BioWare powinęła się noga, ale ich gra ma też drugie oblicze. Mass Effect: Andromeda – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Gry 31.03.2017
BioWare powinęła się noga, ale ich gra ma też drugie oblicze. Mass Effect: Andromeda – recenzja Spider’s Web

Przyznajcie, część z was czuła satysfakcję, że EA coś nie wyszło. Krytyka animacji w Mass Effect: Andromeda przysłoniła wszystkie inne elementy gry. Szkoda, bo z najnowszej produkcji BioWare da się wycisnąć wiele przyjemności. O ile wiemy, gdzie jej szukać, gdyż nowa galaktyka jest naprawdę rozległa.

Napiszę to prosto z mostu – gra z taką marką, takim budżetem i takim tytułem nie powinna posiadać błędów, które ją trawią. Bugi, niedoskonałości i brak połysku dyskredytuje Andromedę jako elitę tytułów cRPG. Kiepska animacja, dziwaczne zachowanie postaci, fatalna mimika oraz brzydkie modele bohaterów sprawiają, że produkcja BioWare to liga poniżej Wiedźmina i ogólnej średniej przyjętej dla studia.

Główny bohater korzysta z atrakcji lokalu, pijąc najlepszego niewidzialnego drinka, jaki znajduje się w ofercie

Tak się dzieje, gdy kluczowy projekt oddaje się w ręce studia B. Musicie wiedzieć, że za Mass Effect: Andromeda nie odpowiadają ci sami ludzie, którzy tworzyli oryginalną trylogię.

EA zdecydowało się na odważny ruch i oddało projekt w ręce BioWare Montreal. To relatywnie młode studio, które powstało w 2009 roku z misją wspierania „głównego” BioWare. Ekipa z Montrealu zajmowała się mniej wymagającymi zadaniami. Tworzyła trójwymiarowe modele oraz zapełniała treścią tryby wieloosobowe. Mass Effect: Andromeda to ich pierwsza gra, którą zrobili od A do Z. Przy tym skoku na głęboką wodę prawie złamali sobie kark.

Patrząc głęboko w oczy mojego aryjskiego awatara zastanawiam się, jak niektóre elementy w Mass Effect: Andromeda przeszły wewnętrzne testy. Na przykład suche, pozbawione duszy gałki oczne, które wyglądają jak gdyby zostały wyjęte z plastikowej zabawki. Albo animacja strzelania z futurystycznego blastera trzymanego w złym kierunku. Picie z niewidzialnych naczyń to już klasyka klasyki.

Tak wygląda jedna z ładniejszych, bardziej ekspresywnych facjat w Mass Effect: Andromeda

Mass Effect: Andromeda pełne jest małych potknięć, które powinny zostać wyeliminowane na zaawansowanym etapie prac. To nie tak, że gra posiada jakieś kardynalne błędy uniemożliwiające rozgrywkę. Kosmiczną produkcję trawi masa pomniejszych bugów. Początkowo nie zwraca się na nie uwagi, ale z czasem przelewają czarę goryczy. Na grę tego kalibru, w tej cenie i z takim tytułem jest tego po prostu za dużo. BioWare Montreal się skompromitowało.

No i co z tego, skoro na liczniku mam kilkadziesiąt godzin, a dalej nie potrafię przestać. Mass Effect: Andromeda jest gigantyczne!

Przeciwwagą dla słabo przykręconych śrub i kiepsko skalibrowanych dział (pozdrawiam kumatych fanów serii) jest masa zawartości. Morze zawartości. Ocean zawartości. Grając w Mass Effect: Andromeda czułem, jak gdyby pracownik EA non stop poił mnie z gigantycznej beczki. Na każde wykonane zadanie pojawiały się dwa nowe. Po każdej odwiedzonej planecie wyskakiwały kolejne. W tej grze nie ma dobrego momentu, aby odejść od konsoli. Niesamowity złodziej czasu.

Kiedy w końcu lądujemy na pierwszej planecie w nowej galaktyce, trudno nie być pod wrażeniem lokacji

Mass Effect: Andromeda to trochę jak kilka gier wciśniętych do jednego statku kosmicznego. Przez moment czułem się jak międzyplanetarny komandos, aby zaraz potem zamienić się w wytrawnego polityka. Potem zakładałem maskę lidera i przewodziłem ludzkim koloniom w zupełnie nowej galaktyce. Żonglerka rolami jest bardzo intensywna, a na barkach gracza spoczywa wiele odpowiedzialności.

No i to akurat jest świetne. Grając w poprzednią trylogię, nawet posiadając tytuł dwukrotnego wybawiciela Drogi Mlecznej, non stop traktowano nas jak chłopca na posyłki. Teraz jest inaczej. Chociaż gramy kompletnym żółtodziobem, na skutek wydarzeń fabularnych dostajemy stopień, który naprawdę coś znaczy. Który budzi szacunek. Za sprawą którego ma się wrażenie, że do gracza ustawiają się kolejki petentów, adoratorów i lobbystów ze wszystkich zakątków galaktyki. Bardzo ciekawa perspektywa.

W ME: Andromeda gracz wciela się w Pioniera – jednostkę o niezwykłej władzy, od której zależy powodzenie projektu kolonizacji

Wbrew temu co mogliście przeczytać w sieci, ciekawa jest również walka. BioWare Montreal postarał się, aby nieco rozruszać konfrontacje w zwarciu. Są miecze, katany, młoty i pełno innej broni białej. No i umiejętności specjalne, których jest cała masa. Może nawet troszkę zbyt dużo. Po pewnym czasie miałem wrażenie, że kolejne specjalne ataki niewiele się od siebie różnią.

Jednak najlepsze, co do zaoferowania ma Mass Effect: Andromeda, to zdecydowanie wielka mobilność. Gdy po raz pierwszy skorzystałem z odrzutowego plecaka, miałem uśmiech od ucha do ucha.

Mój awatar nie tylko skakał wysoko w górę, ale również wykonywał podniebne wślizgi, a także wspinał się po krawędziach niczym Lara Croft. To gigantyczny krok do przodu względem poprzedniej odsłony. Kapitalna zmiana na plus, która sprawia, że aż chce się zwiedzać kolejne planety. Szkoda tylko, że po powrocie na stację kosmiczną lub pokład statku zdejmujemy z siebie plecak i wracamy do fatalnej animacji chodu.

Mobilność to nie tylko odrzutowy plecak, ale również pojazd, który możemy rozbudowywać o nowe technologie

BioWare Montreal świetnie poprowadził narrację podczas pierwszego lądowania ludzkości w nowej galaktyce. Klimat wielkiej niewiadomej, obcych terenów i niezbadanego otoczenia był tak gęsty, że mogłem go kroić cyber-ostrzem. Momentami Mass Effect: Andromeda przypominało wręcz filmowego Prometeusza! Niesamowite pierwsze chwile rozgrywki. Niestety, potem dochodzi do spotkania z nową inteligentną rasą i cała magia pryska jak bańka.

Twórcy w ogóle nie wykorzystali faktu, że opuszczamy Drogę Mleczną. Galaktyka Andromedy jest niezbadana i nieznana jedynie w teorii. Tak naprawdę wszystko pozostało po staremu. Nowych ras jest zaledwie garstka. Do tego zupełnym przypadkiem wszystkie na tym samym poziomie rozwoju technologicznego, co ludzie. Odmienne cywilizacje też strzelają z broni dystansowej, również podróżują statkami, także są humanoidami.

Tak prezentuje się jedna z zaledwie kilku nowych ras

Wielka, wielka szkoda. Twórcom zdecydowanie zabrakło fantazji. Wszakże nowa galaktyka to okazja, aby wszystko postawić na głowie! Dlaczego mieszkańcy Andromedy nie mogliby być na przykład inteligentnymi podmuchami wiatru? Kto powiedział, że tubylcy mają ograniczać się do tabliczki Mendelejewa i białkowej formy. Brakuje takich kontrowersyjnych pomysłów. Niby odkrywamy nową galaktykę, ale równie dobrze gra mogłaby mieć miejsce w starej.

Mass Effect: Andromeda to wciągające, pełne zawartości, uzależniające, ale jednak rzemiosło. Zabrakło pierwiastka geniuszu.

Zabrakło tego magicznego komponentu, dzięki którym gry takie jak Wiedźmin 3, Persona 5 czy The Legend of Zelda: Breath of the Wild to małe dzieła sztuki. Nowa gra BioWare miejscami potrafi zachwycić, głównie za sprawą egzotycznego otoczenia. Jednak zaraz potem zostaje na to nałożona siatka nienaturalnych rozmów, dziwacznych zachowań towarzyszy oraz topornego interfejsu. Magia znika.

Walka to jeden z lepszych elementów w Andromedzie. Boli tylko małe zróżnicowanie wrogów i umiejętności

Nie myślcie jednak, że Mass Effect: Andromeda to gra zła. Zdecydowanie nie! Chociaż do panteonu role-play się nie dostanie, to wciąż świetny stosunek ceny do zawartości. Dostajemy przygodę na wiele dziesiątków godzin bez żadnej solidnej konkurencji w klimatach science-fiction. Internet zdecydowanie zbyt mocno zdemonizował ten tytuł.

Co się udało:

  • Dreszcz emocji, gdy po raz pierwszy pojawiamy się w nowej galaktyce
  • Ułuda władzy, jaką daje stanowisko Pioniera
  • Świetne wykonanie planet
  • Walka to solidny, poprawny element gry
  • Niesamowita dla serii mobilność bohatera, kapitalny plecak odrzutowy
  • Masa, masa zawartości
  • Zmienna natura rozgrywki – od wojownika, przez polityka, na budowniczym kończąc

Co się nie udało:

  • Towarzysze są w przytłaczającej większości nudni
  • Rozczarowujący nowy system dialogów (gdzie moja ciemna strona mocy?!)
  • Niedopuszczalne błędy w mimice oraz animacji
  • Misje poboczne są do bólu nudne i nijakie
  • Niewykorzystany potencjał na nową galaktykę
  • Poowoooolne przemieszczanie się od planety do planety
  • Ekonomia oparta na surowcach po czasie nuży i męczy
  • Błędy i lagi w modułach wieloosobowych
  • Toporny interfejs
  • Muzyka w ogóle nie zapada w pamięci

Po prostu zamiast precyzyjnych cięć chirurga poskładano kod gry metodą na drwala, korzystając z zardzewiałej siekiery. Momentami Andromeda jest naprawdę grubo ciosana. Jednak w jej środku, pod masą powtarzalnych i nijakich zadań pobocznych znajduje się to samo jądro, za które pokochałem oryginalną trylogię.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement