Bitcoin pobiera więcej energii niż mały kraj? I tak jest tego wart

Biznes 12.07.2017
Bitcoin pobiera więcej energii niż mały kraj? I tak jest tego wart

Sieć bitcoina pobiera więcej energii w przeliczeniu na jedną transakcję niż największa sieć kart kredytowych – Visa. W zamian oferuje jednak zalety, które przebijają konkurencję.

Aby zrozumieć na czym polega koszt utrzymania całej sieci, należy zacząć od podstaw, czyli tego, jak bitcoin działa.

Jak działa system bitcoina?

Bitcoin umożliwia szybkie przysyłanie pieniędzy pomiędzy ludźmi niezależnie od miejsca, w którym się znajdują. Transakcje przelatują przez sieć, ale aby zostać zaakceptowane, ich prawdziwość muszą potwierdzić górnicy.

Pracę górników można sobie wyobrazić następująco. Wyłapują oni transakcje z sieci i zapisują je w zeszycie. Gdy dochodzą do końca kartki, chcą ją wyrwać i dokleić do wielkiej księgi, która zawiera wszystkie transakcje od początku powstania bitcoina. Zanim to jednak zrobią, sieć daje im zadanie matematyczne do rozwiązania.

Górników jest bardzo dużo i każdy czeka na wynik wraz ze swoją kartką. Im większą mocą obliczeniową dysponuje, tym większe prawdopodobieństwo, że to jego komputery wygrają wyścig o znalezienie rozwiązania.

Zachęty do pracy dla górników są dwie. Po pierwsze to niewielkie prowizje od potwierdzanych transakcji, a po drugie to nagroda za doklejenie kartki (w bitcoinowej terminologii: wykopanie bloku). W sumie to kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Wyścig powtarza się co ok. 10 minut. Każdy zwycięzca rozgłasza po całej sieci swój wynik, a pozostali sprawdzają, czy się nie pomylił, podstawiając  wynik do zadania. Jest to o wiele łatwiejsze niż szukanie niewiadomej. Jeśli większość sieci nie ma uwag, karta zostaje doklejona do księgi i historia zaczyna się od początku.

Aż 10 minut czekania na potwierdzenie transakcji?

Czy ten cykl oznacza, że każda transakcja jest potwierdzana dopiero po 10 minutach? Czy przez tyle czasu musiałbym czekać przy kasie na chipsy w Żabce, jeśli chciałbym zapłacić bitcoinem? Otóż nie, gdyż zwykle transakcję traktuje się jako potwierdzoną, gdy tylko zacznie się jej propagacja w sieci, czyli innymi słowy, gdy górnicy będą wpisywali ją do swoich zeszytów.

Żaden górnik nie wziąłby transakcji, przy której wisi znak ostrzegawczy. Taki znak wysłać może portfel, np. na telefonie, który nie pozwoli zapłacić za chipsy, jeśli wykryje, że konto jest puste.

Pozostaje problem podwójnego wydawania. Teoretycznie ktoś mógłby chcieć kupić dwie kawy w 5-minutowym odstępie czasowym za tego samego bitcoina. Pierwsza transakcja nie zostałaby wówczas przyłączona do księgi, więc bitcoin teoretycznie znajdowałby się jeszcze na koncie „hakera”. Takie podwójne wydatkowanie jest jednak bardzo łatwe do namierzenia w sieci bitcoina i nie uszłoby oszustowi na sucho.

Para idzie w gwizdek

Skoro nie musimy tak długo czekać na potwierdzenie transakcji, to skąd się bierze krytyka bitcoina? Sieć zdaje się przecież funkcjonować efektywnie.

Nie do końca.

Wyżej napisałem już, że w wyścigu o potwierdzenie transakcji uczestniczą wszyscy górnicy. To znaczy, że ich komputery pracują nad znalezieniem rozwiązania na pełnych obrotach. Nie jest to sztafeta, gdzie górnicy po kolei przekazują sobie użyteczne dane, a sprint.

Wygrywa tylko jeden, więc w końcowym rozrachunku pozostali biegli na darmo, czyli zmarnowali swoje siły. Przekonwertowali prąd na nikomu niepotrzebne obliczenia.

Ile jest tej „zmarnowanej energii”?

Więcej niż zużywają mieszkańcy Słowenii. Wszystkie komputery włączone w sieć bitcoina zużywają więcej energii niż mały kraj.

Ile kosztuje utrzymanie bitcoina?

A to już jest trudniejsze pytanie. Nie wystarczy spojrzeć na cennik i przemnożyć znajdujące się tam wartości przez zużycie energii, bo w każdym kraju są inne ceny. Co więcej, nie wszyscy górnicy płacą za prąd z sieci. Niektórzy montują kopalnie np. w wiatrakach i pobierają energię bezpośrednio z ich generatorów.

Koszt utrzymania sieci na pewno jest niższy niż zyski górników. Co każdy blok do sieci wpada 12,5 bitcoina nagrody i kilka bitcoinów opłat transakcyjnych. W przybliżeniu można powiedzieć, że co 10 minut konta górników zasila 15 bitcoinów, czyli według obecnego kursu nieco ponad 130 tys. zł.

Górniczy biznes musi się opłacać, więc załóżmy, że 10 tys. zł zostaje w ich kieszeniach. Wówczas 120 tys. zł to koszty utrzymania bitcoina przez 10 minut. Godzina kosztuje 720 tys. zł. A dzień 17 mln zł.

Czy to dużo? Czy to mało?

Wedle źródła, na które powoływałem się przy wcześniejszym wykresie, Visa – największy operator kart płatniczych na świecie – zużywa o wiele mniej energii. Różnica jest wręcz gigantyczna:

Patrząc na powyższy wykres, należy jednak mieć kilka rzeczy z tyłu głowy:

  • koszt utrzymania pracujących komputerów to tak naprawdę jedyny koszt funkcjonowania bitcoina
  • wykres pokazuje jedynie energię konsumowaną przez centra danych VISA – a gdzie ich biura, gdzie koszty operacyjne, gdzie pensje pracowników?
  • VISA procesuje o wiele więcej transakcji niż sieć bitcoina,

Co do jednego trzeba się jednak zgodzić: bitcoin jest mniej efektywny energetycznie niż tradycyjne systemy finansowe z osobna. Na każdą transakcję zużywa o wiele więcej prądu.

Jakie możemy wyciągnąć wnioski?

Załóżmy, że bitcoin stanie się powszechnie obowiązującą walutą na świecie. Używać go będzie wówczas nie tylko garstka zapaleńców (kryptowaluty to wciąż nisza), ale większość ludzi. Czy system będzie się odpowiednio skalować? Czy będzie wydajny? Ile trzeba będzie czekać na potwierdzenie transakcji? Jak wówczas wzrosną koszty jego utrzymania?

Bitcoina potencjalnie porównywać można bowiem nie tylko z VISA, ale z całym systemem bankowym: z każdym bankiem centralnym, każdą mennicą i każdym najmniejszym oddziałem bankowym w Kopydłowie. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że wówczas bitcoin nie wyjdzie na takiego marnotrawcę energii.

Nikt bowiem nie podnosi larum, że komputery, które co wieczór przeliczają sposób układania się włosów Cristiano Ronaldo w Fifie marnują prąd. A co z milionami konsol? W końcu zamiast renderować świat Zeldy ich moc obliczeniowa mogłaby zostać użyta na poszukiwanie życia w kosmosie albo przeliczanie danych CERN-u.

Ludzie potrzebują rozrywki, a konsole im ją dają. Ludzie potrzebują też systemu bankowego, a bitcoin może taki zapewnić. I to w lepszej formie niż teraz.

Patrząc z polskiej perspektywy, łatwo jest zapomnieć, że posiadanie konta bankowego to przywilej nielicznych. Tymczasem ludzie w biednych krajach Afryki czy Azji mają smartfony i swoje bitcoinowe portfele mogą stworzyć w mgnieniu oka.

Czy 17 mln zł dziennie to wysoka cena za taki luksus?

Moim zdaniem koszta są w pełni adekwatne. Przelewy na drugi koniec świata są znacznie tańsze, a te krajowe nieco tańsze. Bitcoin ma przed sobą jeszcze dużo do poprawy, jak np. obniżenie progu wejścia dla osób nietechnicznych czy usprawnienie systemu potwierdzania transakcji.

Jestem jednak optymistycznie nastawiony co do jego przyszłości, gdyż widzę, że konkurencja wpływa pozytywnie na system bankowy, który powoli adaptuje pewne rozwiązania prosto z blockchaina. Łatwo jest mi wyobrazić sobie moment w przyszłości, kiedy drogi blockchainu i systemu bankowego stopią się w jedną.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement