Co twórcy gier sobie w ogóle wyobrażają wprowadzając klasę „barda”?

Artykuł/Gry 13.07.2017
Co twórcy gier sobie w ogóle wyobrażają wprowadzając klasę „barda”?

Nie gram już w gry komputerowe prawie wcale, ani nie mam na to za specjalnie czasu, ani – co gorsza – nie sprawiają mi już one przyjemności. Jeśli już się złamię, to zwykle dla dobrego RPG-a. Dużo o tym ostatnio myślałem i stąd właśnie bardowie. Tak jest, bardowie.

Mam wrażenie, że w ostatnich latach klasa barda była marginalizowana w grach, ale wraz z powrotem kickstarterowych trendów na RPG-i rodem z przełomu XX i XXI wieku, twórcy znów muszą sięgać po klasyczne rozwiązania. A wśród nich znajduje się oczywiście chłopiec z gitarą.

Powaga tego wpisu jest adekwatna do powagi klasy barda.

Mag, wojownik, kapłan, łotrzyk, każdy ma swoje preferencje w grach. Istnieje też cała klasa postaci, którymi raczej nikt nie lubi grać (jakiś łowca albo druid), ewentualnie fetyszyści konkretnych przedmiotów i sztuczek, ale przynajmniej da się je jakoś logicznie wytłumaczyć okolicznościami świata gry. Ale, na Boga, nie bardów.

Bardowie w grach komputerowych towarzyszą nam od zarania dziejów, doczekali się nawet swojej własnej serii gier, czyli The Bard’s Tale. Moja przygoda z bardami zaczęła się oczywiście od płyty Jacka Kaczmarskiego Baldur’s Gate, gdzie dwóch największych lamusów w całej grze było bardami. Jest jedna gra, w której grałem bardem, ale to dlatego, że tak jakiś bardzo fachowy ekspert doradzał, że idealnie uzupełnia „build” drużyny i że „w ogóle”. Mowa o Lords of Xulima. Faktycznie, miałem w drużynie takiego Tomasza Niecika na miarę taniego fantasy, ale szczerze mówiąc nie sprawiał wrażenia lidera drużyny. Nigdy nie było takiej sytuacji, że na przykład został sam na placu boju, zrobił moonwalka, a arcymistrz wilkołaków padł z wrażenia. No nie było. Nie było.

Ja nawet nie mam do twórców gier przesadnych pretensji, że oni próbują wyrzeźbić coś w tym bardzianym… błocie i robią z nich quasi-łotrzyków czy nawet czarodziejów, którzy zamiast różdżki mają po prostu harfę. To naprawdę nie lada sztuka ulepić coś sensownego z tak absurdalnego pomysłu, tylko po co się upierać?

Odłóżmy na moment myszkę, wyobraźmy to sobie naprawdę.

Jesteśmy grupką poszukiwaczy przygód, właśnie walczymy z wielkim i złowrogim smokiem, który tak naprawdę jest super strasznym demonem i zależą od nas losy całego świata (czyli jednego średnich rozmiarów kontynentu, bo okazało się, że od Kickstartera też trzeba płacić podatek). Nasz dzielny wojownik Trybson biegnie „tankować”, ale po chwili jest przygniatany do ziemi i wije się w konwulsjach pod ciężarem wielkiego łapska Smauga. Nasz wspaniały paladyn Ojciec Tadeusz tak długo odpędzał zło, aż odgryziono mu głowę, obecnie radośnie tryska już nie tyle entuzjazmem, co krwią, nie wskrzeszą nic z tego nawet w samym Beregoście.

Łotrzyk niby próbował się zakraść od tyłu, ale szybko został zmieciony ogonem i to od razu gdzieś poza mapę. Stoimy jak ten kołek, będąc kapłanem, bo to dopiero pierwsza część gry, więc możemy co najwyżej wyleczyć zatrucie nieświeżym obiadem i rzucić odporność na deszcz, smok idzie w naszym kierunku, sytuacja jest beznadziejna, ale nagle ubrany w szatę złego arcymaga Ibracadabra rzuca ze znalezionych gdzieś w lochach zwojów dwudziestopoziomowe zaklęcia Armageddonu, na przemian ładuje ogniste kule, magiczne pociski i kwasowe strzały, w tle zapier***a 20 helikopterów, napier***a napalm, wszyscy strzelają, smok w końcu pada, choć na opakowaniu pisali, że powinien mieć całkowitą odporność na magię. I to jest groza wojny w porządnym RPG-u, a nie że Tomasz Niecik będzie biegał pomiędzy bohaterami z lutnią wyśpiewując „Los chce ze mną grać w pokera, raz mi daje raz zabiera (…)” o tym jak bardzo czuje się wyobcowany przez Niemców.

Nigdy więcej nawet nie kupię RPG, w którym ktoś wpadł na niedorzeczny pomysł, że ta klasa może być do czegoś przydatna. Ona nawet nie ma za bardzo sensu.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement