Nie żyje Paweł Zarzeczny – dziennikarz najlepszy z najlepszych

Felieton/Media 25.03.2017
Nie żyje Paweł Zarzeczny – dziennikarz najlepszy z najlepszych

Druzgocącą wieść przyniósł dziś rano Twitter – Paweł Zarzeczny nie żyje. Ale jak to? Dlaczego? Co się stało? Przecież jeszcze wczoraj świętował 500 odcinek swojego vloga na Weszło.

Smutek mnie ogarnął okrutny. Żal, jakby odeszła mi jakaś bliska osoba. Ale potem Twitter przypomniał fragment wczorajszego odcinka „One Man Show”

i zrobiło mi się nieco lżej na sercu. Nawet śmierć Paweł ujarzmił i ustawił pod siebie. Skubany. Odszedł po swojemu. Dokładnie tak, jak żył przez swoje krótkie, 56-letnie życie.

Paweł Zarzeczny był dziennikarzem

Jednym z najlepszych, jakich znałem. A może i najlepszy, bo nie znam nikogo drugiego takiego, kto aż tak doskonale potrafiłby władać słowem pisanym.

On go używał jak mistrz fechtunku. Taktycznie. Gdy chciał zawładnąć czyimś sercem, to je wyrywał wraz z aortą. Gdy chciał wkurwić, to denerwował pół Polski. Gdy chciał zabawić, to śmiało się pół Polski. A gdy czasem chciał napisać coś na poważnie, to robił to tak, że koledzy po fachu szczęki musieli zbierać z podłogi.

„Ładnie pan pisze” – rzeknie mi ktoś czasem, na co ja mam stałą odpowiedź: „Wiem”. Czy to jest pycha? Na pewno. Ale jeszcze pewniejszy jestem tego, że to słowo: „wiem” – od sokratejskiego wątpienia: „Oida ouden eidos”, aż po angielski pewnik: „I know”, zawsze rozróżnia ludzi. Myślących od głupich. Wrażliwych od nieczułych.

Był megalomanem. Narcyzem. Rubasznym Szwejkiem, którego notabene uwielbiał i cytował w co drugim tekście. Kłamał. Wymyślał historie. Mylił fakty. Przeinaczał wydarzenia. Szczególnie te ze swoim udziałem. Był błaznem. Stańczykiem, który pod ukryciem kolejnych na wpół zmyślonych dowcipów i anegdot, czasami przemycał coś niezwykle istotnego. Trafiał w punkt. Strzelał tylko w dziesiątkę.

Bycie inteligentnym, świadomym swojej wartości jest okropną udręką. Wiesz doskonale, kto co powie i dlaczego nie powie niczego. Jak skończy się film, który dopiero się zaczął. Jak odezwie się do ciebie dziewczyna, i jak jej odpowiesz… Jak będzie smakować jedzenie… Wiesz, że będziesz miał kaca. Wiesz. „Wiem” to udręka. Nie masz po co chodzić do teatru. Mecz? Do przewidzenia. Jak idziesz do lekarza, też wiesz, że cię zgani za cokolwiek, ale i da zachętę. Tak jak ksiądz – też wiem.

Nie znałem go osobiście

To znaczy poznaliśmy się na jednej imprezie w Warszawie dawno dawno temu, ale on był wtedy w stanie, w którym niewiele się potem pamięta. Zresztą ten permanentny w zasadzie stan złamał mu karierę i po części zniszczył życie…

Dał mi wtedy swój adres mailowy i kazał napisać jakiś tekst. Pisałem więc przez pół roku codziennie. Czasami nie odpisywał nic. Czasami, na przykład o trzeciej nad ranem, odpisał: bla bla bla. Czasami odsyłał tekst z poprawkami, które mnie zawstydzały. Czasami po prostu drukował w „Przeglądzie Sportowym”, w którym był wtedy zastępcą naczelnego, a de facto prowadził gazetę. Pisałem tak przez sześć miesięcy, aż mi w końcu odpisał, bym przestał, bo nic z tego nie będzie. No to przestałem i poszedłem inną drogą. To było 17 lat temu.

Obserwowałem go jednak przez kolejne lata

Czytałem felietony w „Polska the Times”. Oglądałem w Asie Wywiadu na Sportklubie, w Bulu Głowy w Telewizji Republika. Czytałem jego książki. W ostatnich latach co tydzień w poniedziałek z wytęsknieniem czekałem na jego felietony na Weszlo.com.

Nie mogę uwierzyć, że nie przeczytam kolejnego w najbliższy poniedziałek.

 

* przytoczone cytaty: Polska the Times
* zdjęcie główne: Weszlo.com

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement