Androidowe Zen, czyli rzecz o tym, jak mniej aplikacji na smartfonie pozwala na więcej

Androidowe Zen, czyli rzecz o tym, jak mniej aplikacji na smartfonie pozwala na więcej

Przez ostatnie pół roku na moim smartfonie przybyły ledwie trzy aplikacje. Od ponad roku patrzę się na niemal ten sam pulpit. I prawdę mówiąc… przestałem czuć potrzebę, żeby zmieniać ten stan rzeczy. Osiągnąłem androidowe Zen.

W grudniu zeszłego roku dzieliłem się z wami tym, jak wygląda mój smartfon od środka – z jakich aplikacji korzystam, które uważam za niezbędne, a bez których mógłbym się obyć. Tak wyglądało to wtedy:

Pół roku później zmieniło się… w zasadzie niewiele. Układ pulpitu pozostał praktycznie niezmieniony. Dodam też, że celowo użyłem liczby pojedynczej; drugiego pulpitu już nie używam:

Alternatywnie, jeśli zdarza mi się testować smartfon z Google Now Launcher, którego bardzo lubię i nie czuję potrzeby zmieniać na Action Laucher, układ wygląda mniej więcej tak:

Od ostatniego razu na moim smartfonie przybyły ledwie trzy aplikacje, z czego tylko jedna pełni faktycznie nową funkcję.

Prawdziwie „nową” aplikacją, którą zainstalowałem w ostatnim czasie, jest opisywany przez mnie niedawno Forest App, czyli aplikacja do blokowania innych aplikacji. Używany przez mnie wcześniej stroik do gitary, PitchLab Tuner, zastąpiłem aplikacją Fender Tune, zaś Fender Tone zainstalowałem przy okazji testów wzmacniacza Fender Mustang GT 40.

Oprócz tego od czasu do czasu zdarza mi się sprawdzić jakąś nową grę mobilną, ale jeśli chodzi o nowe aplikacje, od bardzo dawna nie czuję żadnej potrzeby poszukiwania nowości.

Tak jak jeszcze rok temu sprawdzałem wszystkie nowe pozycje, o których robiło się głośno, tak obecnie widzę, że żadna z nowych aplikacji nie ma do zaoferowania nic, co odciągnęłoby mnie od aktualnie wykorzystywanych rozwiązań.

I tylko po części widzę w tym winę jakiegoś swojego znudzenia. Raczej zaczynam dostrzegać fakt, że twórcy aplikacji troszeczkę przestali się starać. A może po prostu wszystkie realne potrzeby użytkowników już zostały zaadresowane i twórcom aplikacji skończyły się pomysły na wymyślanie nowych? Tego nie wiem.

Wiem tylko, że sprawdzając od czasu do czasu nowości w Sklepie Play nie dostrzegam absolutnie żadnej, którą zechciałbym zatrzymać w swoim smartfonie na dłużej.

Mniej znaczy więcej

Od kilku miesięcy czuję za to przemożną potrzebę, by aplikacji na smartfonie mieć mniej. Znacznie mniej. Rok temu przywracając nowy telefon na potrzeby testów, instalowałem średnio 110 aplikacji. Dziś? Połowę tego. Z czego może z 20 korzystam dzień w dzień, a reszty używam od wielkiego dzwonu, lecz są one na tyle potrzebne, że nie mogę ich odinstalować (najlepszy przykład: Uber. Korzystam raz w miesiącu, odwiedzając Warszawę).

Zauważyłem, że smartfon, na którym jest tylko jeden pulpit, w którym jest mniej aplikacji, służy mi po prostu lepiej. SŁUŻY, to słowo klucz. Mając na telefonie mniej czuję, że to ja obsługuję smartfon, a nie, że smartfon posługuje się mną.

Doprowadzenie swojego urządzenia mobilnego do takiego stanu użyteczności wcale nie było trudne. Wystarczyły tak naprawdę trzy kroki:

1. Pozbyłem się duplikatów.

Jeszcze rok temu na moim smartfonie były 3 aplikacje do notowania, dwa klienty poczty, cztery aplikacje do pisania i trzy przeglądarki. Dziś w każdej kategorii została jedna aplikacja:

Evernote – zastąpił OneNote, Keep, a przy okazji listę zadań. Gdybym się bardzo postarał, edytor tekstu na smartfonie też mógłby zastąpić.

