Niech żyją małe telefony!

Felieton/Sprzęt 05.04.2017
Niech żyją małe telefony!

Na co można w 2017 roku wymienić starawego już, malutkiego iPhone’a 5S? To proste.

I moja początkowa odpowiedź na to pytanie była oczywista – na iPhone’a 7 Plus. Dlaczego? Też proste. Bo największy wypas, bo wszystko, co Apple umie wpakować do telefonu, bo najnowsze i najlepsze, bo z najlepszym u Apple’a akumulatorem, bo z super wypasionym, podwójnym aparatem i tak dalej. I też dlatego, że to ma być telefon na długo – na 2, może nawet 3 lata. iPhone 7 odpadł w przedbiegach – ani taki fajny i wypasiony jak 7 Plus, ani taki poręczny jak mój 5S. Za półśrodki podziękuję.

Tak więc przez chwilę trawiłem tę decyzję, zaakceptowałem ją, pogodziłem się ze sporym wydatkiem, postanowiłem następnego dnia dokonać zakupu.

Zalogowałem się na stronę sklepu, przejrzałem ofertę, zweryfikowałem moje potrzeby… i zamówiłem iPhone’a SE.

Tak, tego maluszka. Tę 4-calową miniaturkę w świecie kompaktowych, 5-calowych smartfonów. Tę zabaweczkę w czasach, kiedy Galaxy S8 uznawany jest za telefon nad wyraz poręczny. Z obudową niemal identyczną jak ta, którą miał mój dotychczasowy telefon. Z parametrami w dużej części wziętymi nawet nie z najnowszej 7-ki, a z poprzedniej 6S-ki.

Trochę szaleństwo – niby mamy 2017 rok, niby masę rzeczy robimy głównie na smartfonach, a tutaj ktoś decyduje się na takiego archaicznego z pozoru kurdupla.

A jednak. iPhone SE zresztą niedługo potem do mnie dotarł i szybko okazało się, że to było to.

iPhone SE był dokładnie tym telefonem, którego potrzebowałem. Ba, napiszę wprost – to jeden z najlepszych dostępnych obecnie smartfonów na rynku.

Nietrudno zgadnąć, co było kluczowym elementem, który przesądził o tym, na jakie urządzenie padł ostateczny wybór. Chodziło o rozmiar.

iPhone’a 5S uwielbiałem m.in. za dwie rzeczy. Po pierwsze, mimo karykaturalnych w dzisiejszych czasach ramek (głównie nad i pod wyświetlaczem) był pięknym telefonem, chyba zresztą ostatnim od Apple, który faktycznie ujmował mnie swoim wyglądem.

Po drugie, przez większość czasu, kiedy był ze mną, nie miałem pojęcia, że… jest ze mną. Wrzucam go do kieszeni spodni – znika. Wrzucam do kieszeni kurtki – zapominam zupełnie o jego istnieniu. Idę w góry – nawet nie wiem, że przy mnie jest. Idę biegać – schowany w opasce na ramię nie uwiera ani trochę i nie krępuje ruchów. Wsiadam z nim do samochodu – mieści się w każdym schowku, a jeśli zostawię go w kieszeni – nie próbuje z niej uciec ani wbić mi się w bok.

Ale choć nie odczuwam tego, że cały czas mam go ze sobą, mam świadomość, że w każdej chwili mogę go wygodnie użyć. Siatki z zakupami w jednej ręce, a trzeba coś sprawdzić w sieci? Żaden problem. Smycz z psem w jednej ręce, a chcę zrobić zdjęcie zachodu słońca? Żaden problem. I tak dalej, i tak dalej.

A kiedy skorzystam z telefonu – ten znika.

Pyk, ułamek sekundy, wraca do kieszeni. Wirtualny świat znika sprzed oczu, wraca rzeczywistość.

Zupełnie zapominam, że w ogóle mam telefon. Dopóki nie jest mi znowu potrzebny. Ale i wtedy wiem, że nie muszę wszystkiego rzucać, żeby w pełni z niego skorzystać.

I przez chwilę, planując zamówić 7 Plus, zapomniałem o tym, jak wiele komfortu daje taki mały telefon. Na szczęście przypomniałem sobie dwie sytuacje z mojego ostatniego wyjazdu, gdzie spotkałem się z Łukaszem, taszczącym swojego testowego HTC Ultra. Nie jestem tylko pewien, czy bardziej przekonała mnie do SE próba włożenia Ultra do kieszeni i zajęcia miejsca za kierownicą, czy wzrok, z jakim Łukasz patrzył na mojego iPhone’a.

Nie, nie jest tak, że z telefonu tylko dzwonię.

Wręcz przeciwnie. Sporo przeglądam na nim internetu (tak!), korzystam z kilku komunikatorów, używam nawigacji, planuję wypady w góry i tak dalej.

Kiedy jednak chcę popracować – siadam do komputera. Kiedy chcę na dłużej zatonąć w sieci albo obejrzeć film – siadam z iPadem na kanapie. Albo już w ogóle siadam przed telewizorem.

Proste, wygodne, w dużym stopniu bez kompromisów. Nie chcę na co dzień użerać się z wielkim telefonem, który do wygodnej obsługi wymaga dwóch rąk. Ale i oglądając wideo nie chcę małego ekranu. Dwa urządzenia spisują się u mnie lepiej niż jedno. I łączy je też coś innego – wrzucam iPhone’a do kieszeni – nie wiem, że istnieje. Wrzucam iPada do torby – to samo.

Nie tylko rozmiar, czyli krótki rachunek potrzeb i finansów.

Za to lubiłem więc 5S. Za co go natomiast nie lubiłem? Głównie za dwie rzeczy – aparat i akumulator. Obydwie w największym wypasie znalazłbym w 7 Plus, ale… jedną i drugą otrzymałbym też w SE. Tak, ani aparat, ani akumulator w SE nie są tak dobre jak w Plusie. Ale…

I tu do gry wszedł prosty rachunek ekonomiczny. Ceny normalno-sklepowe nowego, zafoliowanego SE, zwłaszcza w najtańszej, interesującej mnie wersji 16 GB, są wręcz śmiesznie – przynajmniej jak na Apple – niskie. Tak, można kupić w tej cenie sporo telefonów, może nawet pod względem parametrów lepszych. Ale który z nich będzie na co dzień wygodniejszy?

iPhone 7 Plus to już natomiast wydatek trudny dla mnie do przełknięcia, o ile nie przekonam się, że to zakup na dobrych kilka lat. Okolice 4000 zł zbliżają go bowiem niebezpiecznie do… najtańszych, wciąż dostępnych w sprzedaży MacBooków Pro 13. A że 99 proc. pracy wykonuję na komputerze, podczas gdy telefon to jedynie dodatek, taka inwestycja wydaje się być po prostu kiepska.

Szczególnie teraz, kiedy za jakiś czas zadebiutować ma iPhone 8, mający być pierwszą od lat rewolucją. Przynajmniej w świecie Apple’a. I iPhone SE daje mi w pewien sposób koło ratunkowe na wypadek, gdyby 8-ka faktycznie okazała się ogromną rewolucją – ani za niego wiele nie zapłaciłem, ani też nie musiałem się oszukiwać, że jest to telefon na zawsze.

Muszę też wspomnieć, że do całego rachunku doliczyć musiałem kwestie związane z akcesoriami. Bez Thule albo Otterboksa w najwyżej opcji nie ma mowy o wypadzie w góry – a to już wydatek rzędu 200-250 zł. W przypadku SE zostaje mi wszystko, co miałem do 5S, a i kolejne akcesoria są – z racji długiej obecności na rynku – wyraźnie tańsze. Przy 7 Plus wszystko jest nowością i to przeważnie droga. No i wszystko muszę kupować od początku.

To jaki jest iPhone SE?

Idealny dla mnie. I nie, nie jest to bronienie własnego, nietypowego zakupu. iPhone SE jest szybki jak błyskawica, robi bardzo dobre (nie wybitne, ale bardzo dobre) zdjęcia, działa na jednym ładowaniu wyraźnie dłużej niż poprzedni 5S, a poza tym… zachowuje wszystko to, co 5S uwielbiałem.

Jedyna wada? Niemal absolutny brak ekscytacji nowym telefonem. iPhone SE jest taki sam z wyglądu jak poprzednik, a funkcje ma w zasadzie identyczne. Tylko wszystko co robił dobrze, teraz robi lepiej.

I trochę się zastanawiam, czy nawet jeśli 8-ka będzie taką rewolucją, jaką ma być, to pozbędę się SE. Ten komfort małego telefonu, o którym wielu z nas zapomniało już w 2017, jest piekielnie uzależniający…

 

* Drobna uwaga: Tak, cały czas jest o iPhonie, jakby Android nie istniał. Niestety dla mnie, z uwagi na posiadanie Maca i iPada, Android nie ma sensu. No i pokażcie dobry, 4-calowy telefon z Androidem…

Zobacz: iPhone 7 Plus – recenzja po pół roku. Czy nadal warto go kupić?

SPRAWDŹ: Spider’s Web TV na YouTubie – zasubskrybuj teraz, żeby nie przegapić nowych materiałów!

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement