Sprawdziłem, czy mogę wygrać w tej grze, machając rękoma jak szaleniec. ARMS – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Gry 19.06.2017
Sprawdziłem, czy mogę wygrać w tej grze, machając rękoma jak szaleniec. ARMS – recenzja Spider’s Web

Nie mam dobrego zdania o grach wykorzystujących kontrolery ruchowe. Takie rozwiązanie świetnie sprawdza się podczas niezobowiązujących spotkań ze znajomymi, ale nijak ma się do precyzji i dokładności oczekiwanych przez graczy. Dlatego odbierając recenzencką kopię ARMS, miałem juz w głowie ułożony plan – będę machał joyconami jak wariat i zobaczę, gdzie mnie to zaprowadzi.

Pomimo moich najszczerszych chęci i kilku kropel potu, nie było to medalowe podium. Nie były to nawet stany średnie. Chociaż ARMS pozwala realizować się osobom z wiatrakami zamiast kończyn, serie zwycięstw kończą się przy drugim stopniu trudności… Na dziewięć możliwych. Osobliwa bijatyka Nintendo wykorzystuje ruchowy mechanizm w taki sposób, że nie może być tutaj mowy o przypadkowości, chaosie i pełnym furii machaniu joyconami.

Na części z aren znajdują się interaktywne elementy oraz przeszkody/osłony. Jak na przykład samochody

ARMS to zupełnie nowa marka Nintendo, którą można wrzucić do worka z bijatykami.

W świecie ARMS część ludzi zostaje dotknięta dziwacznym fenomenem, na skutek którego ich ręce zamieniają się w zdolne do niezwykłego wydłużenia sprężyny. Bardzo szybko powstaje specjalna liga bokserów, którzy wykorzystują niecodzienny dar ku chwale wiwatującej gawiedzi na trybunach. W ARMS pojawia się 10 barwnych, zróżnicowanych wojowników, a 11 dołączy już niebawem, w postaci darmowego DLC.

Każdy z zawodników w ARMS posiada po dwie unikalne zdolności. Przykładowo, Spring Man zadaje dodatkowe obrażenia, gdy jego poziom życia spada poniżej 1/4. Ribbon Girl potrafi wykonać podwójny skok w powietrzu. Wielki Master Mummy regeneruje życie trzymając gardę. Twintelle spowalnia ataki przeciwników, a robot Byte posiada do pomocy czworonożnego towarzysza Barq’a.

Różnice między postaciami potęguje ich początkowy zestaw rękawic bokserskich. Te zostały podzielone na trzy kategorie – małe, średnie i wielkie. Im cięższa rękawica, tym wolniej leci do celu. Szybkie rękawice rozbijają się jednak o nadlatujące z przeciwległego kierunku masywne odpowiedniki, przez co nie ma jednoznacznie lepszych oraz gorszych rozmiarów. Do tego większość rękawic posiada niesamowite umiejętności, takie jak miotanie rakietami, zamrażanie, strzelanie promieniami czy przygniatanie od góry.

Tak wyglądają w ARMS rękawice największych rozmiarów

Rozgrywka w ARMS opiera się na mechanizmie kamień – papier – nożyce, spotęgowanym dodatkowymi płaszczyznami skomplikowania.

Podstawowy sposób sterowania zakłada całkowitą rezygnację z przycisków akcji na joyconach. Gracz trzyma bezprzewodowe kontrolery niczym rękawice, z wyciągniętymi do góry kciukami. Posyłając rękę do przodu rozpoczynamy cios awatara, który natychmiast używa tej samej kończyny. Gdy podczas uderzenia nasza ręka idzie w lewo lub prawo, sprężyna wirtualnego wojownika podkręca się i podąża łukiem. Posyłając obie ręce do przodu, zawodnik stosuje chwyt przyciągający przeciwnika.

Jak się bronić przed atakami rywala? najprostsza jest garda. Aktywujemy ją przechylając joycony ku środkowi. Chociaż blokujemy w ten sposób wszystkie pojedyncze ataki, nie możemy się poruszać oraz jesteśmy podatni na zadające jeszcze większe obrażenia chwyty (niczym w Tekkenie). Dlatego najlepszą formą ucieczki jest skakanie oraz szybkie uskoki na lewo i prawo. Niczym prawdziwy bokser, gracz w ARMS powinien być cały czas w ruchu, tańcząc przed rywalem i aktywnie zmieniając kierunki.

Na to zostaje nałożona siatka zróżnicowanych rękawic bokserskich, o których wspomniałem wcześniej. Do tego dochodzą ataki specjalne, które aktywujemy po naładowaniu odpowiedniego paska. Takie ciosy zabierają lwią część paska życia przeciwnika, ale również przed nimi można uciec. Kolejny stopień skomplikowania dodają areny, na których znajdują się rozmaite elementy interaktywne, takie jak platformy do skakania, bloki ograniczające widoczność czy filary, za którymi można się schować. Do tego od czasu do czasu podczas walki pojawi się mina lub mały obszar regenerujący życie.

O wiele lepszy od gardy jest uskok umożliwiający natychmiastowy kontratak

Przy takich założeniach rozgrywki, w ARMS nie można wygrać wymachując rękoma jak szaleniec.

Każdy taki chaotyczny atak rozbije się na gardzie przeciwnika. Byle nowicjusz będzie w stanie wykonać uskok w bok i przeprowadzić błyskawiczną kontrę. Wystarczy podwójny skok w powietrzu Ribbon Girl połączony z chwytem, aby brutalnie przerwać nierozsądną nawałnicę ciosów. Zwłaszcza że mówimy o boksowaniu na duże odległości – każde nietrafione uderzenie pozostawia gigantyczne okno, które aż się prosi o wykorzystanie.

Gwarantuję wam, żółtodzioby dostaną początkowo twardą lekcję życia w tej grze. Chociaż ARMS wygląda na kolorową, niezwykle przyjazną produkcję, już drugi poziom trudności na dziewięć możliwych wymaga wykorzystania pełnej palety ruchów i manewrów. Nintendo postawiło na walkę techniczną, która nie ma wiele wspólnego z chaotycznym wymachiwaniem rękoma. Im szybciej nowicjusz zda sobie z tego sprawę i weźmie to do serca, tym lepiej dla niego, jego rankingów oraz statystyk.

Oczywiście ARMS wciąż pozwala na niezobowiązującą rozgrywkę w gronie równie niedoświadczonych znajomych. Jednak nawet kampania dla jednego gracza jest tutaj niemałym wyzwaniem. Co dopiero mówić o zabawie z innymi żywymi graczami za pośrednictwem sieci albo rozgrywce rankingowej w stylu Overwatcha.

Tak jak większość bijatyk, ARMS jest niezwykle powtarzalne. Twórcy próbują to naprawiać bogactwem trybów.

Poza klasycznymi walkami mamy również starcia dwóch na dwóch, asymetryczne bitwy każdy na każdego, siatkówkę (nie żartuję), odpowiednik koszykówki (również nie żartuję), trafianie rękawicami do ruchomych celów, trening oraz kampanię. Niestety, ta ostatnia jest boleśnie zmarnowanym potencjałem. Bohaterowie ARMS są naprawdę świetnie zaprojektowani i szkoda, że w żaden sposób nie uwypukla się ich przygód. Przykład Tekkena 7 oraz Injustice 2 pokazuje, jak powinny wyglądać współczesne kampanie w bijatykach. Pod tym względem ARMS zatrzymało się na automatach z lat 90. minionego wieku. Wielka szkoda.

Kiepskie wrażenie naprawia świetnie przemyślana rozgrywka online. Nierankingowy tryb sieciowy przenosi nas do lobby, w którym gracze są nieustannie przyłączani do losowych trybów. Czasami jest to standardowa walka, kiedy indziej zabawa w siatkówkę, a w jeszcze innym przypadku walka z wyjątkowym bossem, którego próbuje ubić aż trzech graczy jednocześnie. Wbrew pozorom, to wcale nie jest łatwe zadanie. Prawdę mówiąc, udało mi się go powalić jedynie raz, na kilkanaście prób.

Bitwy rankingowe zostają odblokowane dopiero po przejściu kampanii na jednym z trudniejszych poziomów wtajemniczenia. Wzorem Overwatcha, wygrane starcia powiększają liczbę posiadanych punktów, a przegrane ją pomniejszają. Co świetne, poszukiwanie rywala o podobnym poziomie umiejętności odbywa się w tle, dzięki czemu możemy w tym czasie bawić się w kampanii. Ktoś tu przemyślał sprawę. Szkoda tylko, że ranking niczego nie daje. W ARMS brakuje alternatywnych skórek i innych kosmetycznych dodatków, które stanowiłyby zachętę do dalszych zmagań. Sama punktacja nie wystarcza.

Siatkówka to jeden z najciekawszych alternatywnych trybów w ARMS

Chociaż samotny gracz ma co robić w ARMS, największa siła tej produkcji drzemie we wspólnej zabawie na podzielonym ekranie.

Chodzi o dokładnie tę samą zasadę, która cechuje Mario Kart 8 Deluxe. Dobra gra zamienia się w grę bardzo dobrą, o ile mamy znajomych chętnych do wspólnej rywalizacji przed jednym telewizorem. ARMS obsługuje do 4 zawodników jednocześnie, co jest wielkim osiągnięciem. Jednak w przeciwieństwie do wyścigowych Kartów, bijatyka Nintendo jest całkowicie nieczytelna na przenośnym ekranie Switcha. To pierwszy tytuł na tę platformę, w który polecam grać WYŁĄCZNIE na telewizorze.

Niestety, w przeciwieństwie do fenomenalnego Mario Kart 8 Deluxe, do ARMS znacznie szybciej wkrada się monotonia. Nie ma się co dziwić – wyścigi Nintendo potrzebowały ponad osiem reinkarnacji, aby osiągnąć mistrzowski poziom. ARMS jest dopiero na początku swojej drogi. To zupełnie nowa marka, która dwoi się i troi, aby zadowolić gracza zawartością, lecz nie zawsze się to udaje. Jeżeli macie pewność, że nikt z pozostałych domowników nie będzie się z wami wyginał przed ekranem, bezpieczniej zainwestować w The Legend of Zelda: Breath of the Wild.

Sieciowe lobby to kapitalnie przemyślany element bijatyki Nintendo

Na koniec zostawiłem sobie kwestię związaną ze sterowaniem.

Początkowo będziecie się mylić. Będziecie wykonywać ruchy, których nie chcieliście aktywować. Jednak z czasem wszystko zacznie być względnie naturalne. Dopiero po kilku godzinach z ARMS czuć, że to naprawdę dobrze przemyślany system. Nie jest idealnie precyzyjny. Nie jest maksymalnie intuicyjny. Na pewno jednak jest wystarczający. Tym bardziej dziwi mnie, że producenci wkomponowali do swojej bijatyki alternatywne sposoby sterowania.

W ARMS można grać za pomocą joyconów przymocowanych do Switcha, pojedynczego joycona, a nawet Pro Controllera. Całkowicie psuje to balans gry! Chociaż osoby na Pro Controllerach nie mogą na przykład podkręcać swoich ataków, wciąż posiadają realną przewagę nad rywalami wykorzystującymi ruchowe kontrolery. Na joyconach czas reakcji jest dłuższy, tak samo czas wprowadzenia komend. Z kolei ułamki sekund świadczą w tej grze o być albo nie być, tak jak zresztą w większości bijatyk. Naprawdę się dziwię, że Nintendo zdecydowało się na większą otwartość kosztem zaburzenia ogólnego balansu.

Co się udało:

  • Kontrolery ruchowe są stosunkowo precyzyjne
  • Barwne, zróżnicowane postaci o unikalnych zdolnościach
  • Bogactwo trybów gry, w tym siatkówka i koszykówka
  • Zadziwiająco wysoki poziom trudności
  • Bardzo przemyślane lobby sieciowe
  • Obietnica wspierania gry darmowymi DLC przez producentów
  • Kooperacyjna zabawa maksymalnie 4 graczy przed jednym telewizorem

Co się nie udało:

  • Kampania dla jednego gracza to zmarnowany potencjał
  • Rankingi nie dają nagród proporcjonalnych do włożonych starań
  • Powtarzalna rozgrywka
  • W trybie mobilnym zabawa na Switchu jest mało klarowna
  • To nie do końca jest gra dla „samotnych wilków”

Czuję w kościach, że ARMS nie zostanie hitem Switcha na miarę The Legend of Zelda: Breath of the Wild. Jeżeli jednak nowa konsola Nintendo służy wam głównie do zabawy w gronie rodziny i przyjaciół, kolorowa bijatyka od Nintendo będzie świetnym dopełnieniem oferty. Może nie za 249 złotych, lecz gdy zobaczycie ten tytuł w promocyjnej cenie, warto zastanowić się nad zakupem. Zwłaszcza że Nintendo obiecuje aktywne i darmowe wspieranie ARMS za pomocą bezpłatnych DLC.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement