Głupia sprawa – na Switchu kupuje się w złotówkach, są polskie znaki, ale Nintendo udaje, że Polska nie istnieje

Artykuł/Gry 07.07.2017
Głupia sprawa – na Switchu kupuje się w złotówkach, są polskie znaki, ale Nintendo udaje, że Polska nie istnieje

Gdy Mikołaj Rej pisał: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”, tajemnicą poliszynela było, że poeta nie potrafił posługiwać się piękną, modną wówczas łaciną. Dzisiaj miliony polskich graczy doskonale władają dominującym w branży językiem angielskim, ale i tak głupio gdy Nintendo udaje, że Polski nie ma. Chociaż sprzedaje gry po polsku. Za złotówki.

Jeżeli w japońskiej centrali Nintendo mają powieszoną mapę świata, Europa kończy się na niej przy wschodniej granicy Niemiec. Po prawej stronie od Republiki Federalnej rozciąga się już dziki świat, przepełniony barbarzyńcami o egzotycznych zwyczajach, którym lepiej nie wchodzić w drogę. Zamiast nawiązywać bezpośredni kontakt i wymianę handlową z dzikusami, Japończycy wolą wynająć do tego namiestnika, który w ich imieniu będzie w stanie porozumieć się z nieokrzesanym ludem.

Powyższy opis to wypisz wymaluj strategia Nintendo wobec Polski.

W Polsce swoje wydawnictwa posiada między innymi Sony PlayStation, Microsoft, Electronic Arts oraz Ubisoft. Najwięksi liderzy branży gier traktują Polskę jako naturalne miejsce dla placówek, które będą dystrybuować dobra na Europę Środkową oraz Europę Wschodnią. Nowa infrastruktura drogowa, względnie tanie powierzchnie magazynowe, niskie koszty zatrudnienia, wykwalifikowani specjaliści, solidny etos pracy, do tego baza prawie 40 milionów potencjalnych klientów – na tle naszych sąsiadów jesteśmy relatywnie atrakcyjni…

… ale nie dla Nintendo. Po tym, jak GameCube nie odniósł zamierzonego sukcesu, Japończycy woleli skoncentrować się na pewniejszych i bogatszych rynkach. Zostaliśmy pozostawieni w objęciach Xboksa oraz PlayStation. Podczas gdy na świecie konsola Wii była niepokonana, u nas Nintendo zaczęło być postrzegane jako egzotyka dla dzieci lub dziwaków. Gigantyczna szkoda, bo polscy gracze mają przecież zakodowany gen Nintendo głęboko pod skórą.

Większość z nas wychowała się przecież na Pegasusie – pirackim klonie konsoli Nintendo Entertainment. Duck Hunt, Excitebike, Kung Fu, Lode Runner, Super Mario Bros. – jestem przekonany, że czytelnik Spider’s Web kojarzy chociaż jedną z kultowych gier Nintendo. Niestety, Nintendo przestało kojarzyć Polskę. Przełamanie lodów za pośrednictwem firmy trzeciej nastąpiło dopiero podczas premiery 3DS-a. Jednak po początkowej pompie bardzo szybko okazało się, że popyt na produkty Wielkiego N nie jest u nas wielki. Doszło do kolejnych lat posuchy.

Teraz sytuacja jest lepsza. Polska znowu posiada dystrybutora produktów Nintendo, któremu zależy.

Czeski ConQuest jest obecny z produktami Nintendo ma imprezach masowych. Firma nawiązuje relacje z mediami, co jeszcze kilka lat temu było dla redaktora kibicującego Mario i spółce jedynie marzeniem. Organizowane są pokazy dziennikarskie, prowadzone są konta społecznościowe, doczekaliśmy się nawet oficjelnego sklepu Nintendo na Allegro. Oczywiście z punktu widzenia kapitalnych działań podejmowanych przez polski oddział Sony PlayStation to wszystko plankton. Nie ulega jednak wątpliwości, że dawniej było nic, teraz jest już coś.

ConQuest może się dwoić i troić, ale jeżeli europejskiemu oddziałowi Nintendo nie będzie zależeć, oficjalny dystrybutor sam nic nie zdziała. Z kolei centrala w Berlinie wysyła nam bardzo, bardzo sprzeczne sygnały. Z jednej strony dochodzi do kapitalnych inicjatyw cenowych. Dla przykładu, Minecraft dla Nintendo Switcha kosztuje w eShopie 99 zł. Gracze z euro-regionów muszą z kolei zapłacić 30 euro, czyli około 127 zł. Cenowe zaokrąglenie w dół nie jest przypadkowe. Istnieje więcej tytułów, za które polski gracz zapłaci mniej niż bardziej zasobny w portfelu gracz niemiecki lub francuski. Czegoś takiego nie uświadczycie na cyfrowej platformie PlayStation.

Z drugiej strony, Nintendo wciąż z uporem maniaka pozostaje przy tym, że Polska nie istnieje.

W pamięci Nintendo Switcha mam zainstalowane trzy gry z polską wersję językową. To wymagająca platformówka Gonner, rozczarowujące wyścigi Auta 3 oraz bardzo grywalne LEGO City Undercover. Żadna, absolutnie żadna z tych produkcji nie ma informacji o wsparciu dla naszego języka w karcie produktu. Dziwne o tyle, że zakładki gier w eShopie dla Switcha są niezwykle szczegółowe. Można w nich podejrzeć takie detale jak rozmiar pliku, powiązane DLC, dostępne tryby sterowania, liczbę graczy online/przed jednym TV, a nawet listę kompatybilnych zewnętrznych kontrolerów. Oczywiście tabelka z obsługą języków również się znajduje.

Tak oto w karcie produktu Auta 3 mogę przeczytać, że gra jest dostępna w języku angielskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim, włoskim, holenderskim oraz rosyjskim. Jak możecie zobaczyć na wykonanym przeze mnie zrzucie ekranu, wszystko się zgadza. Każdy z tych języków znajduje się na liście w opcjach gry. Z tym, że widnieje tam również jakaś dziwna pozycja… „Polski”? Pierwsze słyszę.

Sprawa jest zabawna o tyle, że polski wydawca gry Auta 3 – firma Cenega – nie przygotowała jedynie prostego importu tłumaczenia z wersji na PC czy PS4. Jak możecie zobaczyć na drugim wykonanym przeze mnie zrzucie, polskich treści doczekały się nawet specjalne plansze informacyjne, charakterystyczne tylko i wyłącznie dla gry w wersji na Nintendo Switcha. Dokładnie to samo tyczy się LEGO City Undercover, które według Japończyków jest dostępne wyłącznie po angielsku, hiszpańsku, francusku, niemiecku, włosku, holendersku, portugalsku, rosyjsku oraz w języku chińskim.

Dlaczego taki detal drażni mnie na tyle, że popełniłem o tym tekst?

Nie chodzi o jakąś narodową dumę, która ucierpiała na niezrozumiałej polityce Nintendo. Chodzi o niekonsekwencje, które biją w podstawowe świętości Japończyków. Wielkie N od zawsze reklamuje się jako firma, która tworzy produkty przyjazne dzieciom oraz rodzinom. Switch jest tego kolejnym potwierdzeniem. W dniu premiery konsola nie miała nawet przeglądarki internetowej (i nie ma jej w dalszym ciągu!), ale Nintendo przygotowało kapitalną aplikację rodzicielską na smartfony. Takiego programu mogą jedynie pozazdrościć opiekunowie posiadający PlayStation i Xboksy:

Nintendo wielokrotnie podkreślało, że przystępność gier dla młodszych odbiorców jest bardzo ważna. Ta deklaracja nie idzie w parze ze wsparciem językowym. Przecież interfejsy i zasady opisane niezrozumiałymi symbolami przekreślają dany tytuł w oczach kilkulatka, który chce pobawić się przed telewizorem w deszczowy dzień. Najgłupsze jest to, że owo wsparcie językowe może istnieć, lecz rodzic rozważający zakup nie będzie go świadom. No bo jak ma być, skoro na długiej liście wspieranych języków zabraknie tego kluczowego. Ktoś się natrudził, komuś zapłacono, ale Nintendo wciąż nie chce przyznać, że gry mogą być wydawane w języku polskim.

Nie zdziwię się, jeżeli te braki w informacjach wynikają z ludzkiego niedopatrzenia lub ignorancji. Na przykład podczas projektowania eShopu japoński inżynier nie dodał kategorii polish w rubryce języków. Naprawdę nie będę zaskoczony, jeśli tak kluczowe braki w karcie produktu wynikają z etnocentrycznego podejścia charakterystycznego dla japońskich deweloperów. Zabawne o tyle, że jeżeli chodzi o samą walutę, Nintendo skonstruowało swoją platformę bezbłędnie. Złotówki spływające na azjatyckie konta są bardzo mile widziane.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement