Ale bym sobie znowu zagrał w Fable… Takie The Lost Chapters

Felieton/Gry 16.06.2017
Ale bym sobie znowu zagrał w Fable… Takie The Lost Chapters

Słuchałem sobie dzisiaj soundtracku z Fable: The Lost Chapters i strasznie naszła mnie ochota na tę grę, której status po latach jest taki… nie wiadomo jaki. 

Na początek, żeby lepiej wprawić się w nastrój, koniecznie odpalcie sobie w tle:

Piszę, wspominam, rozmyślam dziś o Fable: The Lost Chapters na łamach Spider’s Web, ponieważ jestem zdania, że ta gra zasługuje… no właśnie, nie wiem na co. Na pomnik? Nie bardzo. Na wiersz? Nie umiem rymować. Może na epitafium?

Policzyłem skrupulatnie, nie chciałem popełnić pomyłki. Z gier wydanych po 2001 roku, gdy skończyła się era Baldurów i Tormenta, Fable: The Lost Chapters przeszedłem największą liczbę razy – dokładnie 5. Ostatni raz na Xboksie 360 w jakiejś reedycji i tak się uparłem, że wbiłem wszystkie trofea (a momentami nie było łatwo – kto nie utknął w Jaskini Hobbesów mnożąc współczynniki walki, ten nie zna życia).

Co zabawne, ilekroć przechodziłem to Fable, zawsze byłem zdania, że to świetna gra, ale… takie 8,5/10.

Nie wiem jak to się powinno liczyć, biorąc pod uwagę, że w niejedno 10/10 nigdy więcej nie zagrałem, a to 8,5 przeszedłem od początku do końca pięciokrotnie. Może po prostu trzeba to jakoś umiejętnie przemnożyć?

Oczywiście Fable, pierwsze Fable, nie było tym, co sobie Peter Molyneux wymarzył. Gra miała jakieś tam innowacyjne mechanizmy, ale przecież wszyscy wiemy, że nie było to aż tak zaawansowane, jak w baśniach regularnie snutych przez największego mitomana świata gier komputerowych. A mimo to w wirtualnym Albionie się zakochałem. Może to ta muzyka – ścieżka dźwiękowa wybitna, prawdopodobnie najwyższych lotów, nagrana w towarzystwie zawodowej orkiestry.

Może to ten gameplay, gdzie rzeczywiście było dużo całkiem przyjemnej walki, a do tego satysfakcjonujący system bohatera. Dało się „czuć moc” nabieraną w miarę upływu czasu.

Może to ten świat, gdzie tajemnicze kamienne drzwi, ukryte skrzynie, sekrety z bagien, nadawały produkcji niezwykle baśniowego charakteru?

Trudno powiedzieć, co mnie w tym Fable, wraz z The Lost Chapters, urzekło tak mocno, ale do gry powracałem regularnie. I kiedy dziś z głośników smartfona zabrzmiał motyw muzyczny z wioski o nazwie Oakvale, naszła mnie ochota niemiłosierna (a przecież jestem graczem niemal kompletnie wypalonym), by do Albionu powrócić.

I to nie z Fable 2, które przeszedłem tylko raz i mi wystarczy. Nie z Fable 3, które jest chyba jak dotąd moim największym nieporozumieniem w historii gier wideo, z którym rozstałem się po kilku burzliwych godzinach pełnych zdumienia nad tym, czy w sklepie aby nie zaszła pomyłka i czy aby jakaś dziewczynka, która spodziewała się otrzymać Simsy, właśnie nie morduje mojego wilkołaka.

Fable: The Lost Chapters, gra najwybitniejsza ze zwyczajnych, najbardziej legendarna z tych, które zostaną zapomniane, budząca najwięcej wspomnień wśród tych, których za 20 lat nikt nigdy nie wymieni w kanonie klasyki. Dziwne, jak na grę, której dałbym – dziś, na chłodno – 8,5/10.

Dołącz do dyskusji

Advertisement