Inbox – jedyna skrzynka pocztowa, jakiej potrzebuję do obsługi mojego głównego adresu email. Gdybym korzystał z kilku adresów regularnie, miejsce Inboxa zająłby Outlook.

Word – odkąd z mojego życia zniknął Mac, nie było już potrzeby, bym trzymał w telefonie iA Writera. Jotter Pad również nie miał większego sensu, jak i Write, którego trzymałem w zasadzie dla sportu. Mobilny Word wystarcza mi w zupełności do pisania na smartfonie. A przy okazji daje szybki dostęp do dokumentów edytowanych na komputerze.

Chrome Beta – po eksperymentach z Operą i mobilnym Firefoxem wróciłem do jedynej słusznej przeglądarki. Dlaczego w wersji Beta? Pragmatyzm. Specyfika pracy wymaga ode mnie, żebym był na bieżąco z nowinkami. A jak na betę, ta wersja Chrome’a jest zadziwiająco stabilna.

Jedynym przypadkiem, w którym mam więcej, niż jedną aplikację służącą do mnie więcej tego samego jest rozrywka. Wciąż korzystam wymiennie ze Spotify i Muzyki Play (w tej drugiej mam kilka kupionych albumów, których nie ma w Spotify, ot clou problemu), do czytania mam Medium, Pocketa i aplikację Kindle. Do słuchania książek – Audible i Storytela. Do oglądania wideo – Netfliksa, Showmaksa i HBO Go.

W każdej z tych aplikacji znajduję inne treści i każda dodaje jakąś wartość użytkową mojemu smartfonowi. Jeśli jednak chodzi o aplikacje, które robią to samo, a są stricte narzędziami, staram się znajdować tę jedną, najlepszą w danej kategorii i się jej trzymać.

2. Schowałem social media.

Miejsce, które nie tak dawno temu na pulpicie okupował folder „social”, dziś zajmuje aplikacja Forest. Gdy najdzie mnie impuls przeglądania Instagramu lub Twittera, palec sam trafia na inną ikonę. Nie jest tak, że usunąłem aplikacje społecznościowe z telefonu; z racji wykonywanej pracy nie mogę tego zrobić, a też czasem sociale bywają przydatne. Są one jednak schowane na pasku aplikacji w Action Launcherze. Tak, żeby nie korciło.

3. Zmieniłem nawyki.

Kwestia zmiany sposobu korzystania z telefonu pozostaje niekończącą się opowieścią, bo bywają lepsze i gorsze dni. Ogólnie jednak starania przynoszą efekty. Zamiast scrollować bezmyślnie Facebooka – czytam artykuł zapisany w Pockecie. Zamiast oglądać relacje na Instagramie – sprawdzam, co czeka na mnie w popołudniowej edycji Medium. Zamiast słuchać 150 raz tego samego albumu w Spotify – słucham podcastu lub audiobooka.

Staram się też każdego dnia wygospodarować czas, w którym absolutnie po smartfon nie sięgam. Wciąż mam problem, by odłożyć telefon na godzinę przed pójściem spać, ale już przez godzinę po obudzeniu smartfona nie dotknę (nie licząc wyłączenia budzika).

Wszystko sprowadza się do tego, że korzystam ze smartfona raczej intencjonalnie, niż impulsywnie. A mając na nim mniej aplikacji, ozdóbek i bałaganu, mogę to robić po prostu skuteczniej.

Androidowe Zen

Dziś czuję, że jakimś cudem udało mi się osiągnąć to, czego tak bardzo zawsze zazdrościłem Piotrkowi Grabcowi i innym posiadaczom iPhone’ów – cyfrowe Zen. Androidowe Zen, w tym przypadku. W połączeniu z wypracowanym dawno temu zestawem stałych aplikacji na komputerze w końcu czuję, że technologia przestała mi przeszkadzać. Stała się przezroczysta.

Taka, jaka powinna być zawsze.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement