych danych. Nie potrzebuję w zasadzie komputera. Wystarczy smartfon z transmisją danych. Wstukuję pytanie w wyszukiwarce i po ułamku sekundy otrzymuję odpowiedź.

Stoją przede mną utwory z różnych epok. Owoce kultury sprzed wieków i tysiącleci. Mogę kontemplować dzieła sztuki wszelakiej. Poznawać tajniki wiedzy. Każdego dnia dowiadywać się czegoś nowego o fizyce, biologii, chemii, historii.

Na moich oczach następują przełomy naukowe, technologiczne, inżynieryjne. Naukowcy patrzą w głęboki kosmos. Próbują zarazem poznać tajemnice natury na poziomie kwantowym. Szukają odpowiedzi na pytania o początek i strukturę Wszechświata.

Powinienem czuć się jak młody bóg. Internet odsłania przed mną nieograniczone zasoby wiedzy. Mam dostęp do danych, o których nawet nie mogli marzyć giganci nauki.

Choć jestem entuzjastą nauki i chłonę wszelkie informacje na jej temat, a część z nich próbuję opisywać na Spider’s Web w popularyzatorskim tonie, to daleko mi do entuzjazmu. Dlaczego? Bo mimo bezprecedensowego dostępu do informacji, wiedzy i dóbr kultury mam poczucie totalnego chaosu. Internet bardziej przypomina wysypisko śmieci, na którym można znaleźć od czasu do czasu cenne rzeczy, niż świątynię wiedzy czy sanktuarium informacji.

Każdego dnia zalewają nas miliony bezwartościowych treści.

Za sprawą uprawianego zawodu, jedną z pierwszych rzeczy, jaką robię po otwarciu oczu jest przeglądanie źródeł. Korzystam z kilku narzędzi. Mój poranek wygląda najczęściej podobnie: przewijam, przewijam i przewijam.

99 proc. materiałów skanuję wzrokiem i oceniam na podstawie nagłówków. Nie zagłębiam się w nie, nie mam czasu. Nie starczyłoby mi dnia, by przejrzeć każdy z nich. Nie starczyłoby mi tygodnia, a może i miesiąca, by przeczytać każdy.

To czy dowiem się czegoś nowego w dużej mierze zależy od wydawcy czy redaktora prowadzącego danego medium, który dba o to, by tytuł i lead zainteresowały mnie jako czytelnika. Moje poznanie oparte zostało o specyficzny rodzaj zaufania do ludzi z branży.

Zdaję sobie sprawę, jak wiele tracę. Mam świadomość tego, jak często filtry nie działają. Zdarza mi się żałować, że doba nie trwa 48 godzin i potrzebuję kilku godzin snu. Z drugiej strony, chyba częściej mam poczucie zmarnowanego czasu. Oto okazuje się bowiem, że opisana sensacja naukowa żadną sensacją nie jest, a przekazywana wiedza to oczywistość ubrana w ładne szatki.

Na początku wspomniałem o fiszkach. Profesor, o którym mowa nie żyje od kilku lat. Metoda do której zachęcał pomagała mu porządkować wiedzę. Nie był to człowiek z poprzedniej epoki, który nie potrafił korzystać z dóbr techniki. Miał swoją witrynę w sieci, zanim wielu użytkowników po raz pierwszy wpisało w przeglądarce adres jakiejś strony.

Korzystał z Google czy e-maila. Być może nawet z komunikatorów. Nie podniecał go jednak, jak często nas dzisiaj, dostęp do wszystkiego i zarazem niczego. Nie fascynował się wiedzą dla wiedzy. W informacyjnym chaosie szukał porządku. Bo uważał, że samo słowo chaos ma w sobie już jakiś element porządkujący.

Zdjęcie główne: Dr Marcus Gossler / CC-BY-SA-3.0 via Wikimedia Commons

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement