Wielka, ogromna katastrofa – obwińmy tani roaming za wszystko, co złe

Felieton/Operatorzy 22.08.2017
Wielka, ogromna katastrofa – obwińmy tani roaming za wszystko, co złe

“Koniec roamingu miał być super, jest katastrofa. Jak tani internet w Unii Europejskiej zrujnuje wam wakacje”. To tytuł felietonu, który wyświetlił mi się w polecanych treściach w Google Now. Oczywiście, że kliknęłam. Oczywiście, że treść okazała się szambem, i to szambem nie byle jakim, bo kilkupoziomowym. Zgadniecie, o co chodzi autorowi?

Oczywiście o to, że wraz z tanim internetem, który możemy już mieć w krajach Unii Europejskiej, pojawili się maruderzy narzekający na to, że muszą być teraz “pod smyczą” i nie mają wymówki “jestem za granicą, nie będę dostępny online”. Tak, pewnie część ludzi musi teraz pracować na urlopie na plaży albo jest pod presją, by to robić.

Tylko że to nie jest problem stworzony przez tani dostęp do internetu. To problem rynku pracy, braku regulacji nadgodzin wypracowywanych zdalnie i tak dalej. To problem prawa i naszej kultury pracy oraz jej świadomości. To, że zwalamy winę na tani dostęp do internetu to dowód, jak chory jest rynek pracy i jak chore i przesiąknięte służalczością jest nasze – ogółu – myślenie i podejście do pracy.

Autor ewidentnie lubi podglądać obcych ludzi i na dodatek dopisywać im historie:

Siedzicie na plaży w jednym z europejskich krajów, a kątem oka możecie zaobserwować jegomościa, który zamiast oddawać się zajęciom typu „plażing i leżing”, siedzi po turecku i namiętnie stuka w klawiaturę laptopa, na którym widzicie arkusz Excela. Świetny urlop, nie ma co!

Podziwiacie cudowny widok na norweskie fiordy… a w tle jak natrętna mucha wibruje wam głos kobiety, która wydaje polecenia przez komórkę: ten raport wysyłamy jak najszybciej, na tamtego maila niech odpowie dział handlowy, a towar zamówcie koniecznie z hurtowni od pana Władka. I niech was nie zmyli jej wakacyjny strój i aparat fotograficzny zwisający z przedramienia – ta pani nie jest na urlopie. To znaczy jest, fizycznie, ciałem. Ale jej umysł, głowa, myśli, to wszystko jest w pracy. Tej, którą opuściła, wybierając się na zasłużony wypoczynek. No ale jak tu odpocząć, jak wciąż telefon dzwoni, na maile należy odpisać, a lista spraw do zrobienia wciąż rośnie?

Blokowanie taniego internetu lub chociaż marudzenie, że roaming staniał, jest bardzo, bardzo egoistyczne. To jak obwiniać katar za to, że wywołał grypę.

Oczywiście jak w typowo konionkturalnym tekście “pomarudzę na internet, bo to modne” kolejna katastrofa to podobno to, że nie potrafimy odłożyć telefonu. Okropni turyści wrzucają na fejsa zdjęcia z miejsc, które odwiedzili, a biedny i kilku forumowiczów ma FOMO na wakacjach i irracjonalne lęki sprawiają, że boją się, iż coś przegapili, gdy nie sprawdzają telefonu co 15 sekund.

Doskonale to rozumiem, bo sama miewałam FOMO. Wiecie, co nie pomogło? Przymusowe (nawet zaplanowane) odcięcie od internetu. To trochę tak, jak z kimś uzależnionym od środków uzależniających. Przymusowy odwyk nie zadziała, dopóki uzależniony nie zda sobie sprawy, że chce rzucić nałóg (pomijam środki farmakologiczne). Jeśli przez cały odwyk cierpi i myśli tylko o tym, jak to miło będzie wrócić do używki, to cały ten cyrk zda się na nic.

Takie marudzenie to także wrzucanie wszystkich do jednego worka. Dobrze, prawie połowa osób korzysta z sieci społecznościowych podczas wakacji. To jednak nie znaczy, że każda z nich ma problem, cierpi i jest uzależniona. Koncept, w którym ktoś wrzuci fotkę spod katedry Notre Dame kilka minut po wyjściu z niej, nie jest równoznaczne z chorobliwą obsesją.

Tak, internet uwypuklił i stworzył trochę nowych problemów.

Ich rozwiązaniem nie jest jednak przymusowe odcięcie (na pewno znacie kogoś, kto na wakacjach w kraju, w którym roaming jest drogi, zamiast się relaksować szuka darmowego WiFi), a powolne uświadamianie i edukacja o tym, jak ważny jest w życiu balans i życie w świecie w stu procentach realnym. Jak ważne jest przeżywanie na własne oczy, a nie przez ekran smartfona, jak uzależniające i wypaczające rzeczywistość mogą być media społecznościowe.

Wiem, to trochę marzycielskie podejście, ale widzę coraz więcej i więcej ludzi, którzy zdają sobie z tego wszystkiego sprawę – z tego, że przeżywanie jest zwykle więcej warte niż utrwalanie na później.

Za to nie ma to jak clickbaitowy tytuł z zawartą “katastrofą”.

Ja bardzo się cieszę, że za granicą nie muszę już wydawać małej fortuny żeby skorzystać z głupich map, że nie muszę pamiętać, by zapisać je offline przed wyjazdem, że w każdej chwili mogę być w kontakcie z bliskimi. A autorowi życzę, by na wakacjach nie interesował się tak tym, co robią inni plażowicze. A zaglądanie im w ekrany komputerów jest już naprawdę niegrzeczne!

Dołącz do dyskusji

Advertisement