Zabrałem żonie iPada, żeby obejrzeć konferencję Apple. Przepraszam, kochanie

Felieton/Technologie 05.06.2017
Zabrałem żonie iPada, żeby obejrzeć konferencję Apple. Przepraszam, kochanie

Najpierw okazało się, że jestem zbyt biedny, by oglądać konferencję Apple podczas tegorocznego WWDC. Co prawda, Apple twierdził, że przeglądarka Edge w Windows 10, w przeciwieństwie np. do Chrome’a, jest kompatybilna z ich wspaniałym show, życie jednak pokazało, że nie zawsze. Kup Maca – radzili koledzy na redakcyjnym Slacku.

Mateuszowi Nowakowi udało się uruchomić transmisję po naciśnięciu, jak twierdzi, milion razy klawisza F5. Mój Edge nie był podatny na ten #protip. W końcu zdecydowałem się zabrać żonie leciwego iPada 2, na którym stremowała przez Chromecasta czwarty odcinek “House of Cards”. Żałuję! Dawno tak bardzo się nie nudziłem.

Lubiłem oglądać konferencje Apple. Zawsze były znacznie ciekawsze niż na przykład te organizowane przez Google. Nawet wówczas, gdy ludzie z Mountain View pokazywali bardziej interesujące nowości, stężenie mesjanizmu w wykonaniu choćby Larry’ego Page’a było tak wysokie, że powodowało odruch wymiotny. Tym razem było inaczej. Co prawda keynote podczas Google I/O nie grzeszył dynamiką, ba, był cholernie nudny, Apple przebił wyszukiwarkowego giganta.

Co bowiem pokazał Apple? Kilka drobnostek, które nie uzasadniają poświęcenia im dwugodzinnej konferencji.

Amazon Prime w Apple TV? Nowe tarcze w Watchu? iMessage w iCloud? Nowe (paskudne, brr) Control Center w iOS? Czujecie gęsią skórkę? Część z was, reprezentująca plemię fanbojów firmy, zapewne z entuzjazmem oglądała konferencję i czuła ten emejzing. Wybaczcie, ale ja nie czułem nic.

Być może ktoś w komentarzu stanowczo zaprotestuje przeciwko temu przejawowi malkontenctwa. Przecież pokazano nowe iMaki. Obsłużą więcej RAM-u, dostaną lepsze dyski SSD. Ponownie wybaczcie, ale rynek komputerów od lat działa w ten sposób, że nowe sprzęty wyposażone zostają w nowe podzespoły: procesory, pamięci, karty graficzne etc, etc, etc. Na tym to, do jasnej Anielki, polega.

– Może przekona cię, przebrzydły pismaku, nowy piękny, czarny iMac Pro? – napisze być może sfrustrowany fan Apple czytający tę mowę nienawiści? Zastrzelcie mnie, niestety nie. Najmocniejszym newsem związanym z tym komputerem jest jego cena. Co najmniej 4999 dolarów! Robi rzeczywiście wrażenie. A liczba rdzeni procesorów? Naciskacie, staracie się, ale niestety. Skoro Intel takie procesory wyprodukował, grzech byłoby ich nie wykorzystać. Tyle!

To może nowe iPady Pro? Rozmiar ekranu? 30 proc. wydajniejszy procesor? 40 proc. wydajniejsza grafika. Świetnie, pytanie czy to wszystko zadziała jak magnes i odwróci trendy spadkowe? Przypomnijmy: w drugim kwartale tego roku firma sprzedała 8,92 mln tych tabletów. Rok wcześniej było to 10,25 mln. Iskierką nadziei są dla mnie nowości w iOS dla iPada. Nowy dock, funkcja drag and drop, aplikacja Files, większa integracja z Pencilem? To wszystko zwiększy możliwości tabletu Apple. To był w zasadzie jedyny punkt programu, który wzbudził moje zainteresowanie i wybudził mnie z letargu.

Nie zrozumcie mnie źle, podczas konferencji na tegorocznym WWDC Apple pokazał świetny sprzęt, na którym działały będą świetne systemy macOS i iOS.

I nawet jeżeli śmieszy mnie niezmiernie, że Apple wynajduje na nowo menadżera plików i jeszcze się tym chwali, to nie powiem złego słowa o zaprezentowanych nowościach. Biorąc oczywiście poprawkę na specyfikę rozwiązań koncernu i przede wszystkim ich zamknięcie. Nie znaczy to jednak, że będę używał wszystkich tych przymiotników, które padły z ust (trudne słowo) prelegentów. Świetnie, że produkty Apple, a zwłaszcza systemy mobilne, ewoluują. Nie ma w tym jednak żadnej magii, to po prostu rozwój. Otoczka niesamowitości czyni go trochę groteskowym.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement